Author Archives: miro

20.III.2011 – Palmyra-Krak des Chevaliers

Po wieczornej degustacji araku z pewnym ociąganiem wygrzebuję się ze śpiwora. Śniadanie typowe dla tego regionu: talerz oliwek z pestkami, miska kwaśnego jogurtu, dżem z moreli, topiony ser i torba świeżej pity. Bardzo regenerujące. Zaraz po śniadaniu pakuję plecak i ruszam w ruiny. Już tu dzisiaj nie wrócę, prosto z ruin ruszam do Krak des Chevaliers.

Continue reading

19.III.2011 – Damaszek-Palmyra

Po 12h snu czuję się cokolwiek rześko, staram się więc możliwe szybko wyrwać z hotelu. W planach mam podróż do Palmyry i wstępne zwiedzanie tejże, a wcześniej wizytę w muzeum narodowym w Damaszku. Ale first things first, na początek spędzam trochę czasu w odkrytej wczoraj kawiarni. Tym razem próbuję herbaty – podobnie jak wszędzie tutaj, podają mocną, cejlońską mieszankę z dużą ilością cukru podanego w małym kieliszku, przypominającym kieliszek do jajka na twardo. Towarzystwo, tak jak wczoraj, stricte męskie. W pewnym momencie do środka wchodzi starsza kobieta, która chyba próbuje coś sprzedać i natychmiast zostaje przepędzona. Zaczyna się awantura – wąsaci mężczyźni się drą i machają rękoma, kobieta bliska płaczu, ale nie daje za wygraną, a wręcz zaczyna pomstować. Niechybnie rzuca klątwy na cały ród męski. Jest mi jej szkoda i chcę pomóc, ale tak niewiele rozumiem z kontekstu, że wolę nie ryzykować.

Continue reading

18.III.2011 – Damaszek

Wstaję po 5h, nieco zregenerowany, ale wciąż na lekkim długu, jeśli chodzi o sen. Szybki prysznic i ruszam w miasto – pierwszy przystanek to kawiarnia dwa kroki od hotelu. Dostaję rewelacyjną, beduińską kawę z kardamonem, która nieco stawia mnie na nogi. Kawiarnia / herbaciarnia to typowo arabski przybytek, pełen wąsatych facetów w jalabiyach, chustach na głowach, palących masę papierosów albo nargile. W telewizji stacja Al-Arabiya. Nie czuję się specjalnie wyobcowany, mimo że jestem jedynym białym – klimaty jak Nepalu, trochę zaciekawionych spojrzeń, ale zero wrogości. Po chwili życie zaczyna toczyć się utartymi torami, a moja obecność zostaje całkowicie zasymilowana.

Continue reading

17.III.2011 – W drodze do DAM.

Dzień od początku zapowiadał się intensywnie. Pobudka o 0600 i poranek w Wilnie, wczesnym popołudniem lot do Warszawy, a wieczorem kolejny do Damaszku. Od rana wiał silny wiatr, więc z pewnym niepokojem śledziłem flightstats, ale do południa nie było powodów do niepokoju – lotnisko w Wilnie działało z niewielkimi tylko opóźnieniami. Lot do WAW okazał się być całkowicie bezproblemowy, na miejscu wylądowałem sporo przed czasem. Teraz miałem przed sobą jakieś sześć godzin do kolejnego wylotu. Początkowo ambitnie planowałem zrobić jeszcze trening, ale ostatecznie poddałem się – do zrobienia były jeszcze ostatnie zakupy, czekał mnie też ciężki proces decyzyjny – jaki sprzęt turystyczny ze sobą wziąć. Liczyłem też na jakaś godzinę snu, jako że w Damaszku miałem lądować o 0400 lokalnego czasu. Ze siesty ostatecznie nic nie wyszło.

Continue reading

7.XI.2010 – Namche-Lukla.

Droga do Lukli kolejnego dnia bez niespodzianek – tłumy trekkerów i porterów, karawany jaków plus festiwalowe ekscesy w mijanych miejscowościach. Stawiam sobie ambitny cel – dotrzeć na miejsce w 3, maksymalnie 3.5h netto (nie licząc odpoczynków). Docieram w 3h50m, z czego ok. 10 minut straciłem przepuszczając jaki przez wąskie wiszące mosty i utykając w karawanach.

Continue reading

6.XI.2010 – Thame-Namche.

