Author Archives: miro

30.XI-02.XII.2012 – Hsi Paw.

16h w autobusie to nie przelewki, poza tym to moja druga zarwana noc, wiec do Hsi Paw docieram w stanie lekkiej zombifikacji. Chwilke krążę szukając swojego GH – zamiast wyciagnac mape, pytam lokalnych policjantow, ktorzy kieruja mnie w złą stronę. Ostatecznie docieram do Golden Doll, znanego tez jako Mr. Kid. Wlascicielka na moj widok mowi – you very tired, you must sleep. Trudno sie nie zgodzic.

Continue reading

27-29.XI.2012 – Inle.

Swiezo po dotarciu do Nyaungshwe decyduje sie zostac tam trzy noce. Nie mam konkretnych planow, ale podoba mi sie atmosfera w klasztorym dormitorium, poza tym mam ochote nieco zwolnic tempo podrozy. Sprawy jednak zaczynaja toczyc sie swoim torem, pare godzin po rozlokowaniu sie w klasztorze, zaczepia mnie Czech Michal. W porcie poznal pare Polakow i zdecydowali sie wynajac lodz nastepnego dnia na wycieczke wokol jeziora. Maja jeszcze wolne miejsca, wiec moge dolaczyc.

Continue reading

23-26.XI.2012 – Kalaw-Inle.

Trek zaczynamy o 0830, przed siedziba Miss Sajgon, w zadrzewionej, bocznej uliczce. Jest nas dwie grupy po osiem osob, szczesliwie trafiam do tej z nizsza srednia wieku, chyba wszyscy sa przed 30-tka. Ja rowniez, wizualnie w kazdym razie. Poza mna dwoch Anglikow – Jonah i Sebastian, para Francuzow, niesmialy Czech Michal, Maltanczyk Nicolas i duza blond Belgijka, nauczycielka z Antwerpii. Szczesliwie ani jednego hamburgera.

Continue reading

23.XI.2012 – Bagan-Kalaw.

Juz w Mandalay czulem sie nieco zmeczony miastami i czekalem na dzien, kiedy znajde sie w jakiejs dziczy. Bagan do dziczy trudno zaliczyc, wiec po dwoch dniach wsrod stup wsiadlem do autobusu do Kalaw, miasta w rejonie jeziora Inle, skad zwykle zaczyna sie kilkudniowe treki konczace sie nad jeziorem.

Continue reading

21-22.XI.2012 – Bagan.

Wszystko zaczelo sie gdzies w XI wieku, kiedy Manuha, jeden z krolow Mon, postanowil nawrocic na buddyzm theravada Anawrathe, wladce Bagan. Jego sila perswazji byla tak wielka, ze Anawratha dal sie nawrocic, a nastepnie zrabowal szereg buddyjskich relikwiow, ktore przechowywal Manuha, a jego samego porwal. Na korzysc Anawrathy przemawia fakt, ze najpierw o wspomniane relikwia uprzejmie poprosil.
Continue reading

20.XI.2012 – Mandalay, Bagan.

Jako ze moj hotel zyczy sobie nieco nierynkowej stawki za poranna taksowke na prom, umawiam sie z zujacym betel kierowca skutera. Mam pewne obawy, w koncu pojmowanie czasu w tych rejonach jest nieco inne niz na zachodzie, poza tym, czy bedzie mu sie chcialo wstawac przed switem, zeby o 0600 zabrac mnie z hotelu? Obawy nieuzasadnione, za piec szosta nieco zaspany kierowca juz na mnie czeka. Laduje moj plecak miedzy nogi, ja sadowie sie za nim i ruszamy. Skuter najlepsze lata ma juz dawno za soba, kilka razy gasnie po drodze, mimo to w ciagu 10 minut docieramy do przystani “szybkiej lodzi” Malikha. Tak jak wizja calodziennej podrozy rzeka jest niezywkle pociagajaca, tak towarzystwo z jakim dziele jednostke juz znacznie mniej. Jestem najmlodszym pasazerem tej lodzi, wokol regularne emeryten party, zasilane przez kolejne autokary podjezdzajace pod przystan. Nieoczekiwanie znalazlem sie w piekle zorganizowanej turystyki, ktora szczerze gardze. No nic, to tylko kilka godzin.

