Mieliśmy niedawno krótki okres deszczowy. Deszcze pojawiały się cyklicznie późnym popołudniem, czasem naprawdę ulewne, trwające ok. pół godziny. Temperatura zaczęła spadać, a w okolicy z rozmaitych dziur powyłaziły żaby, które zaraz po opadach dawały wielogodzinne koncerty.
Jako że lubię i deszcz i żaby, bardzo mi się ta zmiana podobała. Lokalni ekspaci zaczęli nawet podejrzewać, że być może pora deszczowa w tym roku przyjdzie wcześniej – dużo wcześniej. Skonfrontowałem tą opinię z lokalsami, którzy machnęli ręką i stwierdzili, że mamy normalne lato, pora sucha się skończyła i takie deszcze się zdarzają. I że wcale nie znaczy to, że zaczyna się pora deszczów.
I to potwierdzają wykresy. W marcu kończy się pora sucha i zaczyna lato, deszczu jest trochę więcej. W kwietniu lato osiąga swoje apogeum i deszczu jest znacznie więcej (3x więcej niż w marcu). Od maja zaczyna się szaleństwo i deszczu spada po 250-300mm miesięcznie. Żaby szaleją. Szczęśliwy Miro godzinami siedzi na werandzie i słucha deszczu, wzbudzając uzasadnione podejrzenia sąsiadów co do możliwości tymczasowej utraty zmysłów. Rośliny wpadają w wegetacyjny paroksyzm. Mango jest tak soczyste i jest go tak dużo, że można urządzać w nim lepkie i słodkie kąpiele. Najlepiej nago i w deszczu, używając zmiażdżonego mango jako odpowiednika mydła (podejrzenia sąsiadów tym samym stają się mocnym przekonaniem – Miro szuka nowego domu, najlepiej z małym stawem i potężną populacją żab).
Niestety, po tej krótkiej fazie deszczowej bezlitośnie zaatakowały upały. W środku dnia jest nawet po 38-39C, a będzie jeszcze cieplej. Wirusik pokrzyżował moje plany spędzenia kilku kwietniowych tygodni w tajskim (albo wietnamskim) bungalowie na plaży, gdzieś na relatywnie samotnej wyspie.
Laos de facto też stał się wyspą, bo nie da się z nieco wyjechać (albo wymaga to nie lada ekwilibrystyki – można się przebić na przykłąd do Europy przez Chiny, spędzając dziesiątki godzin na transferach, ale przebić się tajską wyspę się nie da, bo Tajlandia też zamknięta). Co oznacza, że muszę upały zaakceptować. Jako że dawno nigdzie nie podróżowałem, rozważam krótką wyprawę do Luang Prabang w kwietniu. Tydzień-dwa, tam i z powrotem na motorze. Wanderlust się nieco uspokoi, a ja poznam nową miejscówkę w Laosie.
Upały sprawiają, że niewiele mi się chce. Wciąż mam motywację do codziennej nauki laotańskiego i już całkiem nieźle opanowałem alfabet. Jeszcze kilka liter mi ucieka, szczególnie specjalne formy samogłosek w ostatniej sylabie wyrazu, ale generalnie jest postęp. A jak już zacznę w miarę płynnie czytać i pisać, to powinienem zacząć bardzo szybko przyswajać słówka. Moja nauczycielka co prawda od kwietnia chce pracować zdalnie, co może negatywnie wpłynąć na moje postępy.
Wientian się wyciszył, sporo sklepów pozamykane, o wiele mniej imprez. Co prawda bazar nieopodal – bazar Thongphanthong – działa normalnie, a przedwczoraj nawet byłem świadkiem hałaśliwej imprezy przy mojej ulicy. I to w środku dnia. Masa ludzi stłoczonych wokół stołu, większość w zielonych mundurach lokalnej policji, wszyscy bez masek i bez większych zmartwień. Tak trzymać.


