Kilka dni totalnego chilloutu nieco odbudowało moją motywację, co nie zmienia faktu, że przez pewien czas miałem totalną awersję do wszelkich pomysłów wyjazdowych. Zrobiłem nawet małą ankietę na forum moto i zasadniczo tak jest – ludzie po długich (miesięcznych na przykład) wyprawach zamykali motocykl w garażu nawet na rok.
W sumie mogłem się tego spodziewać – jazda wymaga wielogodzinnego skupienia, jest stresująca, czasami lekko niebezpieczna. To wszystko kumuluje się w głowie i jeśli jeździ się codziennie, mózg nie ma czasu na reset. W sumie podobnie miałem po wyjazdach w Himalaje, czy dłuższych wyjazdach na skitury.
No, ale dzisiaj byłem już w blokach startowych i gdy okazało się, że mało co się dzieje w pracy, szybko się spakowałem i wykorzystałem wczesnopopołudniowe uspokojenie bangkockiego ruchu, żeby wydostać się 100 km za miasto. Zamiast jechać do góry, pojechałem w dół, na południe. Nie wiem jeszcze dokąd – gdybym mógł wsadzić motor do pociągu post factum i na luzie wrócić do Bangkoku, zjechałbym aż do Malezyjskiej granicy, zahaczając o Khanom i zbuntowane prowincje Yala i Songkhla. Albo w ogóle pojechałbym aż do Singapuru. Ale tajskie koleje po latach zmieniły zdanie i teraz pociągiem przewozić można tylko małe motocykle do 125cc. Oto kolejny dowód na postępującą chujowatość Tajlandii.
Odcinek bardzo mało fajny, najpierw rozgrzany Bangkok, potem sprawl, a potem płaskie, zalewowe nadmorskie rejony Samut Sakhon, w dużej mierze zdominowane przez farmy krewetek i fabryki rybnych sosów etc. Mamy więc zapach spalin mieszający się zapachem suchej ryby, zepsutej ryby, świeżej ryby, fermentującej ryby, przetwarzanych krewetek i kałamarnic oraz nadmorskich glonów, a wszystko mocno podgrzane tropikalnym słońcem.
Dojechałem do losowo wybranej na mapie ikonki hotelu, co jednak okazało się zmyłką – to był prywatny dom (być może homestay). Druga ikonka nieco lepiej – betonowy koszmarek pomalowany w pastele, ale za to z drewnianym pomostem wychodzącym w mangrowce, gdzie nagrałem niewielki timelapse:
Dwa kilometry od mojej makabryły duży targ z owocami morza, gdzie za ca. 20 zł kupiłem dwie spore, grilowane kałamarnice i pudło gotowanych na parze małży. Wszystko z lokalnymi sosami. I kleistym ryżem. Zabrałem te dobra w mangrowce i zeżarłem palcami jak troglodyta.
Bardzo jestem ciekaw dokąd dojadę tym razem.
