2022-01-16.

Prawie dwa miesiące bez słowa, więc pora na update. Zdarzyło się tyle rzeczy, że nawet nie wiem, czy o wszystkim będę pamiętał.

Na początek o szczepionce. Otóż gdzieś na początku grudnia pojawiły się w LPQ wieści, że można załapać się na booster. Pojeździłem nieco po mieście, ale we wszystkich punktach słyszałem “mot leuw” (skończyły się). I dzień, czy dwa później, wcześnie rano, wyrwało mnie ze snu walenie do drzwi – myślałem, że to pożar albo inne nieszczęście, ale nie, to A. w ferworze – udało jej się u znajomej lekarki załatwić prywatną wizytę. W półśnie więc zapakowałem się do samochodu i pojechałem się zbusterować Zenkiem. Konkretny jest to zajzajer, bowiem przez kolejne dwa dni nie wychodziłem z łóżka, rozkosznie osłabiony i z rozmaitymi bólami mięśni oraz stawów. Ale dopełniłem swój obywatelski obowiązek, co zresztą miało masę sensu, bowiem co i raz ktoś z rodziny A. zamyka się w domowej kwarantannie po pozytywnym teście. Natomiast wszyscy ładnie wyszczepieni, więc kończy się drapaniem w gardle etc. i krótkimi wakacjami w odosobnieniu. Oby tak dalej.

Szczepcie się więc ludzie, a foliarstwo bezpardonowo lejcie po mordach!

Poza tym na początku grudnia kolejny raz przedłużyłem swoją laotańską wizę biznesową, więc mogę spokojnie myśleć o następnym roku tutaj. Do tego za jakieś trzy tygodnie oficjalnie zacznę trzeci rok w Laosie. Czytuję regularnie Politykę oraz GW i jeśli mam być szczery, to wolałbym sobie zardzewiałą brzytwą obciąć jajka niż wrócić do tego faszystowskiego grajdoła na literkę “p”. Bleh.

Poza tym masę czasu spędzam na rzecze. Mam już swoją małą łodź, o której pisałem ostatnio, prezentuje się tak:

Mała łódź (zielona).

Jest dosyć długa (7m? – do weryfikacji) i bardzo wąska. Niezwykle lekka, płaskodenna i wymaga masy wyczucia przy wiosłowaniu – trzeba obchodzić się z nią bardzo delikatnie, bo zbyt mocne wiosłowanie powoduje, że się obraca i to w niewłaściwym kierunku. Nie do końca jeszcze zdecydowałem, czy wolę wiosłować z rufy, czy z dziobu. Do tego na razie pływam na pożyczonych wiosłach, bo moje się robią – wydawało mi się, że w tak rzecznym kraju jak Laos, kupienie wiosła będzie tak proste jak kupienie ryżu albo ryby z grilla. Nic bardziej błędnego, spędziłem pół dnia jeżdżąc po mieście i pytając w różnych miejscach i wszyscy patrzyli na mnie jak na kosmitę. Okazuje się, że tutaj wiosła robi się samemu, DIYem. No, ale na szczęście mam odpowiedni kontakt, który już pracuje nad parą pięknych zielonych wioseł pod kolor łodzi.

Zdjęcie powyżej jest de facto już nieaktualne, bowiem łódź została uszczelniona żywicą i przy okazji pomalowana na ciemniejszy zielony kolor. Natomiast na pewno nie jest to moja ostatnia wzmianka na jej temat, w planach na luty mam zakup długoogoniastego silnika, instalacje Go-Pro na dziobie i cały szereg wypraw, połączonych z nagrywaniem filmów.

Koncepcja jest taka, że małą łódź cumujemy do dużej, następnie płyniemy w jakieś ciekawe miejsce, które dla dużej łodzi jest za płytkie i eksplorujemy je z małej. Mam już listę takim miejsc – głównie ujść różnych mniejszych rzek.

A duża łódź wreszcie wróciła na rzekę – po wrześniowych problemach (o których jeszcze nawet nie napisałem) straciliśmy masę czasu ze względu na lockdowny, choroby mechaników, kolejne lockdowny, ale wreszcie mamy nowy system sterowania, nowy, bardzo mocny, silnik, sporo kosmetycznych zmian, więcej praktycznego wyposażenia i przede wszystkim znacznie więcej szacunku do Rzeki. I też nieco więcej wiedzy i wyczucia.

Niedawno wróciliśmy z 5-dniowej wyprawy w dół Mekongu do tamy w Xayabouli. Niespecjalnie się spieszyliśmy, bo w sumie tam i z powrotem można popłynąć w 1,5 dnia, ale nie chodziło nam o bicie rekordów, tylko przyjemność z życia na rzece. Było to niesamowicie pozytywne doświadczenie. Po drodze odwiedziliśmy daleką rodzinę A. w miejscowości Thadua.

Tama w Xayabouli radykalnie zmieniła charakter Mekongu poniżej Luang prabang. Miejsca, które wcześniej uchodziły za jedne z najbardziej niebezpiecznych – rwące, wąskie skaliste kanały – na rzece, znajdują się głęboko pod wodą. Rzeka de facto zmieniła się długie jezioro. Zatrzymaliśmy nawet łódź nad miejscem zwanym kiedyś Geeng Luang (geeng to rwący kawałek rzeki, bystrzyca), żeby popływać – położyłem się na wodzie obok łodzi, żeby sprawdzić siłę prądu i praktycznie nie dawało się go wyczuć.

Poza wycieczką do Sayabouli zrobiliśmy kilka mniejszych eskapad, poniżej galeria z różnych dni i miejsc.

Poza tym wyposażyłem się w wędkę i różne utensylia i próbuję sił w łowieniu ryb. Nawet są pierwsze sukcesy, jak widać na zdjęciu poniżej.

Moje rzeczne przygody byłyby o wiele trudniejsze, gdybym nie poznał expaty z VTE, który od lat prowadzi firmę zajmującą się mapowaniem rzek, pomiarami głębokości i rozmaitymi formami hydro-inżynierii. Dostałem od niego masę wskazówek, tracków GPS i map, które niesamowicie ułatwiły nam poznawanie Mekongu i pewnie nie raz pozwoliły uniknąć różnych poważnych problemów. Odwdzięczyłem się za tę pomoc butelką niezłego single malt i mam nadzieję, że będziemy utrzymywać kontakty.

Zacząłem też nagrywać różne jednostki pływające do Mekongu i ostatecznie stworzę z tego taki mały album. Poniżej teaser, jedna z ciekawszych jednostek, tzw. express boat. Pływa się nią w kasku motocyklowym i ciepłym ubraniu, bo pędzi z absolutnie niewyobrażalną prędkością. Kiedyś popłynę taką łodzią w ramach zdobywania nowych doświadczeń i dokładnie zmierzę jak szybko pływa i jaką trasą.

Leave a Reply