Continue reading

18-19.XI.2012 – Mandalay.

Mandalay to jedno z tych miast, ktorych nazwa niesie ze soba pewna obietnice. Obietnice orientalnego uroku, egzotycznej tajemnicy, palacow z bialego marmuru zagubionych w soczyscie zielonej dzungli, dalekowschodniej dekadencji, nieznanych smakow i kuszacych zapachow. Niestety, na obietnicach sie konczy. Mandalay to miasto brzydkie, smierdzace spalinami, plaskie jak stol, pociete rownomierna siatka ulic w przewidywalne kwadraty. Zabudowane typowa dla nowoczesnych miast w tej czesci swiata niska, betonowa zabudowa, pozbawiona jakiejkolwiek subtelnosci.

Continue reading

17.XI.2012 – Yangon, Mandalay.

Zostalo mi pol dnia w Yangonie. Wiekszosc godnych uwagi miejsc juz widzialem. Yangon to nie jest raj turystycznej roznorodnosci, w jeden dzien mozna zobaczyc glowne atrakcje wymieniane w wiekszosci przewodnikow, ale nie na tym polega urok tego miasta. Wybieram sie wiec na jeden z bazarow. W przeciwienstwie do blisko- i srodkowowschodnich bazarow, ten przypomina KDT i jest calkowicie pozbawiony wszelkiego uroku. Za to wyspecjalizowany jest w ubraniach i szybko znajduje lokalna wersje spodni – longyi.

Continue reading

16.XI.2012 – Yangon, Twante.

Jetlag i ogolna konfuzja zwiazana ze zmiana czasu wydaja sie lagodniejsze niz wczoraj – spie az do 0530. Pozniej, mimo najszczerszych checi, nie udaje mi sie zasnac, wiec poddaje sie i ide na wczesne sniadanie. Yangon o tej porze jest miastem niemal idealnym, panuje przyjemny chlod, ulice sa opustoszale, wieksosc sklepow zamknieta. Na rogu nieopodal znajduje typowo birmanska knajpe, siedzi sie przy niskich stolikach, na malych, przedszkolnych krzeselkach. Znam juz nazwy co najmniej dwoch lokalnych potraw – pierwszej brak, ale jest kolejna, mohinga, czyli gesta zupa rybna z makaronem. Do tego dostaje trzy samosy smarzone w glebokim tluszczu i koszmarnie slodka kawe 3w1 – tak wygladaja lekkie sniadania w tym kraju.

Continue reading

15.XI.2012 – Yangon.

Lotnisko w Yangonie robi zaskakująco dobre wrażenie. Czyste, w miarę nowoczesne, odprawa trwa chwilę. Na miejscu od niedawna jest też kantor – co ma spore znaczenie, biorąc pod uwagę, że Myanmar na razie nie jest podłączony do globalnych sieci finansowych i bankomaty obsługują jedynie lokalne karty. Kurs całkiem atrakcyjny – 844 kyat za dolara, cinkciarze pod stupą Sule placa 870. Przy wymianie muszę pokazać paszport i moje dane wraz z wymieniana kwotą wprowadzane są do Systemu. Długo zastanawiam się nad sensownością tej procedury i jedyne co mi przychodzi do głowy, że to spadek po reżimie, który z natury swojej pokrętnej chce kontrolować i wiedzieć wszystko.

Continue reading

13-15.XI.2012 – WAW-AMS-CAN-BKK-RGN.

Po kwietniowym wyjezdzie do Iranu mailem powazne watpliwosci co do kolejnej wyprawy w tym roku. W koncu od wrzesnia 2010 spedzilem w podrozy prawie 7 miesiecy, plus okolo pol roku na projekcie w Wilnie, co wiazalo sie z cotygodniowym lataniem tam i z powrotem. Obawialem sie, czy troche nie przesadzam z iloscia wojazy i tempem zycia w ogole. Podroze to jedna z najlepszych rzeczy w zyciu, ale i tutaj mozna osiagnac pewne nasycenie. Do tych rozterek doszlo zamieszanie zwiazane z ostatecznym opuszczeniem korporacyjnego bagna i, jak na razie bardzo udanym, przejsciem na freelancerstwo.

Continue reading

25-26.IV.2012 – Yazd-Khoor-Yazd.

