Author Archives: miro

09:00 do Rumy.

do_rumy

Dzisiaj autobusem z Bandarbanu do Rumy, żeby potem spłynąć rzeką Sanghu z powrotem do Bandarbanu. Okres pofestiwalowy, trwają wakacje i tłumy młodych Bengalczyków ruszyły na wycieczki po kraju. Autobus o 0800 wypakowany po brzegi, łącznie z dachem. Śpiewy, krzyki, ogólna radość i ekscytacja.

W porannym ferworze zostawiłem w hotelu teczkę z pozwoleniami. Pewnie zawrócą mnie w pół drogi…

Powrót do Bandarban.

Jako że w Thanchi chwilowo nie mam czego szukać, wczesnoporannym jeepem wróciłem do Bandarban. Przede mną dzień-dwa krótszych wyjść we wzgórza – w rejony, w które mogę chodzić bez policyjnej obstawy.

kobieta_marma

Kierowca po drodze zatrzymał się na ponad godzinne modły w wiosce Boli (Boli Para), a ja dzięki temu miałem okazję fotografować tubylców. Na zdjęciu kobieta z ludu Marma przy pracy. Twarz pomalowaną ma pastą thanaka, niezwykle popularną w Birmie.

Męki w Thanchi.

W Thanchi można się na własnej skórze przekonać dlaczego Bangladesh wciąż jest państwem rozwijającym się. Pozwolenie w Chittagong, milion kontroli po drodze, wypełnianie formularzy, kserowanie paszportu, wyjaśnienia, telefony, weryfikacje. A na koniec i tak się okazuje, że muszę mieć policyjną eskortę nawet na najprostszą wycieczkę. I jeszcze za nią zapłacić. Problem w tym, że Durga, że Eid i wszyscy policjanci na urlopach. Musiałbym więc poczekać z tydzień. A może dwa. A spędzić tydzień w Thanchi, to jak spędzić życie w Radomiu.

Do Thanchi Bazar.

Ruszam w nieznane. W autobusie do Thanchi Bazar, dalej zobaczymy jak rozwinie się sytuacja. Coraz bliżej granicy z Birmą, której jednak lądem przekroczyć się nie da.

04.X.2014 – Z Rangamati do Bandarbanu.

Autobus z Rangamati do Bandarbanu jedzie ok. 4h. Nic w tej podróży specjalnie nie zapadło mi w pamięć, może poza tym, że z braku miejsc siedziałem na pudle obok kierowcy i przy każdej zmianie biegów dostawałem po żebrach tym nieszczęsnym drążkiem. W jednej z lokalnych wiosek o mały włos nie przejechaliśmy starego człowieka z długim kosturem. Tłum zebrał się wokół autobusu i zaczął lekko wrzeć – natychmiast przypomniały mi się sceny indyjskich ulicznych samosądów po wypadkach drogowych opisane w “Shantaram”. Jednak starzec z kosturem wyszedł ze starcia z autobusem cało, a tłum dał się udobruchać tłumaczeniom kierowcy, że musiał gwałtownie skręcić, żeby uniknąć zderzenia z tuk-tukiem.

Continue reading

Stupa w Bandarban.

tmp_13114-bandarban_stupa-854086670

Im bardziej na wschòd, tym wyraźniejsze wpływy buddyjskie. Na wzgórzu pod Bandarban urocza stupa w birmańskim stylu, obok klasztor. Na ulicach można natknąć się na mnichów w pomarańczowych szatach. Widoki znajome i miłe dla oka.

W drodze do Bandarban.

Rangamati za mną, podobnie jak zalew Kaptai. Teraz w autobusie do Bandarban, stolicy Chittagong Hill Tracts. Bardzo urocza podróż, kręte drogi pośród zielonych wzgórz, prom, małe wioski tutejszych ludów. W jednej z nich niemal przejechaliśmy starego człowieka z kijem. Autobus pełen ludzi, mam miejsce typu box, na pudle obok kierowcy. Przy każdej zmianie biegów dostaję po żebrach tą wajchą.

Niespodziewana wizyta u Chakma.

