Deszcze ostatnio ciągle, więc trudno planować poważniejsze eskapady. W poprzednią niedzielę monsunowy opad przetrzymał mnie 2h w prowincjonalnej świątyni. Po tych dwóch godzinach straciłem cierpliwość i wróciłem do domu w deszczu. Był to zły pomysł: mimo ślimaczego tempa, dojechałem w stanie lekkiej hipotermii i tylko cudem nie złapałem zapalenia jakiegoś poważniejszego organu. Jednak motyckle i skrajna wilgoć nie idą w parze.
Author Archives: miro
weekendowe eksploracje.
Fakt posiadania pojazdu, którym można wygodnie pokonywać większe dystanse, ostatnio działa na mnie stymulująco. W maju i czerwcu jeszcze nie bardzo miałem motywację do skuterowych wypraw, natomiast w tej iteracji życia w Khanom wręcz rwę się w świat.
มะพร้าว.
มะพร้าว, czyli ma phraao, czyli kokos.
Dzisiaj, przy okazji zakupów u mojej ulubionej pani od owoców, trafiłem na stertę kokosów. Nie kupowałem ich wcześniej, bo rzadko pojawiają się na tym stoisku, a dalej, na bazar za rzekę, jeżdżę tylko po rybę – siłą rzeczy z rzadka, bo jadam w przeważającej większości rośliny.
tokaje.
Lokalna przyroda znowu w natarciu. Kilka dni temu, w środku nocy, odwiedziła mnie para dużych gekonów – tokajów. Od kilku dni słyszałem je w okolicy, z każdą nocą coraz bliżej. W końcu nabrały śmiałości i zaczęły wchodzić do środka.
plankton.
Odkryłem właśnie kolejną tajemnicę tajskich wód.
Otóż mamy właśnie w Khanom poważny przypadek bioluminescencji. W sensie: organizmów, które świecą – i to nie dlatego, że żyły blisko Fukushimy, one tak mają z przyrodzenia.
Kh.
Nie chcę już pisać o lataniu, bo mam przesyt. Ale podróż bardzo udana i pełna pozytywnych niespodzianek, choć, jak zwykle, nieco męcząca.
fru.
I tak, po raz kolejny w tym roku, wyrwałem się z faszystowskiego grajdoła na literkę “P”. Tym razem na ponad dwa miesiące. Nie ukrywam, że wyjazd z tego kraju, szczególnie teraz, gdy z polactwa wyłażą najgorsze możliwe cechy tego żenującego narodu, to jak zdjęcie ciężkiego plecaka po całym dniu zapieprzania po Himalajach. Względnie jak zrzucenie starej skóry, jeśli akurat dopadnie nas atawizm jaszczurczy.
Moje wesołe przygody (a, de facto, programowy brak przygód) na tajskiej wsi, śledzić można będzie w kolejnych odcinkach serii Okiem gekona.
nowa droga.
Boom budowlany nie omija i mojej tajskiej wioski. Do końca tego roku ma powstać nowa droga, łącząca Khanom z Sichon.
Nie ukrywam, że z jednej strony mnie to cieszy, bo będzie to niezwykle urocza trasa, biegnąca wzgórzami nad samym morzem. Z drugiej strony trochę obawiam się postępującej turystyzacji tego rejonu. Ale chyba na razie nie mam większych powodów do obaw. Do tego mam na uwadze kilka alternatywnych, praktycznie nie znanych miejsc.
back to the East Indies.
Hallelujah! Wychodzi na to, że mój pobyt w faszystowskiej rzplitej burackiej będzie krótkotrwały, tymczasowy i niezobowiązująco przelotny (bless Buddha). Już za 3 tygodnie wracam do Indochin, by tam kontynuować ciężki żywot cyfrowego nomady. W międzyczasie muszę jeszcze wpaść do Szwajcarii… Doprawdy, tak trudno dzisiaj zapuścić korzenie.
WAW.
” […] chmura nagle rozjarza się światłem białym, bladym i formuje – w orła. Ciało więc – białym, korona, dziób i pazury żółtym światłem błyszczą.
