Author Archives: miro

Uspokojenie.

Łódź (długoogoniasta, ze schowanym ogonem).

Łódź (długoogoniasta, ze schowanym ogonem).

Czas zasadniczo zwolnił, wrażenia zmysłowe uległy zdecydowanemu wysubtelnieniu. Warunki idealne do pielęgnowania lekkiej mizantropii – przy niewielkim wysiłku da się tu wypowiedzieć jakieś 10 słów dziennie, z tego połowę do gekkonów. Do znaczących wydarzeń ostatnich dni należało uwolnienie lokalnej odmiany zimorodka (z angielska piękne kingfisher) z rybackich sieci. Zarówno ptak, jak i sieci pozostały bez szwanku. Ja również, choć pomarańczowy dziób starał się zrobić we mnie szereg dodatkowych otworów. Do mniej znaczących – spotkania z krabami i małpami podczas wieczornych biegów. Do zupełnie powszednich – odkrywanie coraz to większych muszli w poodpływowym błocie. W tym uspokojeniu godziny zazenów mijają jak kwadranse. Ciężko będzie się stąd ruszyć.

Skłot muszla.

Pustelnik.

Pustelnik.

Wczoraj po odpływie poszedłem zbierać muszle. Znalazłem bardzo ładną sztukę, szpiczastą, kręconą i dosyć dużą. Ułożyłem ją wśród innych muszli, koralowców i gąbek. Problem w tym, że po jakimś czasie wysunęły się ze środka włochate łapy, które zaczęły ciągnąć ją po stole (pierwsze skojarzenie – Mars napada!). W mojej muszli ktoś urządził squat… Jako że nie nadaję się na czyściciela kamienic, muszla z lokatorem wróciła na plażę. Poza tym on ją znalazł pierwszy.

Thong Mai Phai.

Thong Mai Phai Rd.

Thong Mai Phai Rd.

Gdyby ktoś potrzebował mnie znaleźć, to najpierw leci się do Bangkoku. Potem przesiadka w autobus albo samolot do Krabi. Z lotniska w Krabi trzy kwadranse samochodem do przystani. Następnie 15 minut długoogoniastą łodzią na wyspę, potem kolejny kwadrans jeepem. I wreszcie w prawo w ul. Thong Mai Phai, dwieście metrów w dół, znowu w prawo za trzcinowym domem z kurami na podwórku, w dół do plaży i w lewo przez dziurę w murowanym ogrodzeniu na polanie z palmami. Przed nami trzy drewniane domy na palach, mieszkam w tym środkowym.

23.X.2014 – Dhaka, DAC-KUL(-KBV).

Ostatniego dnia w Dhace, mimo mocnego zmęczenia materiału, udaje mi się zebrać do jeszcze jednej wizyty w Starej Dhace. Krążę trochę po wąskich uliczkach, robię kilka zdjęć, z których jestem nawet zadowolony. Czuję, że to może być bardzo udany fotograficznie dzień, ale w pewnej chwili cała energia siada i niespecjalnie mam ochotę na dalsze wędrówki w upale. W ogóle czuję się dosyć dziwnie, może zatrułem się jedzeniem, a może to napięcie przed wieczorną podróżą. Ostatecznie, po paru próbach zmotywowania się do dalszych eksploracji, łapię rykszę do skrzyżowania Daynik Bangla More, dwa kroki od mojego hotelu – lokalizacji, której nazwa rozpoznawana jest przez rykszarzy, kierowców CNG i taksówkarzy w całej Dhace, w odróżnieniu od nazwy ronda kilkaset metrów dalej.

Continue reading

DAC-KUL-KBV.

Ostatnie chwile w Bangladeszu. Od jutra chill out na (prawie) bezludnej wyspie głęboko na południu Tajlandii. Ciekawy był miesiąc tutaj, za kilka dni napiszę małe podsumowanie.

21-22.X.2014 – Dhaka.

