Minął kolejny miesiąc i tym razem sporo zmian – otóż wyprowadziłem się z Aphay. Mam teraz dla siebie duże mieszkanie na pierwszym (i jedynym) piętrze uroczego budynku w wiosce Mano. Wiosce, czyli lokalnym odpowiedniku dzielnicy.
Dużym plusem jest to, że mam osobny pokój do pracy, co pozwala utrzymać life-work balance w normie.
A tu w ramach wspomnień – House Aphay i skwer ze świątynią:
Poza tym kilka dni temu uznałem, że czas się wreszcie ruszyć z Luang Prabang i wczoraj zapakowałem trochę rzeczy na motor i przeniosłem się na tydzień do Nong Khiaw. Byłem tu już w grudniu zeszłego roku, mam swoje ulubione miejsce, znam okolice. Miasto co prawda wymarłe – jeszcze bardziej niż w zeszłym roku, moje miejsce ledwie zipie i muszę negocjować z kucharką każdy posiłek wychodzący poza smażony ryż. Dla mnie, samotnika pracującego zdalnie, pandemia to – jak do tej pory – było w najgorszym przypadku lekkie utrudnienie. Dla ludzi, którzy prowadzą tutaj biznesy turystyczne to przeciągający się w nieskończoność koszmar.
Tydzień w NK minął bez większych przygód, nie miałem ani czasu ani specjalnej ochoty przebijać się motorem przez tony błota, natomiast spędziłem niebywałe ilości czasu relaksując się na werandzie i patrząc na rzekę.
Pod koniec tygodnia dołączyła do mnie A, i zrobiliśmy kilka małych eskapad w okolicy. Wleźliśmy na wzgórze, z którego słynie Nong Khiaw, a popołudniem wynajęliśmy łódź i popłynęliśmy do Muang Ngoy, wioski, które normalnie jest małym bakpakerskim zagłębiem, ale która teraz jest niemal całkowicie wymarła.
Są to niezwykle piękne okolice. Mam z zeszłego roku szereg filmów z tego rejonu, które cierpliwie czekają na obróbkę.





