OK, zgodnie z zapowiedzią, czas na weekly roundup. Natomiast z racji faktu, że niewiele się wydarzyło w tym tygodniu (praca, siłownia, dziewczyna – nudy, czas stąd uciekać ;-)), kilka wątków z ostatnich tygodni, wątków, które uciekły mi ostatnim razem.
Otoż tak, kilka tygodni temu, wybraliśmy się z farmy na spacer “na wioskę”. I tamże zaczepiła nas lokalka, oferując woreczek motylich kokonów na sprzedaż. I to był jeden z tych momentów, gdy ścieramy się z rzeczami, które dla nas są całkowitą egzotyką, a dla Laotańczyków są taką codziennością, że nawet nie warto o nich wspominać. Jak na przykład jaja mrówek w pierwszych kilku miesiącach roku. I to, że jaja mrówek czerwonych smakują inaczej niż czarnych.
Poniżej sekwencja zdarzeń – od kokona, przez kokona gotowanego, aż po wiejskie śniadanie. Zdjęcie z komórki, mało instagramowe, ale w co i czym ochoczo chędożę wszelkich instagramowców i innych influencerów, łatwo można się domyślić.
I teraz tak, jako że moja wiedza o harvestowaniu kokonów była nikła, następnego dnia poprosiłem Khouna, pracownika Anong, żeby zabrał mnie do lasu i pokazał co i jak. Sprawa wcale nie jest ewidentna, bowiem motyle najczęściej budują je wysoko, 10-15m na ziemią, a same kokony są małe, więc ciężko je zauważyć. Gdy je już dostrzeżemy, to do zerwania używa się długiej bambusowej tyczki, lekko rozwidlonej na końcu, którą kokon się zahacza.
Co do smaku – to był chyba mój pierwszy insekt spożywczy, więc miałem pewne opory natury psychologicznej, w końcu w naszej części świata owadów się nie je (za to je się flaki, ozorki, cynaderki, zupę ogonową i podobny shit), ale te zostały szybko przełamane. I tak, mamy chrupką chitynową powłokę, którą można zjeść, albo zdjąć, następnie nieco orzechową masę, która otacza właściwą larwę (?) i dostarcza jej substancji odżywczych, głównie białka, i wreszcie samego motyla in progress, który jest twardą masą w kształcie cygara w samym środku całego zamieszania. Podobnie jak z powłoką, można tę cygarowatą część wyrzucić, jedząc samą warstwę pośrednią. W moim przypadku najlepiej sprawdzało się jedzenie całości, ze względu na różne faktury (w tym chrupiące!) i smaki.
Można więc powiedzieć, że pierwsze koty za płoty. Jak tylko znajdę na bazarze smażoną szarańczę, to ją kupię i zjem. Warto też dodać, że to czerwone, w miseczce po prawej, to pikantny sos z pieczonych pomidorów (ze swojskim koperkiem), jeden z lokalnych przysmaków.
A poniżej widok, jaki mam z ganku na farmie. Sucho strasznie, bo to zdjęcie sprzed miesiąca, ale teraz natura budzi się do życia. Po paru suchych miesiącach mamy coraz więcej deszczu, praktycznie każda roślina wypuszcza pędy i pączki. Zapowiedzi są takie, że w tym roku monsun zacznie się wcześnie i będzie obfity – po skromnym ostatnim roku na pewno przydałaby się odmiana (zmienię zdanie, gdy zacznę tonąć w błocie). Na drugim planie mamy staw i chatkę dla pracowników, potem – wyznaczoną przez linię drzew – boczną drogę do wiosek (od frontu jest większa droga, ale zakurzona i mało estetyczna, więc niespecjalnie ją lubię), w tle wzgórza. Ta część Laosu nie jest bardzo górzysta, w sensie, że nie mamy potężnych szczytów, ale praktycznie non-stop pofałdowana w niewielkie wzgórki. Kawałek od naszej farmy jest nawet niewielka przełęcz.
I wreszcie wzmianka o ceremonii błogosławienia motocykla (ale takiego prawilnego blessingu, nie przez katolskich klechów pedofilów). Otóż gdzieś w styczniu wybraliśmy się do małej świątynki na wzgórzach, żeby lokalni mnisi, w świątyni specjalizującej się w tym, dokonali blessingu mojej Hondy i skutera Anong. Dużo tam było różnych śpiewów, darów, owijania bawełnianym sznurem, już nawet nie pamiętam dokładnej sekwencji (inna rzecz, że dla mnie buddyzm to dupa na poduszce i medytacja plus studiowanie tekstów palijskich i tego typu folklor niespecjalnie mnie porywa), natomiast efekt był taki, że obydwa motongi dostały po kawałku sznurka na kierownice.
Czy zadziałało? No ba, kilka tygodni później sprzedałem motonga z zyskiem (nie licząc może tych paruset USD, które włożyłem w naprawy i upgrade’y ;-)).






