Lao zima nie odpuszcza. Przez ostatnie dwa dni mieliśmy typową warszawską jesień, max. temperatura w dzień ok. 15C, chmury, zimna mżawka, w nocy kilka stopni.
W niusach dramatyczne zdjęcia z gór, roślin obrośniętych soplami, bosych zmarzniętych dzieci etc. Na grupach FB zbiórki na ubrania dla zmarzniętych mnichów.
Mój dom jest dosyć chłodny, co przez większość roku jest gigantyczną zaletą, ale teraz stanowi niewielki problem. Na szczęście mam puchówkę, bieliznę termiczną, więc – niespecjalnie szczęśliwy co prawda – mogę w miarę komfortowo przetrwać mrozy.
Wczoraj nieco po zmroku poszedłem na krótki spacer i feeling był dokładnie jak jesień gdzieś w polskich górach. Mokro, chłodno, niskie chmury nad wzgórzami, ogólna melancholia i wprawka do jesiennej deprechy.
Dzisiaj nieco lepiej, świeci słońce, ale i tak ledwie wspięliśmy się ponad 20C.
Ale nic to, jak tylko nieco się ociepli, planuję kolejną eskapadę na Potworze. Tym razem przez góry do Phosavan, wizytę na Plain of Jars i odwiedziny na tajnym lotnisku CIA z lat 70-tych. Potem gdzieś na wschód, pod granicę z Wietnamem. Nie wiem jeszcze dokładnie gdzie, ale z całą pewnością będzie ciekawie.
Poza tym w Wientianie zjazd laotańskiej partii socjalistycznej. Nie wiedzieć czemu na zdjęciach jeden z sekretarzy jest zielony. Może pochodzi z Marsa? Może zjadł niewłaściwą krewetkę?
Laos planuje do kwietnia zaszczepić 2 mln osób, czyli ca. 1/3 populacji. Czarno to widzę, ale mam nadzieję, że gdzieś do końca czerwca się uda m.in. 50% tego planu zrealizować. To z dużym prawdopodobieństwem oznacza, że i mi uda się załapać na wakcynę.
Poza tym rozważam przenosiny na Karaiby w przyszłym roku, na razie zupełnie nie chce mi się wracać do Europy na dłużej. Nawet do cywilizowanego kraju. Jest tam kilka zamorskich terytoriów krajów UE i tym samym wszelkie korzyści wspólnego rynku Unii. Co prawda nieco drożej niż w SE Azji, ale wciąż w rozsądnych granicach.
