Author Archives: miro

Święta w Chocho.

Święta w Dolinie Chochołowskiej. Wyrwanie się z pogrążonej w dusznym, konsumerycznym szale Warszawy i tłumów kipiących bożonarodzeniową frustracją było jedną z trzech najlepszych decyzji, jakie podjąłem w tym roku. Czas zadumy dotknął mnie raz tylko, pod postacią pijanych górali wracających z pasterki w kapliczce na Polanie Chochołowskiej – darli się akurat pod moim schroniskowym oknem. Ale jestem pełen wyrozumienia – wszak w ten szczególny dzień ciężko zadumać się na trzeźwo.

Pogoda nie sprzyjała fotografii, dopiero na dzień przed wyjazdem udało mi się zrobić kilka, dosyć przeciętnych, zdjęć.

Jak powstaje perła.

Figura Buddy w Bagan.

Figura Buddy w Bagan.

Having loved enough and lost enough, I am no longer searching, just opening, no longer trying to make sense of pain, but being a soft and sturdy home in which real things can land. These are the irritations that rub to a pearl. — Mark Nepo

Na blogu tricycle.com ładnie napisany artykuł o istocie pierwszej z Szlachetnych Prawd – Prawdzie Dukkha (co możemy rozumieć jako entropię, przemijanie, nietrwałość i wynikający z nich dyskomfort):

Grit becomes pearl.

Entropii uległ także mój duży komputer, więc na pozostałe zdjęcia z Bangladeszu przyjdzie poczekać przynajmniej do weekendu.

Pouczająca opowieść na koniec dnia.

Za Nine Lives Williama Dalrymple’a.

One day Lal Shahbaz was wandering in the desert with his friend Sheikh Baha ud-Din Zakriya. It was winter, and evening time, so they began to build a fire to keep warm. They found some wood, but then they realised they had no fire. So Baha ud-Din suggested that Lal Shahbaz turn himself into a falcon and get fire from hell. Off he flew, but an hour later he came back empty handed. ‘There is no fire in hell’, he reported. ‘Everyone, who goes there brings their own fire, and their own pain, from this world’.

Zdjęcia z Bangladeszu (wrzesień/październik 2014) – Chittagong.

Chittagong. Saderghat i Stary Chittagong. Rykszarz po pracy.

Chittagong. Saderghat i Stary Chittagong. Rykszarz po pracy.

Kolejna galeria z tegorocznego wyjazdu do BD – Chittagong. Nieco opieszale idzie mi obrabianie zdjęć, ale w chwilę po powrocie zacząłem nowy projekt i to nagłe przejście od rzeczywistości podróżnej i tropikalnej do tej drugiej – tej szarej, monotonnej, smutnej, nudnej, zimnej, polskiej, zimowej, korporacyjnej – nie pozostało bez wpływu na mój stan ducha. Buddowie!

Zdjęcia są z dwóch wizyt w Chittagong – jednej w drodze do Chittagong Hill Tracts, drugiej w drodze powrotnej z tych wzgórz.

2014-09/10 – Bangladesz, Chittagong/.

Relacja – Dhaka, dzień ostatni. Bangladesz, podsumowanie.

20141023-dhakaOstatnia relacja z Bangladeszu. Kilka słów o ostatnim dniu tamże plus małe podsumowanie. Gdyby komuś nie chciało się czytać całej serii relacji i chciał szerszego podsumowania albo odpowiedzi na konkretne pytania (a dostawałem takie w mailach), proszę pytać w komentarzach, odpowiem możliwie wyczerpująco i ku pożytkowi przyszłych pokoleń podróżników.

Dhaka, dzień ostatni. Bangladesz, podsumowanie.

Zatonął statek pasażerski w Bangladeszu.

M.V. Tipu 7, statek relacji Barisal  Dhaka.

M.V. Tipu 7, statek relacji Barisal <-> Dhaka.

W sumie business as usual, one tam toną z nieco przerażającą regularnością, ale niedawno sam siedziałem na takim statku, więc mogę poczuć pewną więź z zaginionymi. Statek, który zatonął, zabierał ponad 300 osób, więc musiał być mniejszy od mojego M.V. Tipu 7 (płynąłem nim z Barisal), który – jak sądzę – zabierał ok. 1000 osób. Nieco inna była też początkowa część trasy, ale później, za Chandpur, już ta sama.

Statek zatonal w Bangladeszu, setki zaginionych.

Właśnie przeczytałem też, że nieco ponad rok temu tenże Tipu 7 został staranowany przez inny statek podobnej klasy (pasażerski statek rzeczny, tzw. launch) :-):

Launch rams into Barisal port

BKK-HEL-WAW.