Drony – rozumiem.
– Drony – mówię temu z kumetą. – Drony zapaliły reflektory i uformowały orła.
On:
– A, no tak. Drony.
Już tam i inni się rozgadują:
– Drony, drony nasze, polskie.
– Dronięta nasze! – płacze emocjonalna staruszka. – Dronięta!
Ktoś tam krzyczy, wymachując krwią i kością:
– Rzeczpospolitaaa! Rzeczpospolitaaa!
A drony te wyorlone machają skrzydłami, leci, orzeł, leci, tą-dą-dą-dą – gra muzyka wojskowa, czołgi jadą Alejami, msza święta huczy ponad Błoniami, skąd bez mała półtora wieku temu Piłsudski dziadek z Legijony szedł bić zaborcę. Nad Błoniami, gdzie się Polska odrodziła po ponadwiekowej niewoli. Nie do końca wiadomo, po cholerę.” [“Siwy Dym”, Z. Szczerek]
Khanom – NST – BKK.
Podróż z mojej wioski do kluczowej metropolii Południowo-Wschodniej Azji przebiegła stosunkowo bezboleśnie. Jako że oddałem skucicę (chlip), na busa do Nakhon Si podwieźli mnie sąsiedzi. Bus prawie pusty, podobnie jak i w tę stronę, drogi puste, więc dotarłem na miejsce z dużym zapasem czasu.
village life goes on.
Gekony mają chyba teraz okres godowy, bo rozszalały się na dobre (albo to towarzystwo dużego brata gekona tak je ośmiela). Ganiają się po ścianach jak wariaty, skrzeczą, spadają na podłogę z charakterystycznych plaskiem… Ba, wczoraj jeden spadł mi do prosto do umywalki – najwyraźniej wystraszył się światła, które znienacka zapaliłem w łazience.
tajskie reggae.
Otóż, dokładnie w dniu mojego – tymczasowego – powrotu do EU, wystąpi w Khanom tajski artysta reggae, Job 2 Do.
wizyta w Nakhon Si.
Jako że wygasało mi pozwolenie na pobyt, wczoraj wybrałem się do immigration office w Nakhon Si Thammarat celem przedłużenia.
midnight diner.
To nieco nie na temat, bo teraz pielęgnuję specyficzną odmianę chłopomanii, zaszyty głęboko na tajskiej prowincji, ale na Netflixie pojawił się serial, który znam z zeszłorocznych wizyt w kinie Instytutu Francuskiego w Bangkoku.
Tajlandia tonie w plastiku.
Podobnie zresztą jak reszta świata. Jako że temat wreszcie trafia do zbiorowej świadomości, w Tajskim BBC również pojawił się ostatnio krótki film, pokazujący uzależnienie Tajów od plastikowych torebek, w które pakowane jest tutaj praktycznie wszystko, często dwu- albo trzykrotnie.
skut z bliska.
Jako że rozmaite inicjatywy w rodzaju minimum 2 reporterskie zdjęcia każdego dnia wychodzą mi tak średnio (dobrze, nie bójmy się tego powiedzieć – w ogóle mi nie wychodzą), pozostają okazjonalne zrywy. I tak, dzisiaj, w ładnym popołudniowym świetle, zrobiłem kilka zdjęć skucicy.
białe bakłażany.
W ramach nieustających prób udokumentowania (głównie via konsumpcja) wszystkich odmian tajskich bakłażanów, trafiłem na kolejne ciekawe okazy.
village life cd.
Zaczynam żałować, że nie wziąłem Fujika. Skuter jest super do wszelkich kwestii logistycznych, bliższych i dalszych eskapad, ale jednak nic nie zastąpi popołudniowego pocenia się w monsunowej duchocie przez godzinę, czy dwie, pedałując na szosówce.
village life.
Wioskowe życie powoli mnie wciąga – tym razem pozytywnie. Nie nudzę się, bo mam zajęcia zawodowe – a z drugiej strony, wszechogarniający spokój okolicy siłą rzeczy wchodzi mi do głowy.
