Jako że odebrałem paszport i lokalne dokumenty, mogę się wreszcie ruszać z Laosu. Przynajmniej do momentu, gdy nie zostaną pozamykane granice, a Europejczycy, jako główni siewcy zarazy, powywieszani na banyanach ku uciesze gawiedzi.
I tak wczoraj rano wsiadłem na motor, dojechałem na granicę w Nong Khai, gdzie zostawiłem go strzeżonym parkingu. Niestety nie mam jeszcze wszystkich dokumentów, a wjazd na motocyklu z Laosu do Tajlandii jest trudny i bez tego. Nieco sprawniej niż ostatnio przekroczyłem granicę, po czym złapałem minibus do Udon Thani. Minibus w stanie daleko posuniętego rozkładu, kilka razy psuł się po drodze, aż w końcu, jakieś 15 km od celu, zepsuł się totalnie.
Nie zastanawiając się wiele zamówiłem transport z Graba, który pojawił się w ciągu kilku minut. Zabrałem jeszcze ze sobą dwójkę pasażerów. Lokalsi przeżyli lekki dysonans poznawczy, kiedy farang łamaną Tajszczyzną zaproponował im darmowy transport do celu. Dużo gapienia się z rozdziawionymi ustami, ale w końcu zabrała się para pasażerów – pan w moim wieku, który wyglądał na wojskowego i starsza pani z dużym amuletem buddyjskim na piersi. Obydwoje z Laosu – jednak Laotańczycy są… znaczeni bardziej otwarci od Tajów. Pani najwyraźniej nie wzięła sobie do serca sugestii Buddhy Gotamy, jeśli chodzi o Właściwą Mowę, bo całą drogę nawijała jak najęta. Zostałem też ostrożnie wypytany skąd jestem – uspokoiłem towarzystwo, że z Polski i siedzę w Azji już pół roku, więc najpewniej nie jedzie z nami wirus. Na miejscu dużo podziękowań i wai. Dobrze jest bezinteresownie robić rzeczy dobre (nawet małe).
Szybko wypożyczyłem skuter (bez skutera jak bez nogi) i zalogowałem się do hotelu. Mam duży pokój z bardzo dużą wanną, która stała się moim centrum dowodzenia na weekend. Jak już będę się szukał domu w Laosie, wanna będzie must have. Najlepiej z dużymi oknami z widokiem na ogród. Albo Mekong.
Pozałatwiałem masę spraw, zrobiłem duże zakupy wielkim mallu Central Plaza. Zawsze uważałem, że Udon Thani to jakieś senne prowincjonalne miasteczko, coś jak skrzyżowanie Siemiatycz z Mławą, lekko doprawione Pcimiem, ale wcale tak nie jest. Jest to duże, dosyć nowoczesne miasto ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami. Teraz rozumiem dlaczego expaci z Wientianu tak często jeżdżą tu na zakupy. Teraz czeka mnie załatwienie sobie wizy multi-entry do Tajlandii, bo bezwizowe wjazdy (2 w roku) przez granice lądowe już wykorzystałem. Mogę co prawda latać, ale chyba nie ma bezpośredniego połączenia z VTE do Udon, plus chcę wjeżdżać do TH na motorze.
Pogoda w Udon gorsza niż w Wientianie. Nie dość, że gorąco jak diabli, to jeszcze mega wilgoć. Planowałem wybrać się nad lokalne jezioro po zmroku, ale o 2000 było chyba ze 35 C, więc dałem spokój. Dopiero dzisiaj, w niedzielę, zrobiło się w miarę normalnie, nad północną TH nadciągają chmury i mamy nawet szanse na jakiś deszcz.
