Przełączyłem się w tryb podróżny: od 0600 na nogach, nieco po 0700 gotów do drogi. Nie od dziś wiadomo, że ptak, co to z rana się aktywizuje, ma największe szanse na liszkę, względnie innego insekta. Co prawda moje ambitne plany zostały wstępnie nieco przyhamowane, gdy okazało się, że pani hotelowa wciąż śpi i nie ma kto wziąć ode mnie pieniędzy. Miły phiichay z miotłą wyciągnął ją z łóżka, więc miałem jedynie 15 minut opóźnienia.
Potem szybkie kilka h na chłodnych jeszcze drogach – jechało mi się na tyle dobrze, że rozważałem powrót do samego Bangkoku, ale ostatecznie rozsądek zwyciężył i zacząłem się rozglądać za cichym miejscem na kolejną noc. W głowie miałem coś w mieście nad samą rzeką – jest tutaj (dystrykt Amphawa) dosyć znany floating market – ale po krótkim rekonesansie zrezygnowałem. Cała operacja jest nastawiona na masowy turyzm, mijały mnie ogromne sznury wielkich autokarów, zasadniczo dramat i nieodwracalny upadek cywilizacji.
Miałem natomiast wypatrzony niewielki homestay nad rzeką, kawałek na południe. Homestay okazał się wymarły, natomiast miła lokalka pokazała mi inny, zaraz obok. Zajrzałem jeszcze do kilku bardziej formalnych miejsc, ale ceny rzędu 3500 THB za noc niespecjalnie mnie przekonały, plus było tam szytwnie i sztucznie. Alternatywny homestay za to okazał się strzałem w 10 – mały (w sensie bardzo mały – ale z werandą) domek na palach, nad samą rzeką, stada psów (jeden mnie przygarnął i pilnował domu). Lekkie problemy z komunikacją, bo faranga ostatni raz widziano tu chyba w latach 60-tych i to z daleka, ale udało się.
Homestay prezentuje się tak:
Pod domem biegną niewielkie rowy melioracyjne, bowiem aż do drogi, jakieś 100 m dalej, mamy plantację palmową. Można obserwować pływy – gdy przyjechałem, dom stał w wodzie, teraz stoi w schnącym powoli mule. W palmach drą się ptaki, wokół pomostu skaczą ryby, a psy umilają sobie czas gonieniem całkiem sporych waranów (które potrafią podnieść się na swoich cienkich nogach i zapieprzać jak strusie). Zasadniczo sielanka. Chyba przyjadę tu na następny weekend. Nic się nie dzieje, totalny spokój, idealne miejsce na medytacje, lektury i odpoczynek od dużego miasta.
Jutro już ostatecznie wracam do domu. Projekt zaczyna się rozkręcać, pod koniec stycznia lecę na warsztaty do Welwyn, zapowiada się sporo pracy w najbliższych tygodniach, czas więc na trochę powściągnąć wanderlusty. Motocyklowe w każdym razie.
