Baan aksorn, czyli dom liter. Tak nazywa się moja szkoła tajskiego. Dzisiaj udało mi się przeżyć 3h godziny nauki praktycznie non-stop.
Author Archives: miro
Qi Gong.
Dzisiaj przed zazen sesją medytacyjną w Little Bangkok Meditation Group pół godziny Qi Gong.
High in the sky.
Pamiętam, że jesienią 2014, podczas pierwszej wizyty w Bangkoku, po miesiącu włóczęgi po Bangladeszu, totalnie zafascynowały mnie tutejsze wieżowce, których większość spełnia funkcję mieszkalną. Nawet nie chodziło o architekturę, czy kwestie techniczne, w końcu dom, wysoki czy niski, to kolejny dom, ale bardziej o psychologię życia w takim budynku.
Khanom -> BKK.
Nieco przykro było mi wyjeżdżać z Khanom. W końcu siedziałem tu ponad dwa i pół miesiąca i, jak pisałem wcześniej, cokolwiek się zadomowiłem, a nawet nieco zintegrowałem z lokalną społecznością.
BKK na nieco dłużej.
Po prawie trzech miesiącach w Khanom, przeniosłem się do Bangkoku na kilka tygodni (a może miesięcy?).
Jeśli wena nie opuści mnie do końca, napiszę czasem coś tutaj (nowa kategoria – temat Khanom chwilowo zamknięty).
Ostatnie dni w Khanom.
Prawię dwa tygodnie bez słowa – czuję, że zaniedbuję swój dziennik.
Inna rzecz, że w Khanom (w Khanomie?) ostatnio dzieje się tak mało (i.e. jeszcze mniej niż zwykle), że rozważam wybranie się na plażę w burkini – może zostanę aresztowany jako separatystyczny islamski crossdresser. Co prawda tutaj na plaży zazwyczaj nikogo nie ma, co może pokrzyżować ten pomysłowy plan.
Duriany etc.
W Khanom, jak zwykle, wszystko toczy się swoim bardzo utartym torem. Właściwie nawet nie odczułem tych kilku dni w Vientiane – może dlatego, że i tam panuje ogólne uspokojenie.
VTE-BKK.
Dzisiaj dzień transferowy. Mam nadzieję, że ataki bombowe nie przeniosą się na tajskie lotniska i samoloty.
Vientiane trzy.
Coraz bardziej podoba mi się to miasto. Ma tak spokojną, niewymuszoną aurę, że automatycznie można poczuć się tu jak w domu. Ta aura przekłada się na ruch uliczny, który mimo zdecydowanej nadpodaży samochodów jest wręcz apatyczny – i nie zawsze wynika to z korków. Dobrze się tu jeździ na rowerze.
Vientiane dwa.
Wstałem dziś dramatycznie wcześnie, żeby być w konsulacie TH zaraz po otwarciu – czytałem rozmaite horror stories o tłumach ludzi i wielogodzinnych kolejkach. Niepotrzebnie, praktycznie nikogo tam nie było. Zapominam ciągle, że sezon tu zaczyna się w listopadzie. Ciekawe, czy i Khanom budzi się wtedy z hibernacji?
Vientiane raz.
Podróż z NST do Vientiane bez niespodzianek. Kilka godzin przerwy na DMK, gdzie zaopatrzyłem się w walutę. Przez chwilę mogłem poczuć się jak przedstawiciel górnego 1%, względnie jak po podróży w czasie we wczesne lata 90-te w Polsce. “Pół miliona poproszę” – rzuciłem od niechcenia paniom kantorowym.
Nakhon Si Tammarat.
Jako że lot do Bangkoku (skąd polecę do Vientiane) mam wcześnie rano, a dotarcie na lotnisko w Nakhon Si Tammarat z mojej wioski zajmuje jakieś dwie godziny, decyduję się przyjechać do Nakhon dzień wcześniej, przenocować tam i przy okazji może obejrzeć miasto.
Laos etc.
Jako że drugi miesiąc indochińskiego beach (oraz bike) bummingu powoli dobiega końca, czas na kolejną wycieczkę. Powodem jest tu nie tylko niewyczerpana ciekawość świata, ale też konieczność wyrobienia nowej wizy.
Dźwiękowe krajobrazy i wspomnienia.
Pojawił się nowy numer Journal of Sonic Studies, poświęcony dźwiękowym eksploracjom Azji Południowo-Wschodniej. Zbieg okoliczności na tyle ciekawy, że postanowiłem napisać kilka słów.
Zdjęcia nadmorskie.
Słońce – po krótkiej przerwie, gdy zdarzały się dni wręcz chłodne (tzn. odczuwalna temperatura gdzieś między 25-30C) – nadrabia zaległości i od rana nie daje wytchnienia.
Zadomowienie.
Nieco nieoczekiwanie zacząłem wsiąkać w przyjaźnie leniwą atmosferę tajskiej prowincji – tak jak rozkładające się zwłoki stopniowo wsiąkają w grunt. Względnie tak, jak morska woda wsiąka w ciepły piasek południowotajskiej plaży.
BKK 03.
Ostatni pełny dzień w BKK z wyraźnym podziałem na część duchową i część mniej duchową. Rano Asalha Puja z Little Bangkok Meditation Group, a popołudniem sesja klasycznego masażu tajskiego.
BKK 02.
Dzisiaj, po wczorajszym szoku, rozwibrowany Bangkok znów wydaje się przyjazny, a nawet bezpieczny. Do tego ponarzekałem nieco na pokój i hotel przeniósł mnie do czegoś, co ma ze 100 m2, dwa balkony, gigantyczny living room oraz osobne kuchnię i sypialnię. Właściwy człowiek we właściwym miejscu.Tylko wanny brakuje…
BKK 01.
Po miesiącu na prowincji czuję się nieco oszołomiony dużym miastem. Co jakiś czas ukradkiem sprawdzam, czy pędy bambusa przypadkiem nie wystają mi z sandałów.
Inwazja cyklistów.
Moja senna wieś przeżywa inwazję cyklistów. Jutro zaczyna się tutejszy długi weekend (obchody Asalha Puja, o których napiszę później, o ile nie rozleniwię się do reszty) i gmina Khanom organizuje festyn, którego częścią jest charytatywny wyścig rowerowy – NokAir Ride for Life. To zdaje się o tym wyścigu wspominał mój mechanik – a ja naiwnie spodziewałem się lokalnej Ośki Warszawa.
