Z Muang Pak Seng do Luang Prabang.

Ostatni dzień krótki. Zaplanowałem co prawda mały side trip w interior, ale już mi się, szczerze powiedziawszy, nie chciało i dałem spokój.

Rano, spakowawszy się, wyprowadziłem motor z guesthouse’owej kuchni (gdzie spał, żeby przypadkiem go ktoś sobie w nocy nie przywłaszczył), poszukałem miejsca, gdzie karmią, ale bezskutecznie i ruszyłem w drogę. Jednak jadąc po w miarę prostym asfalcie pokonuje się kilometry w tempie ekspresowym.

Kilkanaście km dalej znalazłem przydrożną kuchnię, gdzie zostałem nakarmiony tłustym omletem, kleistym ryżem i kawą trzy w jednym.

Śniadanie.

Dalej, bez jakichkolwiek przygód dotarłem do domu, gdzie zająłem się praniem wszystkiego, co możliwe z ton kurzu.

Zasadniczo – super udana wyprawa. Co prawda kilometrowo skromnie, wszystkiego przejechałem ok. 700 km, ale to nie o to chodzi. W górzystym terenie jedzie się średnio ze 30 km/h, pierwszego dnia jechałem 8,5h. Poznałem masę nowych miejsc, nauczyłem się masę na temat techniki jazdy i nabrałem totalnego apetytu na kolejne eskapady. Tym razem może nie stacjonarne. W styczniu chciałbym przejechać przez góry do Phonsavan, a stamtąd pojeździć po rejonie, w którym w latach 70-tych faszystowskie amerykańskie bojówki finansowane przez CIA organizowały masowe bombardowania Laosu w rejonie Ho Chi Minh trail. Istnieje jeszcze pas startowy, gdzie lądowały ichnie samoloty oraz dom jednego z generałów z narodu Hmong, który razem z amerykanami walczył z komunistycznymi żołnierzami w Laosie. Bezskutecznie i potem trzeba było ich masowo ewakuować do hamburgerlandu.

Film o całej operacji można ściągnąć z TPB.

Niedaleko jest też tzw. Plain of Jars, płaskowyż pełen dziwacznych kamiennych urn, można też wypuścić się dalej na wschód, w stronę granicy w Wietnamem.

Zasadniczo logistycznie super, nie wziąłem jedynie puchówki. Technicznie również – motor sprawuje się, odpukać, znakomicie. Muszę tylko zmienić opony, bo te niespecjalnie już do czegkolwiek się nadają. Oby tak dalej.