Po kiepsko przespanej nocy na Tipu 7 i niespodziewanej pobudce przed 0600 niespecjalnie mam ochotę na cokolwiek poza spaniem. Jakimś niezrozumiałym wysiłkiem woli robię jeszcze eksperyment hotelowy, próbuję zatrzymać się w hotelu Ramna – różowym potworze nieopodal stadionu hokejowego w dzielnicy Motijeel. Opryskliwy właściciel stwierdza “no room” co, biorąc pod uwagę rozmiar miejsca, jest mało prawdopodobne, najpewniej jest to kolejne miejsce, które nie przyjmuje cudzoziemców. Zresztą miałem z nimi dziwne przejścia jeszcze przed wyjazdem – kiedy na tydzień przed wylotem chciałem telefonicznie zarezerwować pokój, powiedzieli żeby dzwonić dzień przed przyjazdem. Dzień przed przyjazdem stwierdzili, że mam zadzwonić po wylądowaniu. Natomiast ja już wtedy nie miałem do nich cierpliwości i pojechałem – w deszczu stulecia – do bardzo gościnnego hotelu Pacific, któremu naprawdę niewiele można zarzucić.

Continue reading

Dhaka.

Tipu 7 w jednym kawałku dotarł do Dhaki nieco po wschodzie słońca (który udało mi się przespać). Poranne zderzenie z ulicami molocha lekko traumatyczne. Trochę już mi się nie chce, ale postaram się zmotywować jeszcze do co najmniej jednej wizyty w Starej Dhace. A pojutrze nowy kraj i zupełnie inne konteksty.

19-20.X.2014 – Khulna, Barisal i rejs Barisal-Daka.

W Khulnie zabawię krótko, zaledwie jedną noc. Pierwotnie planowałem popłynąć stąd na trzydniowy rejs po Sundarbanach, ale zniechęcają mnie do tego formuła takich rejsów – typowy packge tour dla masowego turysty, którego w dużych ilościach ładuje się na statek – oraz czas, jaki musiałbym czekać na taką wycieczkę – minimum cztery dni, a może dłużej. Jako że za cztery dni to ja już chcę być w innym kraju, bez większego żalu odpuszczam Sundarbany. Próbuję też kupić bilet na rejs do Dhaki, na jednym z niewielu pozostałych przy życiu statków typu Rocket, ale jako że nie pływają już one do Khulny (a jedynie do Morelganj i Barisal), biletów w Khulnie nie sprzedają.

Continue reading

Na statku!

MV Tipu 7.

MV Tipu 7.

Co prawda nie po Sundarbanach, bo to okazało się propozycją bardziej w charakterze masowego turyzmu, ale z Barisal do Dhaki. Statek nazywa się MV Tipu 7. Niezwykle dzielna jednostka. Mam swoją kajutę i swoją koję, więc płynę w warunkach niemal luksusowych. Będziemy płynąć przez całą noc, przybijemy do Dhaki trochę po wschodzie słońca, chyba że porwą nas piraci albo pomyłkowo zatopi bangladeska flota. Albo Tipu 7 okaże się mniej dzielny niż podejrzewałem i po drodze się rozpadnie.

Do Khulny.

Prawie trzy dni wśród nieprzebranych festiwalowych tłumów lekko nadszarpnęły moją równowagę psychiczną. Czas zostawić Lalona i baulów – właśnie wsiadłem do autobusu do Khulny, skąd mam nadzieję załapać się na turę po Sundarbanach.

16-18.X.2014 – Kushtia, Lalon Utsab.

