→ 2014-10-20 – Bangladesz, Barisal.
Aha, coś się kończy, coś się zaczyna. Tak mówią.
→ 2014-10-20 – Bangladesz, Barisal.
Aha, coś się kończy, coś się zaczyna. Tak mówią.
Święta w Dolinie Chochołowskiej. Wyrwanie się z pogrążonej w dusznym, konsumerycznym szale Warszawy i tłumów kipiących bożonarodzeniową frustracją było jedną z trzech najlepszych decyzji, jakie podjąłem w tym roku. Czas zadumy dotknął mnie raz tylko, pod postacią pijanych górali wracających z pasterki w kapliczce na Polanie Chochołowskiej – darli się akurat pod moim schroniskowym oknem. Ale jestem pełen wyrozumienia – wszak w ten szczególny dzień ciężko zadumać się na trzeźwo.
Pogoda nie sprzyjała fotografii, dopiero na dzień przed wyjazdem udało mi się zrobić kilka, dosyć przeciętnych, zdjęć.
Having loved enough and lost enough, I am no longer searching, just opening, no longer trying to make sense of pain, but being a soft and sturdy home in which real things can land. These are the irritations that rub to a pearl. — Mark Nepo
Na blogu tricycle.com ładnie napisany artykuł o istocie pierwszej z Szlachetnych Prawd – Prawdzie Dukkha (co możemy rozumieć jako entropię, przemijanie, nietrwałość i wynikający z nich dyskomfort):
Entropii uległ także mój duży komputer, więc na pozostałe zdjęcia z Bangladeszu przyjdzie poczekać przynajmniej do weekendu.
Za Nine Lives Williama Dalrymple’a.
One day Lal Shahbaz was wandering in the desert with his friend Sheikh Baha ud-Din Zakriya. It was winter, and evening time, so they began to build a fire to keep warm. They found some wood, but then they realised they had no fire. So Baha ud-Din suggested that Lal Shahbaz turn himself into a falcon and get fire from hell. Off he flew, but an hour later he came back empty handed. ‘There is no fire in hell’, he reported. ‘Everyone, who goes there brings their own fire, and their own pain, from this world’.
Zdjęcia są z dwóch wizyt w Chittagong – jednej w drodze do Chittagong Hill Tracts, drugiej w drodze powrotnej z tych wzgórz.
W Magazynie Świątecznym dobrze napisany artykuł o podstawowych założeniach buddyzmu. I kilku innych kwestiach, między innymi starciu doktryna/filozofia kontra religia. Warto przeczytać.
Ostatnia relacja z Bangladeszu. Kilka słów o ostatnim dniu tamże plus małe podsumowanie. Gdyby komuś nie chciało się czytać całej serii relacji i chciał szerszego podsumowania albo odpowiedzi na konkretne pytania (a dostawałem takie w mailach), proszę pytać w komentarzach, odpowiem możliwie wyczerpująco i ku pożytkowi przyszłych pokoleń podróżników.
→ Statek zatonal w Bangladeszu, setki zaginionych.
Właśnie przeczytałem też, że nieco ponad rok temu tenże Tipu 7 został staranowany przez inny statek podobnej klasy (pasażerski statek rzeczny, tzw. launch) :-):
Powrót do domu przez Finlandię. Helsinki jak Mordor. Zimne, mroczne, mgliste, pochmurne i wilgotnawe. Ostatni raz byłem tu ze trzy lata temu, jeszcze jako korporacyjny pies. Czuję już jak jesienna deprecha pręży macki, lepiej było zostać w tropikach do wiosny.
Wczoraj wycieczka do Ayutthaya. Urocza podróż pociągiem przez Bangkok, przedmieścia i interior. Na miejscu wypożyczyłem rower i pojeździłem po stupach. Nieco jak Bagan, tylko bardziej pod masowy turyzm.
Wyjazd z wyspy nie jest prosty. Pomijając już kwestie logistyczne, całkowicie uspkojony, rozleniwiający tryb życia szybko wchodzi w krew i trzeba mocniejszego impulsu, żeby się zeń wyrwać. Takim impulsem w moim przypadku jest wizyta w Bangkoku. Rozumiem, że Bangkok może kojarzyć się bardzo turystycznie (nie bez powodu), ale od czasu kiedy kilka lat temu przeczytałem “A Fortuneteller Told Me” Tiziano Terzaniego, mam głęboko zakorzenioną potrzebę odwiedzenia tego miasta, a nawet zamieszkania w nim na jakiś czas. Zresztą miasto przewija się w ksiązkach innych reporterów piszących o Indochinach – Normana Lewisa, czy Johna Swaina. I tak ten miejski magnes wyciąga mnie z wyspiarskiego honey trap. O Bangkoku napiszę więcej w innej notatce, bo to duży temat.
Kolejne duże miasto i kolejny duży deszcz. Bangkok spowity chmurami i bardzo wilgotny. Lotnisko opustoszałe. Przyjmijmy, że wszyscy boją się eboli oraz wojny polsko-ruskiej i siedzą w domach zamiast się szlajać po świecie.
Otrząsam się powoli z marazmu i rozleniwienia, jutro Bangkok. Tymczasem kilka zaległych relacji.
Dhaka:
→ 21-22.X.2014 – Dhaka.
Wyspa:
→ Wynurzenia #2,
→ Wynurzenia #3.
Flora jest tu mniej zróżnicowana niż fauna, albo ja z natury rzeczy zwracam więcej uwagi na wszelkiego zwierza. Są więc drzewa gumowe, z których lokalsi pozyskują kauczuk. Są nadbrzeżne mangrowce, banyany, czy też drzewa bodhi, tutaj przyjaźnie nazywane drzewami bo. Wiadomo, że drzewa bo mają specjalne znaczenie, bowiem to pod jednym z takich drzew Budda osiągnął oświecenie. Tutejsze banyany są jednak skromne, w niczym nie przypominają monumentalnych drzew, które widziałem na sawannach w Birmie, czy które rosną w Nepalu. Może to kwestia tutejszej piaszczystej gleby.
Continue reading
Lokalne życie na wyspie toczy się równie spokojnie jak moja przyplażowa egzystencja. Większość mieszkańców ma większe lub mniejsze plantacje drzew gumowych, z których pozyskują kauczuk, który następnie przetwarzają w niewielkich, komunalnych chyba, fabryczkach. Choć nawet fabryczka to zbyt duże słowo – to po prostu szopy z kilkoma obsługiwanymi ręcznie maszynami. Poza tym jest tu parę małych sklepów, trochę rybaków i ze dwa przybrzeżne resorts z kilkoma bungalowami. Sezon na poważnie rozkręca się w grudniu, więc resorta stoją puste.
O deprywacji sensorycznej, zupie z kokosa i pływach:
Pierwsze godziny po przybyciu na wyspę były lekkim szokiem. Czułem się tak, jakby ktoś umieścił mnie w komorze do deprywacji sensorycznej. Bangladesz generalnie da się sprowadzić do jednego – przeładowania wrażeniami. Nie wnikam już, czy są to wrażenia pozytywne, czy negatywne, ale że praktycznie nie ustają. Nawet w lepszych hotelach, zza grubych szyb, dobiega ciągły pomruk silników, klaksony, dzwonki ryksz, wołanie muezzina, cały ten nieustający rwetes bengalskich miast (i miasteczek). Continue reading