2020-09-14.

Jako że czerwony potwór w pełni sił (No, prawie, olej wciąż cieknie z niej jak z kambodżańskiej dziwki, ale przestałem się tym przejmować – kupiłem stuptuty, żeby mi nie brudziła spodni. Om.), kolejny weekend w drodze. Ostatni weekend było tak testowo tylko, do podwientiańskiej miejscowości Tha Ngon, ale ten weekend już kawałek dalej, nad zalew Nam Ngum.

Zrobiłem nawet ze dwa zdjęcia i nagrałem parę filmów, które pewnie obrobię za dziesięć lat.

Zalew Nam Ngum jest naprawdę uroczy – przypomina nieco zalew Kaptai we wschodnim Bangladeszu, gdzie rozbijałem się w roku 2014. Jako że zalane zostało kilka dolin, w środku zalewu mamy mniejsze i większe wyspy (na tych największych żyje ca. 500 osób) i mniej lub bardziej regularną komunikację między poszczególnymi punktami na wybrzeżu a wyspami. Miałem nawet taki genialny pomysł, żeby zapakować motor na łódź, kazać się przewieźć na drugą stronę i zrobić uroczą pętlę wodno-drogową wokół zalewu.

Zalew Nam Ngum.

Niestety łodzie tutaj mają charakter bardziej imprezowy – zabierają na pokład grupę, którą następnie karmią i poją podczas niewielkiej przybrzeżnej pętli. Nuda, zasadniczo.

Party łódź – zalew Nam Ngum.

Rzecz jasna, jak to w Laosie, łodzi mamy zdecydowaną nadpodaż i każda stara się grać możliwie głośną muzykę, więc idyllyczny zakątek zamienia się w lekki koszmarek. Ale taka laotańska natura – towarzystwo tutaj lubi imprezować i nie wyobraża sobie imprezowania bez bardzo złej i bardzo głośnej muzyki. I często – buddowie, miejcie mnie w opiece – karaoke.

Teraz, gdy patrzę na te zdjęcia, żałuję, że tak straszliwie się leniłem – światło było doskonałe, a zalew wygląda znacznie (znacznie!) lepiej z miejsc położonych nieco wyżej…

No nic. Na jednej z takich łodzi zjadłem rybę i ryż, zaprzyjaźniłem się z anglojęzyczną menedżerką, która wyraźnie miała ochotę mnie tam zatrzymać na sesję piwną (ale byłem motongiem, więc nie, mimo coraz większej ciekawości do niezwykle uroczych lokalek), po czym wróciłem do swojego nadrzecznego motelu, gdzie byłem sam, a z muzyki miałem do dyspozycji jedynie gekony i cykady.

Nie wiem, co mnie tknęło, ale zdecydowałem się wracać inną drogą, niż przyjechałem. To znaczy drogą krajową 13, zamiast dziesiątki… Ja pierdolę. Narzekałem już na drogę #13 przy okazji wyprawy do Thakhek, ale deszcze zrobiły swoje i teraz co i raz mamy odcinki terenowe, tysiące dziur, błotne osuwiska, roboty drogowe, zwężenia, rozchwierutane mosty, chmury kurzu i – rzecz jasna – masy wszelkich pojazdów, w tym głównie ciężkiej maszynerii. Do tego okazjonalne dzikie deszcze, ale nic to – nasze peleryny są pewne. Na powrót nie przypiąłem kamerki, bo uznałem, że to będzie formalność, ale postaram się nagrać to doświadczenie w przyszły weekend albo za dwa tygodnie. I to będzie pewien przyczynek do analizy upadku cywilizowanego zachowania na drodze…

Generalnie zaczyna się z pewnym poszanowaniem dla zasad ruchu drogowego, ale to szybko przechodzi, bo ile można wlec się 25 kmh w chmurze toksycznego kurzu. Do tego XRce dziury, ani rodzaj nawierzchni specjalnie nie robią różnicy, więc po 10 km przestaje mieć znaczenie, czy wyprzedzamy z lewej, czy prawej – po błotnisto-żwirowych dziurach – czy jedziemy po asfalcie, czy po odcinku, który wszyscy samochodziarze pieczołowicie omijają, czy wyprzedzamy na trzeciego, czy na czwartego. Cysterna z prawej a z przodu rozpędzony potwór, co waży z milion ton? Nic to. Jeśli mamy z metr wolnego, to, doprawdy, nie powinniśmy oczekiwać niczego (niczego!) więcej. Profil Hondy pozwala łatwo wstawać na podnóżkach, więc tam gdzie wszyscy zwalniają, odkręcamy manetkę i szybujemy nad wertepami.

I cały ten burdel szybko przestaje to robić na nas jakiekolwiek wrażenie. Trochę to niepokojące, ale z drugiej strony to jest tak jak w Nepalu, gdzie w ogólnym chaosie drogowym wykształca się pewna przewidywalność i porządek. Trzeba tylko oduczyć się cywilizowanej jazdy. Gdy za parę lat wreszcie osiądę gdzieś w Szwajcarii, Austrii, czy Południowych Niemczech, prawdopodobnie stracę fortunę na mandatach.

Leave a Reply