Za mną absolutnie szalony tydzień. Musiałem wyskoczyć do UK na kilka dni na pracowe warsztaty. Jakiś czas temu pewnie cieszyłbym się z takiej wyprawy, ale teraz mam narastającą niechęć do latania (nie tylko z powodu carbon footprint), więc 13h w samolocie na LHR to było pewne wyzwanie.
Do tego 7 godzin różnicy czasu, zima, angielska pogoda i dużo pracy na warsztatach. Dramat. Na szczęście mieszkałem w ładnym miejscu – takiej dobudówce do typowego angielskiego domu, wychodzącej na ogród, więc miałem masę spokoju i czasu na regenerację.
Może to czas i miejsce (byłem w Hatfield, w samym sercu małomiasteczkowej Anglii, skrzyżowanie Little Britain z The League of Gentlemen), ale mam wrażenie, że UK po latach “austerity” i brexitowych szaleństw trochę zaczyna przypominać trzeci świat. Ludzie smutni i przybici, masa bezdomnych, high street to głównie banki i bukmacherzy. Okropne miejsce. A jeszcze do niedawna miałem na swojej liście planów i pomysłów lato w UK – gdzieś w zieleni, blisko rzeki, w cottage w stylu Midsomer Murders. Ale liście z całą pewnością nie zaszkodzi odchudzenie.
Powrót równie nieprzyjemny, ponad 11h w samolocie, lounge na T5 zatłoczony i brzydki. W Bangkoku po przylocie nawet zmierzono mi temperaturę, ale najwyraźniej wirusa nie mam (albo się wylęga dopiero).
Teraz zbieram siły na przeprowadzkę do Laosu.