Zgodnie z wcześniejszymi planami, wyruszam z Thame mało uczęszczaną drogą przez Kongde, co pozwoli mi szerokim łukiem ominąć Namche. Nie biorę jednak pod uwagę faktu, że od Thame do Kongde nie ma nawet jednej ludzkiej osady, jako że życie koncentruje się na uczęszczanym szlaku do Namche. Do tego jestem zmęczony po prawie dwóch tygodniach ciągłej walki, a resztki szturmżarcia zjadłem podczas wczorajszej eskapady pod Tesi Lapcha La. Nie przychodzi mi też do głowy zaopatrzyć się choćby w pół pieroga u miłych gospodarzy w Thame.

Continue reading

3.XI.2010 – Gokyo-Thame.

Ze względu na mróz śpię w czapce i z głową owiniętą śpiworem. W tym kokonie nie słyszę budzika i wstaję ponad godzinę po czasie. A wszak dzisiaj czeka mnie poważne wyzwanie, przełęcz Renjo La (5360 m n. p. m.), co z ponad 20kg plecakiem nie będzie czystą przyjemnością. Aby życie nie było za łatwe nie biorę tez rano Diamoxu, w końcu zejdę dzisiaj na 4300 metrów, a zaaklimatyzowany powinienem być do ok. 4800. Poza tym stwierdziłem, że tak jak Diamox pomaga mi spać, tak niespecjalnie wpływa na lepszą wydajność w ciągu dnia.

Początkowo planuję dotrzeć do Lungden albo Marulung i kolejnego dnia do Thame, ale na przełęcz docieram wyjątkowo szybko (ok. 2.5h w stosunku do 4h wspomnianych w przewodniku) i w głowie zaczyna mi się kluć plan nieco bardziej ambitny niż pierwotnie.

Robię kilka zdjęć, bardzo stąd dobrze widać Everest, po czym ruszam w dół. Mam po drodze minąć 3 jeziora, ale po minięciu drugiego dostrzegam na dole, w dolinie, kilka budynków. Kompas wskazuje, że to właściwa dolina, tylko nieco bardziej na północ niż Lungden i Marulung. Do ta tego dolina na północ od Lungden jest zamknięta dla trekerów – bardziej mnie motywować nie trzeba, bez zbędnej zwłoki ruszam na dół.

Trafiam do osady Arya. Nie ma jej na mojej mapie, ale ma dwa spore lodge. Miejsce pięknie położone, ma wysokim progu bardzo urokliwej doliny Bhotekochi. Rzeka, która nadaje nazwę dolinie również budzi szacunek – dzika, porywista, płynie w głębokim kanionie wyżłobionym w żwirach i piaskach.

Zatrzymuję się na dal bhaat i rozważam postój na dłużej, ale lokalni Sherpowie coś mi nie pasują. Mają jakiś problem ze mną, a ja z nimi. Może obawiają się kary, za przenocowanie turysty w zamkniętym rejonie? A może to przemytnicy, w końcu do granicy z Tybetem jest stąd kilka kroków. A może od złej rakshi postrzeganie świata im wyewoluowało z nieodpowiednią stronę…

Wzmocniony db energicznie ruszam w dół, licząc jednak na noc w Thame. Nawet nie wiem, kiedy mijam Lungden, potem Marulung, po czym w tym pędzie przechodzę przez jeden z mostów na niewłaściwą stronę rzeki. Niespecjalnie mam ochotę zawracać, szczególnie, że dzień powoli się kończy, więc idę dalej wzdłuż brzegu, szukając brodu albo kolejnego mostu. Robię nawet próbę przekroczenia rzeki, ale prąd jest niezwykle silny, porwałby mnie (łącznie z plecakiem) jak patyk z gry w himalajskie misie patysie.

Zrezygnowany decyduję się wracać do mostu. Wychodzę na wysoki brzeg i kilkaset metrów dalej widzę charakterystyczne niebieskie dachy szerpańskiej osady. Ostatnia deska ratunku, pójdę tam pytać o inny most, bród albo po prostu nocleg. Dochodzę do osady i moje problemy się kończą – mają tu most. De facto miniaturowy mostek, ale metalowy, zawieszony na betonowych pylonach, zdecydowanie na lata. Ucinam jeszcze krótką pogawędkę ze spotkaną Sherpani, która nie może uwierzyć, że jednego dnia przyszedłem aż z Gokyo (Sherpowie w ogóle mają tendencję do niedoceniania turystów z zachodu), po czym przechodzę przez most. Sherpani pokazała mi również skrót, dzięki któremu unikam ok. 50m metrów podejścia, co na tym etapie dnia jest znaczące. Masa dobrej karmy dla tej kobiety!

