Dzisiaj ważny dzień, bo zacząłem eskapadę na północ, do Nong Khiaw. Jako że przed takimi wyjazdami zawsze się stresuję, tym razem postanowiłem zminimalizować potencjalne stresy do zera, motor dzień wcześniej pojechał do serwisu (co prawda sam byłbym w stanie zrobić większość rzeczy, ale były drobne kwestie typu wymiana podkładki na miedzianą i wymiana kilku wkrętów, których znalezienie w lokalnych sklepach zajęłyby mi masę czasu, a które mój lokalny mechanik, Wee, wymienił od ręki), zrobiłem – jak zwykle – listę ekwipunku, wszystko poukładałem w tematyczne sterty na stole oraz zaprogramowałem trasę w OsmAndzie.
Mimo tego – zapomniałem puchówki. Oraz na chwilę przed wyjazdem pękła mi guma do mocowania torby na motorze i spędziłem pół godziny szukając nowej w sklepach po drodze. No i wyjechałem nieco za późno, tak z pół godziny. Efekt tego taki, że z gór zjechałem zaraz po zmroku i ostatnie 30 km, po paskudnie krętej i dziurawej drodze robiłem już totalnie po ciemku. Cała wyprawa zajęła ponad osiem godzin, z tego 5,5h na motorze. Zdecydowanie czuję to w mięśniach.
Poza tym rewelacja. Pojechałem tak, jak przedwczoraj, drogą 2505 wzdłuż rzeki Nam Seng. Minąłem skręt w góry, żeby 10 km dalej, w lokalnej metropolii Pak Seng, zatankować na zapas i zjeść spory, zdrowy i niezwykle smakowity obiad – za całe 3 USD; byłyby 2 USD, ale wypiłem wodę kokosową, a następnie mineralną, co spowodowało radykalny wzrost kosztów posiłku.
Z Pak Seng powrót do Ban Had Sam i w góry. Nota bene, słówka “had” i “pak”, które często pojawiają się w nazwach nadrzecznych miejscowości w Laosie mają konkretne znaczenie – “pak”, usta, oznaczają ujście rzeki, a “had” katarakty.
Przez góry jechałem 70 km, to było niebywałe doświadczenie, choć nieco obciążające psychicznie. W pewnym momencie skończyła mi się mapa i musiałem przez kilka km polegać na wskazówkach pasterzy bawołów. Zgodnie z tym, co podejrzewałem, biała plama na mapie kryła drogę – wbrew moim podejrzeniom, droga prowadziła na północny wschód, a nie północny zachód, ergo z gór wyjechałem nieco dalej od celu niż planowałem (ale na tę samą drogę, więc bez problemu).
Ten kawałek, którego nie ma na mapie był naprawdę fascynujący – bardzo wąski, taki single track de facto, z całą pewnością nie dla samochodów i chyba nawet nie dla normalnych motocykli. Większość drogi graniami, niestety na zboczach sadzone są rozmaite rośliny, więc wszędzie płotki, żywopłoty i inne bariery. Ciężko zrobić dobre zdjęcie. Do tego ostre zimowe słońce całkowicie rujnuje światło.
Raz, przy zawracaniu na wąskiej i stromej drodze, upadł mi motor i wygiąłem dźwignię zmiany biegów, mały problem, jutro rano powinienem ją wyprostować w lokalnym warsztacie. Kilka razy ślizgałem się piasku i błocie, raz tak dziko, że byłem pewien wywrotki, ale udało się. Poza tym bez strat w ludziach i sprzęcie.
Generalnie, pomijając drobne logistyczne issues, totalny motocyklowy błogostan.




