2019-12-29 – z Huay Yang w stronę Chumphon.

Od rana znowu deszcze – głównie przelotne, ale popołudniem trafił się typowo monsunowy deluge, który przeczekałem na bazarze, sprytnie ukryty pod markizą nieczynnego stoiska z rybami. Do tego aura typowo niżowa, niskie ciśnienie, wychodziłem więc z domu raczej mało energetyczny, spodziewając się szybkiego powrotu na kanapę i leniwej konsumpcji seriali.

Nic bardziej błędnego!

Usłyszałem ostatnio, że motocykl umożliwia najbardziej intymną/najbliższą relację homo sapiens z maszyną (silnikiem). Bo w sumie montuje się do silnika dwa koła, kierownicę i siedzenie, sadza na to człowieka i po sprawie. Ma się ten silnik bezpośrednio pod sobą, między nogami, czuje jego wibracje, słyszy – praktycznie bez żadnych zakłóceń (jeśli nie liczyć kasku) – jego dźwięk. Nie jesteśmy w zamknięci w pudełku, które ukryty gdzieś silnik napędza, jesteśmy, całkiem bez filtra, bezpośrednio na silniku.

Coś w tym jest… Gdy więc taki cokolwiek niedogotowany wsiadłem na Potwora, to perspektywa natychmiast zmieniła mi się radykalnie i do domu wróciłem 8 godzin później. Nie żebym non-stop jechał – ciągle się gdzieś zatrzymywałem, żeby przeczekać większy deszcz, żeby obejrzeć świątynie, żeby zajrzeć do (kolejnego) portu rybackiego etc.

Starorzecze.

Wjeżdżałem Hondą wszędzie – na pomosty, keje, przystanie, do portów, do rybackich wiosek, do lokalnych przedsiębiorstw przetwórstwa rybnego (odpowiedników polskich PPHU Rybex czy też ZPCh Sardynpol), nad zatoki, zatoczki, starorzecza, rzeki i stawy, na mosty, przez brody, do jazów, tam i grobli. Jeździłem po mokrym piasku, po liściach, po żwirze, szutrze, błocie, kałużach, glinie i trawie, a także asfalcie, betonie i bodajże drewnie (chyba jeden z pomostów był drewniany).

Chciałem też wjechać do dużego portu, gdzie stał bardzo duży statek, ładowany akurat czymś sypkim, ale tutaj przyjaźnie, acz stanowczo, powiedziano mi “nie”.

Wybrzeże.

Przejechałem jedynie 130 km, ale było to pod każdym względem fascynujące doświadczenie. Nakręciłem sporo krótkich filmów, niestety część nie nadaje się do użytku, bowiem kropelki (z deszczu) regularnie zasyfiały mi kamerkę. Muszę chyba gdzieś, w motocyklowej kurtce, wozić specjalną deszczową szmatkę.

Wybrzeże.

Zastanawiam się jak motor będzie sobie radził na mniej lub bardziej ubitym piasku? Mam taką wizję, żeby przejechać się wzdłuż plaży, tak na granicy wody, gdzie piasek jest w miarę ubity, rozpryskując na wszystkie strony wodę, piach, muszle i łupiny kokosów, patrzeć jak przerażone kraby uciekają spod kół, a plażowe psy ze wściekłym ujadaniem rzucają się, żeby odgryźć Hondzie sprzęgło. Boję się tylko, że zakopię się przednim kołem w pewnym momencie i wylecę do przodu jak z katapulty.

Nie chce mi się na razie walczyć z filmami, za to kilka zdjęć z wodą w tle.

Potwór na moście.

Leave a Reply