Z Nong Khiaw do zapory Nam Ou 3.

Dzisiaj miał być dzień pełen wrażeń – i był. Co prawda końcówka nieco ekspresowa, bo już mi sie nie chciało trochę, ale plan i tak zrealizowałem w 100%.

I tak, wykoncypowałem sobie, że pojadę do Muang Ngoi (tam, gdzie wczoraj), wsadzę Potwora na łódź i popłyniemy do tamy na rzece Ou, gdzie wysiądziemy i pojedziemy okrężną trasą do domu.

Rano więc zaraz po 0900 wyruszyłem, zatrzymałem się na chwilę, żeby dopompować przednie koło i kolejne 3 kwadranse przebijałem się nudną drogą do Muang Ngoi. Tam już czekał na mnie mój przewoźnik. Pierwsze wyzwanie to było stoczenie motonga po, na oko, 30 metrowych schodach. Ja trzymałem za kierownicę i hamulec, boatman za bagażnik i tak dotarliśmy nad wodę. Tam motor został przekręcony o 90 stopni i wtoczony na łódź, a następnie przez kolejne 10 minut przywiązywany do wszystkiego, co możliwe.

Potwór na łodzi.

Nota bene przewożenie motoru łodzią w tej części świata kojarzy mi się z Jądrem ciemności albo Czasem apokalipsy. Co prawda tutaj słonecznie i pozytywnie, ale jest coś w tych zarośniętych dżunglą brzegach, soczystej zieleni… Poniżej mała próbka filmowa.

Może jednak powinienem poszukać łodzi dla siebie? Ale mniejszej, szybszej i bardziej zwrotnej niż to, co oglądałem niedawno? Wyprawy łodzią po takich rzekach to musi być mega przygoda…

Ruszyliśmy, nagrałem masę filmów, wszystko szło dobrze, dopóki boatman nie zdecydował się wysadzić mnie jakieś 5 km od celu, w wiosce Sopjam. Długo dyskutowaliśmy, pokazywałem mu, gdzie ma mnie zawieźć, zaangażowaliśmy w sprawę wioskowego sołtysa, ale nic z tego. Podejrzewam, że nieco się bali, bo to chińska inwestycja. Powiedzieli, że do tamy jest droga i za 10 minut tam będę. Nieco niepocieszony, ale i nie mając innego wyjścia, ruszyłem dalej rzeczoną drogą.

I okazało się to być rewelacyjnym zbiegiem okoliczności, bo wjechałem na teren tamy od tyłu, drogą, której nikt nie pilnował. Nagrałem kilka filmów, pojeździłem po okolicy, po czym ruszyłem do domu już zgodnie z planem. Kilka km od tamy minąłem posterunek strażników, którzy najpewniej nie wpuściliby mnie, gdybym jechał tak, jak to sobie uprzednio zaplanowałem. A tak, nie przejmując się niczym i sprawiając wrażenie, jak by moja obecność na chińskiej tamie to była rzecz najnaturalniejsza na pod słońcem i w ogóle to whoddyafuckareya, przejechałem przez checkpoint zupełnie nie niepokojony.

Potwór na tle tamy.

Dalsza droga trochę nudna, szuter, kurz i typowo industrialne klimaty. Nieco niżej zrobiło się nawet ładnie, ale miałem dzisiaj (i wczoraj, i przedwczoraj) taką moc wrażeń, że wróciłem prosto do domu.

Zdecydowałem się zostać w Nong Khiaw jeden dzień dłużej, jako że mam jeszcze jedno miejsce, które chcę zobaczyć, plus całkiem mi tu dobrze.

Leave a Reply