2020-03-18.

Moja asymilacja na gruncie laotańskim postępuje. Wczoraj otworzyłem konta w banku – jednak posiadanie lokalnych dokumentów mnóstwo rzeczy ułatwia. Do tego bankowość tutaj wcale nie jest taka trzecioświatowa, jak można by podejrzewać. Owszem, część banków nie ma jeszcze aplikacji mobilnych ani nawet internetowych (!), ale kilka z nich ma i to całkiem nowoczesne.

Do tego wychodzi na to, że przelew SWIFTowy z PL do LA idzie niecałe 24h (opcja D+0). Przez fintechy zupełnie straciłem zaufanie do tradycyjnych metod transferu środków, a tymczasem dziadek SWIFT wciąż ma się dobrze.

Mój bank ma kod COEBLALA – bardzo uroczo.

Do tego mam swój PO Box, o czym pisałem w innym miejscu, ogarnąłem kwestię ubezpieczenia motoru oraz siebie i generalnie powoli dochodzę do punktu, w którym wszelkie sprawy formalne zostaną zamknięte i będę mógł się skupić na rzeczach naprawdę fajnych. Na przykład szukaniu domu nad rzeką i motocyklowych wyprawach w interior. Albo leniuchowaniu na werandzie.

Dzisiaj pod koniec dnia wziąłem motor i w ramach relaksu po pracy pojechałem na zachód, za lotnisko Wattay, by przejechać się długą, gruntową drogą, która ciągnie się wzdłuż Mekongu (Quai Fa Ngum). Wziąłem GoPro, żeby nagrać zachód słońca ew. inne atrakcyjne wizualnie widoki, ale primo dojechałem nieco po zmroku, a secundo złapała mnie potężna burza. Fajne tu jest to, że nawet w porze suchej i gorącej w miarę regularnie padają deszcze – ani chybi wpływ wielkiej rzeki właśnie.

Zaczęło się od małego deszczu, więc zaparkowałem motor pod potężnym banyanem, a sam schroniłem się w pobliskiej świątyni. Zaraz potem zerwał się straszny wiatr, w świątyni poprzewracało koszyki i inne trzcinowe utensylia, które łapali rozgorączkowani mnisi nowicjusze (tymczasowi) – samanera – w dziko pomarańczowych szatach. Trochę się bałem, że wiatr przewróci motor, bo wiało naprawdę mocno, ale oparł się i tej zawierusze. Równolegle z wiatrem tropikalny deszcz.

Potem powrót, początkowo w iście terenowych warunkach – błoto, kałuże, dziury, połamane gałęzie, worki śmieci etc. XRka idealnie się sprawuje w takich warunkach. Od nadrzecznej promenady już nudno, po asfalcie. Dojechałem do siebie, na Rue Lao-Thai, gdzie kupiłem małą rybkę z grilla na kolację.

W pod domem złapał mnie landlord i podzielił się nową teorią spiskową (“To dzieło człowieka. Mam dowód.”) Jak tak dalej pójdzie, poświęcę się działalności charytatywnej. Założę fundację do walki z głupotą – będzie to najbardziej zapracowana organizacja w kosmosie.

Poza tym Laos zaczyna izolację – na miesiąc zamykają się szkoły i instytucje rozrywkowe, nie będą też wydawane VOA, została też zamknięta część przejść granicznych, głównie takich małych i lokalnych, z których nie mogą korzystać cudzoziemcy.

Leave a Reply