2019-12-27 – Bangkok-Samut Songkhram.

Kilka dni totalnego chilloutu nieco odbudowało moją motywację, co nie zmienia faktu, że przez pewien czas miałem totalną awersję do wszelkich pomysłów wyjazdowych. Zrobiłem nawet małą ankietę na forum moto i zasadniczo tak jest – ludzie po długich (miesięcznych na przykład) wyprawach zamykali motocykl w garażu nawet na rok.

W sumie mogłem się tego spodziewać – jazda wymaga wielogodzinnego skupienia, jest stresująca, czasami lekko niebezpieczna. To wszystko kumuluje się w głowie i jeśli jeździ się codziennie, mózg nie ma czasu na reset. W sumie podobnie miałem po wyjazdach w Himalaje, czy dłuższych wyjazdach na skitury.

No, ale dzisiaj byłem już w blokach startowych i gdy okazało się, że mało co się dzieje w pracy, szybko się spakowałem i wykorzystałem wczesnopopołudniowe uspokojenie bangkockiego ruchu, żeby wydostać się 100 km za miasto. Zamiast jechać do góry, pojechałem w dół, na południe. Nie wiem jeszcze dokąd – gdybym mógł wsadzić motor do pociągu post factum i na luzie wrócić do Bangkoku, zjechałbym aż do Malezyjskiej granicy, zahaczając o Khanom i zbuntowane prowincje Yala i Songkhla. Albo w ogóle pojechałbym aż do Singapuru. Ale tajskie koleje po latach zmieniły zdanie i teraz pociągiem przewozić można tylko małe motocykle do 125cc. Oto kolejny dowód na postępującą chujowatość Tajlandii.

Odcinek bardzo mało fajny, najpierw rozgrzany Bangkok, potem sprawl, a potem płaskie, zalewowe nadmorskie rejony Samut Sakhon, w dużej mierze zdominowane przez farmy krewetek i fabryki rybnych sosów etc. Mamy więc zapach spalin mieszający się zapachem suchej ryby, zepsutej ryby, świeżej ryby, fermentującej ryby, przetwarzanych krewetek i kałamarnic oraz nadmorskich glonów, a wszystko mocno podgrzane tropikalnym słońcem.

Dojechałem do losowo wybranej na mapie ikonki hotelu, co jednak okazało się zmyłką – to był prywatny dom (być może homestay). Druga ikonka nieco lepiej – betonowy koszmarek pomalowany w pastele, ale za to z drewnianym pomostem wychodzącym w mangrowce, gdzie nagrałem niewielki timelapse:

Dwa kilometry od mojej makabryły duży targ z owocami morza, gdzie za ca. 20 zł kupiłem dwie spore, grilowane kałamarnice i pudło gotowanych na parze małży. Wszystko z lokalnymi sosami. I kleistym ryżem. Zabrałem te dobra w mangrowce i zeżarłem palcami jak troglodyta.

Bardzo jestem ciekaw dokąd dojadę tym razem.

Leave a Reply