Poranek w najmniejszym nawet stopniu nie zapowiada jednego z najbardziej emocjonujących dni tego wyjazdu. Zrywam się o 0600, żeby zdążyć na pierwszy autobus do Na’in, skąd mam złapać kolejny, do pustynnego Khour. Hotel daje mi darmowy transfer na dworzec autobusowy, co jest kolejną miłą niespodzianką z ich strony i z czego skwapliwie korzystam. Co prawda okazuje się, że autobusu o 0800 nie ma, a kolejny odjeżdża o 1000, jestem więc 2.5h za wcześnie.

Continue reading

23.IV.2012 – Yazd.

Jedyną negatywną stroną hotelu, w którym się zatrzymałem jest fakt, że nie chcę mi się go opuszczać. Leżenie na fotelo-łożach wokól chłodnego dziedzińca rozleniwia całkowicie. Śniadanie jem ponad godzinę i tylko wrodzone poczucie obowiązku wygania mnie do miasta.

Continue reading

22.IV.2012 – Shiraz i Yazd.

Shiraz niespecjalnie mnie zauroczyło i decyduję sie nieco skrócić tu pobyt. Na obejrzenie zabytków i spacery po bazarze zostaje mi pół dnia. Odwiedzam cytadelę Karim Khane Zand, w której najciekawsza jest łaźnia a potem meczet Haqil, który z kolei robi wrażenie niesamowitą kolumnadą, zamykającą główny dziedziniec od północy. Na koniec zaglądam do jednego z większych meczetów w Iranie, meczetu Jameh, który nie jest wyłącznie zabytkiem, ale przede wszystkim popularnym miejscem kultu.

Continue reading

19.IV.2012 – Isfahan-Yasuj-Sisakht.

Dzisiaj czeka mnie dosyć długa podróż – planuję dostać się do Sisakht, miejscowości u podnóża łańcucha Zagroz, skąd mam nadzieję wyruszyć na kilka dni w wyższe partie gór. Podróż przebiega stosunkowo bezboleśnie, mimo że z początku nie mam pojęcia jak dostanę się z Yasuj do Sisakht. Nie do końca wiem też jak wyglądać będzie sytuacja ze spaniem w Sisakht – wiem, że jest tam schronisko dla alpinistów, ale nie jestem pewien, czy będzie otwarte.

Continue reading

18.IV.2012 – Isfahan, dzień 2.

Drugi i ostatni pełny dzień w Isfahanie upływa przede wszystkim na żmudnej logistyce, zresztą, jak się późńiej okaże, zupełnie niepotrzebnej. Kolejnym etapem podróży mają być góry Zagroz, gdzie chcę zrobić wiosenne wejście na glówny szczyt – Dena. A jeśli pogoda dopisze, to także kolejne szczyty w masywie – Hera oraz Bijan 1 i 2. Mam niewiele informacji (pomijając fakt, ze na forach szczyty opisywane są jako raczej turystyczne, więc całość nie powinna zająć więcej niż 3 dni w lecie), nie mam też żadnej mapy, więc postanawiam skontaktowac się z lokalną federacją wspinaczkową.

Continue reading

17.IV.2012 – Isfahan, dzień 1.

Wzmocniony hotelowym śniadaniem (pita ze słonym białym serem, jajka na twardo, dżem i herbata – śniadaniowy standard w Iranie, czasem trafia się też pomidor) ruszam zwiedzać perłę wschodu. Mój przewodnik opisuje trasę zahaczającą o większość miejsc godnych uwagi, idę więc na łatwiznę i zdaję się na doświadczenie autora, jak się okaże, słusznie.

Continue reading

16.IV.2012 – Teheran, Teheran-Isfahan.

Wczoraj przez większość dnia padał deszcz, podobnie przedwczoraj. Góry na północy, za miastem, schowane pod grubą warstwą chmur. Po krótkich rozważaniach decyduję się przełożyć próbę wejścia na Damavand i odwiedziny w dolinie Alamut (szlakiem zamków Asasynów) na koniec wyjazdu. Teraz pojadę na południe, w rejony pustynne, gdzie aura powinna być nieco bardziej sprzyjająca. Pierwszy przystanek – perła Iranu, pół świata w jednym mieście – Isfahan.

Continue reading