Moja aktywność kronikarska wyraźnie wskazuje na to, że tryb bawoła w błocie mi się spodobał. Monsun w pełni, nie za gorąco, ani nie za zimno. Pada, ale wyjątkowo skromnie jak na tę porę roku. Ogród zarasta, od morw wręcz bije dzika energia, wypuszczają nowe gałązki, zaczynają bifurkować.
Mój nowy projekt pt. ściana bluszczu zyskał solidną podstawę, bowiem kawałki bluszczu, które wsadziłem do przeciętej na pół plastikowej butelki, uszczelniłem papierowymi ręcznikami i zalałem wodą, zaczęły wypuszczać korzenie.
Znaczy się, ja wiedziałem, że tak będzie, ale laotańskie towarzystwo było bardzo sceptycznie nastawione do rośliny w wodzie. Uciąć, wsadzić do ziemi, zapomnieć – taka jest lokalna filozofia – bawienie się w etapy pośrednie to strata czasu.
Poza tym w ogrodzie wyrosły mi bardzo ładne rośliny o wielkich mięsistych liściach. Zamierzam je wykopać i przemigrować do donic, tak, żeby mieć masę zieleni na rozmaitych tarasach.
Do tego kwitną bananowce, co jest zjawiskiem uroczym.
Tak sobie myślę, żeby do końca roku już nic nie robić – tylko ora (meditatio de facto) et labora et lege, żadnych planów, zmian, ambicji, roszczeń, oczekiwań, dalszych podróży etc. Tyle się dzieje wokół, że najlepiej chyba zwolnić, a nawet się zatrzymać i poczekać aż burza przejdzie. Chyba, że to dopiero początek, LOL.
W Laosie i okolicach mnisi właśnie zaczynają 3-miesięczne odosobnienie pory deszczowej. Trochę żałuję, że nie dam rady zostać samanera w tym roku, szczególnie, że deszcze to znakomity moment na taki krok.
Muszę wrócić na siłownię, bo przez lockdown wypadłem z rytmu i jak tak dalej pójdzie zamienię się w wielką kluchę, bloba zabójcę, tłustego wieprza, pulchną dżdżownicę etc.