Na statku do Shuvalong poznalem kolejnego Chakmę. Bardzo są gościnni i mili. Zostalem zaproszony na obiad i kilkugodzinny chillout w chacie na wzgórzu nad zalewem Kaptai. Idylla i całkowity spokój, na koniec wręcz niepokojący marazm. Objadłem się suszonej ryby i wygrzałem na dzikim słońcu. Na słońcu o mocy dwóch słońc, słońcu na sterydach, może to nawet jest supernowa, ale jeszcze o tym nie wiemy.

miro_z_bongiem

Na zdjęciu Wasz niestrudzony podróżnik podczas poważnej eksploracji etnograficznej – paleniu tradycyjnej, charakterystycznej dla ludu Chakma, bambusowej fajki wodnej. I nie, wcale nie było w niej gandzi, tylko tytoń rosnący na pobliskich wzgórzach.

Rangamati.

Po molochu, szalonej podróży, moloszku (Chittagong), czas na Uspokojenie. Dwa, a może trzy, dni nad zalewem Kaptai, w Rangamati. Na pierwszy rzut oka nieco przypomina jezioro Inle w Birmie. Zero kurzu, spalin i hałasu, jak w innym kraju. De facto kulturowo to jest inny kraj, ale o tym więcej w relacji.

kaptai_o_zachodzie

Na zdjęciu jedna z licznych, porośniętych wodną lilią, zatoczek zalewu Kaptai pod koniec dnia. Domy na palach, podobnie jak nad jeziorem Inle, tylko tam chyba kryte były trzciną, nie blachą. Ale to może być element mojej idealizacji Inle.

01.X.2014 – Chittagong.

Chittagong jest jak młode tego samego gatunku co Daka, gatunku miejski moloch w kraju rozwijającym się. Jabłko padło niedaleko od jabłoni, jednak szybko zaczęło gnić. I tak mamy miasto brudniejsze, hałaśliwsze, znacznie bardziej zanieczyszczone, biedniejsze i generalnie odpychające. W przeciwieństwie do Daki, mogą tu jeździć także tuktuki benzynowe, co dodatkowo pogarsza sprawę. Pod koniec dnia od tutejszego powietrza szczypią mnie oczy, boli gardło i głowa.
Continue reading

Ship breaking yards.

Nieudana wizyta w stoczniach (antystoczniach) rozbierających statki na elementy pierwsze. Właściciele boją się negatywnej publicity i nie pozwalają fotografować (a temat jest taki wdzięczny!). Ale emocji nie brakowało – przedmieścia Chittagong, tłumy lokalnych robotników portowch, brud, smar, rdza, kawałki statków i klimat srodze industrialny. W tym wszystkim rozemocjonowany Miro w fazie ‘zawód reporter’. I’ll be back.

ship_breaking_yards

Na zdjęciu typowy krajobraz bangladeskiej stoczni rozbiórkowej wraz z grupą ciekawskich ship breakerów.

Chittagong.

Jedna ryksza, dwa CNG, dwa autobusy i 17h w drodze – ok. 0400 dotarłem do Chittagong. Dzisiaj odwiedziny w lokalnym biurze władz dystryktu, gdzie dostałem permit na trekking w Chittagong Hill Tracts. Sytuacja w CHT poprawia się. Nie trzeba już uzbrojonej eskorty jak kilka lat temu…

W drodze do Chittagong.

Pierwszy tydzień za mną. Środkowa cześć kraju, częściowo przynajmniej, poznana. Od rana w podróży z Mymensingh do Chittagong i przy okazji w największym korku na ziemi. Jutro zaczyna się Durga Puja, za parę dni Eid i cały 160 milionowy naród ruszył z wizytami. Wygląda na to, że 170 km, które mnie dzieli od Chittagong będę jechał całą noc. Pół królestwa za prysznic.

29.IX.2014 – Mymensingh.

Mymensingh jako takie – mam tu na myśli tzw. Stare Mymnsingh, analogicznie do Starej Daki, choć one wizualnie nie mają w sobie za wiele z zabytku – nie różni się zasadniczo od Starej Daki. Może jest troche bardziej czyste, kolorowe, wizualnie bogatsze. Poza tym taka sama plątanina małych uliczek ze sklepikami i straganami, gwar, zmasowany atak na zmysły.

Continue reading

27.IX.2014 – Daka, Saderghat.

Dzisiaj czwarty dzień od przylotu, o moim plecaku wieści brak. Pogodzony już z wersją light swojego wyposażenia, większość dnia poświęcam na uzupełnianiu rozmaitych braków sprzętowych. Mam dwa dosyć potrzebne urządzenia, tablet (do pisania i wszystkiego innego, szczerze mówiąc) i aparat, które wymagają dedykowanych ładowarek.

Continue reading