W regionie właśnie zaczyna się nowy rok, czyli pbii mai albo songkran. Normalnie trwałaby tu dzika, tygodniowa impreza, w tym roku jednak wszelkie celebracje zostały oficjalnie odwołane i miasto jest ciche jak cmentarz, co mi bardzo, ale to bardzo odpowiada. Jeśli coś mi przeszkadza w Wientianie to właśnie brak kontroli nad hałasem i wieczorne palenie śmieci.
Większość małych sklepów się pozamykała, natomiast bazary i uliczne stragany działają normalnie. Pojawiły się blokady na drogach wyjazdowych, ale w stylu południowoazjatyckim – znając miasto, można je bez większego wysiłku ominąć. Poza tym maseczki (do których sam się przekonuję, zasłanianie twarzy dobrze się komponuje z introwertyzmem), termometry i spraye odkażające na łapki przed wejściem do każdego praktycznie przybytku (nawet na mój bazar na świeżym powietrzu).
Siłą rzeczy wszystko to powoduje, że moja bardzo niska aktywność społeczna (kawiarnia, siłownia i wieczorne wycieczki na motongu) została zredukowana do zera. Bardzo mi to odpowiada – pisałem nawet ostatnio w mailu do przyjaciółki, że całe życie uprawiałem social distancing. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić
Zacząłem 3 miesiąc w Laosie i powoli rozglądam się za domem. Mam coś bardzo ładnego upatrzonego w okolicy, niestety nie nad rzeką. Moja lista wymagań, jeśli chodzi o dom, jest długa: ma być w stylu laotańskim, z dostępem do rzeki, z ogrodem ze starodrzewem, cichy i w miarę estetycznie urządzony (czyli dominujące w tej części świata kafelki, jarzeniówki i plastikowe krzesła są zdecydowanie out of scope).
Zasadniczo osiadam i jest mi tu dobrze – wygląda na to, że mój plan, żeby urządzić w Laosie bazę na kilka lat, powiedzie się. Najchętniej nie wracałbym już do rzplitej burackiej w ogóle, tylko stopniowo zaczął budować sobie nowe życie między Laosem a Szwajcarią albo Niemcami. Dużo tu jeszcze zmiennych do ogarnięcia, ale nie jest to niemożliwe.
Nagrałem trochę filmów z jazd po okolicy. Teraz pozostaje się zmobilizować do zmontowania ich w coś przyswajalnego.