Powrót do domu przez Finlandię. Helsinki jak Mordor. Zimne, mroczne, mgliste, pochmurne i wilgotnawe. Ostatni raz byłem tu ze trzy lata temu, jeszcze jako korporacyjny pies. Czuję już jak jesienna deprecha pręży macki, lepiej było zostać w tropikach do wiosny.

Ayutthaya.

Wczoraj wycieczka do Ayutthaya. Urocza podróż pociągiem przez Bangkok, przedmieścia i interior. Na miejscu wypożyczyłem rower i pojeździłem po stupach. Nieco jak Bagan, tylko bardziej pod masowy turyzm.

Wat Pho.

Wat Pho, Bangkok. Mnich przed figurą Buddy.

Wat Pho, Bangkok. Mnich przed figurą Buddy.

Ciężko się wyrwać z hotelowych luksusów na dzikie upały – baseny na dachach powinny być verboten. Na szczęście i to powszednieje. Dzisiaj dzień oswajania lokalnego zbiorkomu. Metro, motocykl, łódź pospieszna, autobus (#48) i wreszcie skytrain. Sama podróż zdecydowanie ciekawsza niż cel – Wat Pho.

#4.

Wyjazd z wyspy nie jest prosty. Pomijając już kwestie logistyczne, całkowicie uspkojony, rozleniwiający tryb życia szybko wchodzi w krew i trzeba mocniejszego impulsu, żeby się zeń wyrwać. Takim impulsem w moim przypadku jest wizyta w Bangkoku. Rozumiem, że Bangkok może kojarzyć się bardzo turystycznie (nie bez powodu), ale od czasu kiedy kilka lat temu przeczytałem “A Fortuneteller Told Me” Tiziano Terzaniego, mam głęboko zakorzenioną potrzebę odwiedzenia tego miasta, a nawet zamieszkania w nim na jakiś czas. Zresztą miasto przewija się w ksiązkach innych reporterów piszących o Indochinach – Normana Lewisa, czy Johna Swaina. I tak ten miejski magnes wyciąga mnie z wyspiarskiego honey trap. O Bangkoku napiszę więcej w innej notatce, bo to duży temat.

Continue reading

BKK.

Kolejne duże miasto i kolejny duży deszcz. Bangkok spowity chmurami i bardzo wilgotny. Lotnisko opustoszałe. Przyjmijmy, że wszyscy boją się eboli oraz wojny polsko-ruskiej i siedzą w domach zamiast się szlajać po świecie.

#3.

Flora jest tu mniej zróżnicowana niż fauna, albo ja z natury rzeczy zwracam więcej uwagi na wszelkiego zwierza. Są więc drzewa gumowe, z których lokalsi pozyskują kauczuk. Są nadbrzeżne mangrowce, banyany, czy też drzewa bodhi, tutaj przyjaźnie nazywane drzewami bo. Wiadomo, że drzewa bo mają specjalne znaczenie, bowiem to pod jednym z takich drzew Budda osiągnął oświecenie. Tutejsze banyany są jednak skromne, w niczym nie przypominają monumentalnych drzew, które widziałem na sawannach w Birmie, czy które rosną w Nepalu. Może to kwestia tutejszej piaszczystej gleby.
Continue reading

#2.

Lokalne życie na wyspie toczy się równie spokojnie jak moja przyplażowa egzystencja. Większość mieszkańców ma większe lub mniejsze plantacje drzew gumowych, z których pozyskują kauczuk, który następnie przetwarzają w niewielkich, komunalnych chyba, fabryczkach. Choć nawet fabryczka to zbyt duże słowo – to po prostu szopy z kilkoma obsługiwanymi ręcznie maszynami. Poza tym jest tu parę małych sklepów, trochę rybaków i ze dwa przybrzeżne resorts z kilkoma bungalowami. Sezon na poważnie rozkręca się w grudniu, więc resorta stoją puste.

Continue reading

#1.

Pierwsze godziny po przybyciu na wyspę były lekkim szokiem. Czułem się tak, jakby ktoś umieścił mnie w komorze do deprywacji sensorycznej. Bangladesz generalnie da się sprowadzić do jednego – przeładowania wrażeniami. Nie wnikam już, czy są to wrażenia pozytywne, czy negatywne, ale że praktycznie nie ustają. Nawet w lepszych hotelach, zza grubych szyb, dobiega ciągły pomruk silników, klaksony, dzwonki ryksz, wołanie muezzina, cały ten nieustający rwetes bengalskich miast (i miasteczek). Continue reading