2020-05-05.

Laos wczoraj częściowo wrócił do normalności. Pootwierały się sklepy, kawiarnie i rozmaite lokale, których charakter pozwala na zachowanie zdrowego dystansu między homo sapiens. Za kilka dni powinny otworzyć się szkoły. Moja teacher, Khamla, wróciła ze swojej wioski i wczoraj zaprzęgłem swój rozleniwiony długim weekendem mózg do laotańskich literek.

Mieliśmy długą przerwę, bo na wirusa nałożył mi się start nowego, super ciekawego, projektu, przez co nie miałem głowy do języków. Pierwsze pół godziny było ciężkie, ale potem się rozkręciłem. Coraz lepiej czytam, nie mogę tylko znaleźć patentu na codzienne wkuwanie słówek… Tworze sobie ambitne plany i projekcje – 10 słówek dziennie, 300 w miesiącu, 1000 po 3 miesiącach! I co? I nic. Mam aplikację anki do fiszek, słowniki cyfrowe i analogowe, nauczycielkę na żywo i na messengerze, pomysły jak ustrukturyzować… I co? I nic.

Częściowo to dlatego, że literek laotańskich jeszcze nie czytam intuicyjnie, muszę się zastanowić, co widzę. I gdy widzę słówko, to nie zapamiętuję go, bo muszę najpierw poświęcić chwilę na rozszyfrowanie liter. A częściowo to dlatego, że intelektualnie jestem skonfigurowany na abstrakcje i systemy, a praca stricte pamięciowa nigdy mnie specjalnie nie pociągała. Co nie zmienia faktu, że tak dalej być nie może! Jeśli mam kiedyś wejść na poziom średnio-zaawansowany, muszę zacząć przyswajać słówka on a regular basis.

W ogóle to nie bez odrobiny dumy muszę powiedzieć, że udało mi się zmienić projekt nie ruszając się z Azji. Co prawda w ramach tej samej firmy, ale to jest dobry symptom. Coraz więcej rekrutacji odbywa się wyłącznie zdalnie, coraz więcej jest opcji pracy 100% zdalnej. Wirus tylko wzmacnia ten trend. W porównaniu z sytuacją sprzed 4-5 lat, to jest ogromny postęp. Wciąż oczywiście jest masa cepów, małomiasteczkowych półgłówków, mentalnych karłów rekrutacji, które twierdzą, że trzeba być w biurze, bo “analiza wymaga pracy z ludźmi”. Jak bym był, kurwa mać, neurochirurgiem albo ladacznicą. Na całe szczęście mój aktualny duet outsourcer+korporacja jest zdecydowanie forward thinking i tutaj wszystko jest zdalnie. Tak trzymać!

W piątek odbieram klucze do domu, w sobotę reinstalują mi internet, więc jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od niedzieli rezyduję na nowych włościach. Zamówiłem też pięć sadzonek morwy, które będą pierwszym krokiem w stronę transformacji pustyni, jaką mam w ogrodzie, w dżunglę. Wizja posiadania ogrodu w tropikach niezwykle mnie motywuje, a największą ciekawość mam do bambusa, po laotański mai phai. Poczytałem trochę i wiem już jakie odmiany posadzić, żeby kłącza nie opanowały mi całego ogrodu.

Leave a Reply