Zgodnie z planem zostałem w NK dzień dłużej, a że nie miałem na dzisiaj żadnych konkretnych planów, pojechałem w góry szukać innej drogi do doliny rzeki Nam Seng (to stamtąd przyjechałem kilka dni temu, ale nieco okrężną drogą przez góry).
Na mapie wypatrzyłem też drogę, która prowadziła do niewielkiej wioski nad Nam Ou i to był mój plan na drugą część eskapady.
I wszystko szło dobrze, dotarłem do osady, która była praktycznie na końcu drogi na mojej mapie, minąłem osadę i tutaj zaczęły się problemy. Bo z dołu widziałem chyba na grani szałasy, które mijałem kilka dni temu, natomiast prowadziły w górę bardzo, ale to bardzo wąskie i strome ścieżki. Takie dla bawoła z pasterzem.
Zasadniczo, nie ma moje aktualne możliwości – może z nieco mniejszym motorem, bo ten jest wysoki i trochę ciężko nim w trudniejszych warunkach operować (co nie zmienia faktu, że jest numerem jeden i dzisiaj nauczyłem się ze dwóch nowych trików!)
Zawróciłem więc, chyba ku pewnej uldze wieśniaków, którzy nie byli zachwyceni moim niespodziewanym pojawieniem się. Jeden z mijanych lokalsów nawet wyraźnie mi pokazał, że mam się wynosić – co prawda nikt nie rzucał kamieniami, ani nie ganiał mnie z kosą, ale są tu takie wioski, w których typowa laotańska gościnność gdzieś się zagubiła. Może kiedyś zawędrowali tu polacy. Bo normalnie to uśmiechy, machanie, sabaidee i pełnia szczęścia.
Ale to nic, bo sama droga niezwykle urocza i pełna obrazków jak poniżej:
Wracając próbowałem się przebić do wspomnianej wioski nad rzeką, ale szło ciężko, droga była trudna, bardzo wąska, stroma, z koszmarnymi koleinami, poza tym mnie się też już za bardzo chciało walczyć. Udało mi się za to zaliczyć i nagrać dropa! Potem pojechałem jeszcze kawałek, pokonałem kamienisty strumień, wjechałem na bardzo strome urwisko nad strumieniem i powiedziałem: enough! Drop uwieczniony poniżej.
Poniżej kilka zdjęć z gór.
Teraz mam wielki dylemat – którędy wracać do domu. Bo chciałbym cały proces rozłożyć na dwa dni, ale jeszcze nie wiem do końca, gdzie zatrzymać się pod drodze.