Niedługo później jestem w Thame. Ze wzgórza nad osadą wybieram sobie lodge, po czym spadam nań z wysokości jak wygłodniały jastrząb. Buddowie niechybnie mają mnie w swojej opiece – w łazience ciepła woda. Za darmo. Co prawda tylko w umywalce, co mi jednak specjalnie nie przeszkadza. Jedzenie też niezłe. W common roomie jestem jedynym samotnikiem, poza mną stado Francuzów plus porterzy i przewodnicy. Olewam ich skrupulatnie, choć nie agresywnie. Po serii ciekawych spojrzeń rewanżują się tym samym. I bohu spasit. Komunikacja niewerbalna ma wielką przyszłość.

W Thame zostanę kolejne dwa dni: chcę wejść na okoliczny szczyt – Sunder Peak (5368 m. npm) i spróbować podejścia pod przełęcz Tesi Lapcha (5755 m. npm). Pierwsza opcja jest dosyć prosta, szczyt jest praktycznie nad Thame. Druga nieco trudniejsza, do przełęczy jest kawałek drogi, plus wysokość jest o wiele większa.

1.XI.2010 – Gokyo.

Nie dzieje się wiele. Wyruszam późno z zamiarem dotarcia do szóstego jeziora w dolinie. Początkowo tempo mam niezłe, ale potem spotykam lewicującego Amerykanina ze Seattle i zaczynamy rozmawiać. Ma bardzo rozsądne poglądy (jak na Amerykanina) i mało irytujący akcent. Tempo spada mi radykalnie, jako że mój nowy towarzysz nie należy do najbardziej wysportowanych.

Continue reading

31.X.2010 – Cho La i z powrotem

Kończy się październik, do końca himalajskiego spaceru zostało niewiele ponad miesiąc… Żeby to odpowiednio podsumować, na dzisiaj zaplanowałem wejście na przełęcz Cho La (5420), która łączy okolice Everestu z Gokyo. Większość książkowych przewodników rozbija przez tą przełęcz na dwa dni, podobnie jak harmonogramy różnych agencji trekkingowych. Mój plan – dojść tam w jeden dzień i wrócić przed zmrokiem.

Continue reading

29-30.X.2010 – Machhermo-Gokyo-Gokyo Ri

Droga do Gokyo dosyć zatłoczona, ale prosta i lekka, do tego niezwykle satysfakcjonująca pod względem estetycznym: spory lodowiec, wysokie górskie jeziora i masy absolutnie urzekających szczytów. Mimo rozpraszaczy, na miejscu jestem po 2.5h, łącznie z odpoczynkami i przerwami na zdjęcia. Znajduję akceptowalny lodge nad samym jeziorem, gdzie okazuje się, że będę dzielił pokój z innym trekkerem, jako że jedynki nie są opłacalne w utrzymaniu. Współlokator okaże się bardzo miłym Hindusem, zupełnie nie przygotowanym do wypraw w wysokie góry.

Continue reading

28.X.2010 – Dole-Machhermo.

Dole położone jest na wysokości jedynie 4100 m., dlatego zaskoczony jestem, gdy budzę się z lekkim bólem głowy. Wszak aklimatyzacja spod Makalu powinna jeszcze działać – z drugiej strony, porządna aklimatyzacja na daną wysokość wymaga nawet kilku tygodni, więc te parę dni, które spędziłem pod Makalu mogło mieć wpływ marginalny. Przez chwilę kusi mnie, żeby ten ból głowy położyć na karb silnego wiatru wczoraj, ale w przypadku choroby wysokościowej, takie kombinacje mogą mieć skutek opłakany. Dobrą zasadą jest przyjąć, że jeśli coś jest nie tak, to jest wina wysokości. I podchodzić wolniej, albo zostać na kolejną noc na tej samej wysokości.

Continue reading

27.X.2010 – Namche-Dole.

Namche opuszczam bez specjalnego żalu. Początkowo planuję możliwie szybko przebić się do skrzyżowania szlaków Gokyo/EBC, ale po wyjściu stu kilkudziesięciu metrów ponad Namche wiem już, że nic z tego. Widoki są urzekające – Ama Dablam, Thamserku i Kangtega, Cholatse i Tabuche. Wyciągam aparat i co kilkanaście minut robię przerwę na zdjęcia.

Continue reading

19.X.2010 – Hile-Kathmandu.

Około czwartej na ranem budzą mnie sąsiedzi, tłumnie opuszczający lodge – mam nadzieję, że nie spieszą na jedyny autobus do Kathmandu. Wstaje i idę się rozejrzeć po mieście, ale miasto śpi jeszcze. Od sprzedawcy w jednym z kiosków udaję mi się dowiedzieć, że autobus do KTM rusza o 1100, wracam więc do łóżka.

Wstaję nieco zregenerowany i ruszam na poszukiwania kasy biletowej. Trochę błądzenia i trafiam we właściwe miejsce – autobus rusza o 1200, jedzie 14 godzin (spodziewałem się 18, więc uznaję, że to chwyt marketingowy, jak się później okaże, nie myliłem się).