Transfer z Natore do Kushtii wyjątkowo bezproblemowy. Rondo, przy którym zatrzymują się autobusy mam trzy minuty spacerem od hotelu (Hotel nazywa się VIP, żeby nie było wątpliwości, że to wyjątkowego wyrafinowania establishment). Na miejscu już stoi autobus i nawet dostaję 10 taka zniżki na bilet z racji faktu, że jestem cudzoziemcem. Po dwóch godzinach Kushtia. Mój rykszarz, co wygląda jak hinduski święty, ale śmierdzi jak warszawski menel, ma spore problemy ze znalezieniem guesthouse’u, w którym mam mieszkać. Ze trzy razy pyta od drogę, aż w końcu odmawia współpracy przed hotelem, którego nazwa jest daleką aproksymacją nazwy docelowego – Rose View zamiast Rojonigondha. Wskazówki telefoniczne od prowadzącego GH tylko go rozwścieczają, więc płacę i zmieniam rykszarza na bardziej cywilizowany model. Tym razem docieramy na miejsce zaledwie po jednym pytaniu o drogę.

Continue reading

Początek…

Baul. Festiwal Lalona Shaha w Kushtii.

Baul. Festiwal Lalona Shaha w Kushtii.

Zaczyna się Lalon Utsab i zaczyna się niesamowicie. W chmurach gandzi i kadzideł, przy dźwiękach ektar, tabli i innych bębnów, fletów oraz lokalnej odmiany harmonii. Tysiące ludzi i masa energii! Czuję się wciągnięty.

Mishti.

Sprzedawca pamiątek, Natore.

Sprzedawca pamiątek, Natore.

Lokalne słodycze – mishti – nie są szczytem cukierniczego wyrafinowania, co nie zmienia faktu, że ciężko im się oprzeć. Muszę się pilnować, bo wrócę do PL wyglądając równie solidnie, co mój dzisiejszy model, sprzedawca pamiątek w rajbari w Natore. Otwarte pozostaje pytanie, czy w takiej sytuacji pomoże mi ufarbowanie brody na rudo, powszechne wśród tutejszych muzułmanów.

Natore.

W Rajshahi niezdrowe poruszenie, wszystkie hotele wybukowane, a właściciel tego, w którym się zatrzymałem, uparł się, że mam oddać pokój do 0900. Nie mam mu specjalnie za złe biorąc pod uwagę, że płaciłem mniej niż 4 USD za noc.

I tak planowana jednodniowa wycieczka do Natore zamieniła się w przenosiny do Natore. Co ma same dobre strony, bo bliżej do Kushtii, hotele święcą pustkami i będę mógł fotografować lokalne rajbari o zachodzie słońca (a może też w porannych mgłach).

12-15.X.2014 – Bogra-Paharpur-Rajshahi-Puthia-Natore.

Dochodzę do wniosku, że wizualnie bengalskie miasta nie różnią się tak bardzo od polskich. Niekoniecznie mam tu na myśli te najbardziej reprezentacyjne polskie miasta, czy może najbardziej reprezentacyjne dzielnice, ale jeśli wziąć taki Raszyn, Marki, czy ostatni odcinek zakopianki, to mamy dobrą aproksymację wizualnego chaosu, jaki tu widać na każdym kroku. Jasne, jest brudniej, wizualny chaos jest o wiele mocniejszy, dochodzą także szalone plątaniny kabli, czasem otwarte rynsztoki, jednak pewne schematy się powtarzają.

Continue reading

Puthia.

Dziewczyna Hindu w Puthii.

Dziewczyna Hindu w Puthii.

Dzisiaj ponad pół dnia w Puthii. Sama radość, zrujnowane pałace i rajbari, świątynie Shivy, Govindy, Gopali i Aniki. Do tego nieco szalony przewodnik i opiekun świątyń, Mr. Bishwana. No i dziewczęta Hindu, ach, jak karmel i miód.

Lalon Utsab.

Dobre wieści. Mój człowiek w Dace, Mahmud, załatwił mi spanie w Kushtii podczas festiwalu Lalona Shaha, Lalon Utsab. Sam, mimo wielu męczących telefonów, nie byłem w stanie tego zrobić.

To będzie moje pierwsze zetknięcie z baulami, bengalskimi muzykami i mistykami sufickimi (ale także wisznaickimi). Bardzo pięknie pisze o nich William Dalrymple w jednej z opowieści w “Nine Lives”. Ciekaw jestem tego straszliwie!