2023-09-26.

W weekend udało mi się troche pojeździć, chociaż nie obyło się bez wyzwań technicznych. I wygląda na to, że był to ostatni moment na komfortowe jeżdżenie, bo kolejna tropikalna depresja w drodze i przed nami kilka dni deszczu.

Otóż tak – zaraz po powrocie z Warszawy odpaliłem motor. Wystartował bez problemów, pochodził z kwadrans, uznałem więc, że akumulator żyje i cały szcześliwy zająłem się swoimi sprawami. Potem przez tydzień padało, ale weekend 23-24.IX zapowiadał się pięknie. W sobotę rano pełen radosnej antycypacji poszedłem sprawdzić motor raz jeszcze – i dupa. Zapalił, po czym zgasł. Udało mi się go odpalić nieco pompując manetką, pochodził z 15m, ale przy kolejnej próbie odpalenia – zero napięcia, nawet dashboard się nie świecił.

Nic to, pomyślałem, mam do akumulatora podpięte tzw. pig tails, które zaraz podłączę do ładowarki i za godzinę będzie dobrze. Niestety okazało się, że ładowarka zginęła podczas przeprowadzki. Wyciągnąłem więc akumulator i pojechałem do warsztatu ładować. Godzina ładowania – nic. Kolejny warsztat, dwie godziny ładowania – nic. I tak mi minęła sobota.

W niedzielę pojechałem po nowy akumulator i motor odpalił jak ta lala. :-) Dostał tez świeżego oleju, dopompowałem opony, posmarowałem łańcuch i w drogę. Niesamowicie mi brakowało jazdy – Laos o tej porze roku jest niesamowicie zielony – monsun powoli dogasa, ale roślinność wciąż w overdrivie, nie zaczęły się jeszcze suchsze i pyliste miesiące

Laos, green hills

Laotian mountains at the end of rainy season.

Red off-road motorbike

The Red Monster, back on the track after almost 6 weeks!

Jechało mi się tak dobrze, że zrobiłem tylko dwa zdjęcia, mimo że widoków były masy. Czekam na kolejne okno pogodowe, żeby tym razem zrobić 2-3 dniową eskapadę.

Powoli zaczyna się też sezon, A. spędza większość czasu zajmując się turystami, organizując im rozmaite wycieczki etc. W mieście też więcej ludzi i wyraźnie bardziej energetyczna atmosfera.

Z ciekawostek: przeszukując schowek w domu znalazłem dwa, stuletnie chyba, miechy. Początkowo nie byłem pewien do czego służą, myślałem, że może do ubijania masłac, choć w Laosie masło to raczej mało popularny produkt.

Miech

Ten bambusowy kijek, który widać na górze, zakończony jest dyskiem, który ciasno przylega do ścianek wyrdążonego pnia. Poruszając nim w górę i w dół, przez widoczny na dole otwór pod ciśnieniem ucieka powietrze, które służy do rozpalania węgla, czy czego tam używali lokalni rzemieślnicy. Miechy teraz stoją po obu stronach drzwi wejściowych. Uroki mieszkania w starym domu. :-)