Po śniadaniu mam sporo czasu na prysznic, golenie się i wędrówki po mieście – próbuje kupić jakaś gazetę, albo, lepiej jeszcze, książkę na podróż. Niestety, poza Kathmandu instytucja księgarni jest praktycznie nie znana, gazet też nie widuję.

Nieco przed południem znajduję swój autobus, oddaję plecak do schowka i siadam na swoim miejscu – ostatni rząd, miejsce nr. 17. Obok mnie z jednej strony czteroosobowa rodzina na dwóch miejscach, z drugiej dwóch sympatycznych studentów, z którymi chwilę rozmawiam. W rzędzie przede mną dwa wolne miejsca. Przesiadam się więc, zakładając, że to tylko tymczasowo… Na kolejnym przystanku okazuje się jednak, że na moje miejsce zostały sprzedane dwa bilety. Zostaję tam, gdzie jestem. Wygryzłem jakiegoś biednego Nepalczyka, ale nie wyobrażam sobie stania w tym autobusie przez 20h. Na każdym kolejnym przystanku odżywa dyskusja na temat miejsc – kilka razy odbywa się sprawdzanie biletów, liczenie pasażerów, analiza listy podróżnych, na próżno. Nie udaje się znaleźć winnego. W końcu, gdzieś za Dharan Bazaar, atmosfera robi się gorąca. Kierowca próbuje namówić mnie do powrotu na moje miejsce, na którym siedzi już Nepalka. Oprócz niej, w pięciomiejscowym ostatnim rzędzie mamy wspomnianą wcześniej rodzinę z dwójka dzieci i parkę z jednym dzieckiem, która wygoniła precz sympatycznych studentów. Faktycznie, brakuje tam tylko mnie… Patrzę na kierowce jak na szaleńca i wyraźnie odmawiam. Tłumaczę, że zapłaciłem za całe miejsce. Robi jeszcze jedną, nieśmiałą próbę, po czym saje spokój. Jakimś cudem znajduje miejsce tubylcowi, którego wygryzłem i po zaledwie trzech kwadransach ruszamy w dalszą drogę.

Kilka razy zatrzymuje nas policja – wchodzą do autobusu z latarkami, szturchają bagaże, zaglądają do luków. Bardzo to pro forma wszystko – mam na kolanach day pack, mogę w nim mieć bombę, kilka kilogramów heroiny, pistolety, granaty albo uran, czy uciętą głowę. Nikt się mną nie interesuje.

Po 12h mam już mocno dosyć, a wszystko wskazuje na to, że będziemy jechać jeszcze kolejne 6-8 godzin. Na jednym z przystanków kupuję “małpkę” whisky, działa lepiej niż nikotyna, gdzieś w środku nocy udaje mi się zasnąć. Niedługo po tym budzi mnie pianie koguta – nie wiem początkowo, czy mam halucynacje, czy whisky była czymś doprawiona… Ale inni pasażerowie śmieją się i przedrzeźniają kurę, więc to musi dziać się naprawdę. Jeden z podróżnych wiezie kury dla rodziny, opakowane szczelnie w trzcinowy koszyk, wciśnięte gdzieś pod dach autobusu.

W godzinę później jesteśmy w KTM – jechaliśmy prawie dokładnie 18h. Na dworcu – tym razem Gongabu – łapię taksówkę. Szybkie targi z kierowcą i jedziemy do Boudha. Droga głównie po obwodnicy, więc szybko docieramy na miejsce. Mój pokój dopiero się zwalnia, więc zjadam wczesne śniadanie i po 20h od wyruszenia z Hile mam wreszcie poczucie, że pierwsza część wyprawy dobiegła końca.

18.X.2010 – Khandbari-Hile.

Jako że lotnisko w Tumlingtarze wciąż zamknięte, decyduję się na powrót droga lądową. Jest to de facto jedyne wyjście, na otwarcie lotniska czekać mogę i miesiąc, a powrót pieszo oznaczałby 9 dni marszu do Lukli, skąd dziennie odlatuje kilkadziesiąt małych samolotów do Kathmandu. Droga do Kathmandu z Khandbari (położonego nieopodal Tumlingtaru) jest wieloetapowa – najpierw jeep do Sabha Khola, potem przeprawa łodzią przez rzekę, dalej jeep do Hile i wreszcie autobus do KTM.

Wyruszam wspólnie z Francuzami, mimo że zupełnie nie mam ochoty na ich towarzystwo. Kobieta roztacza tak negatywną aurę, że z trudem wytrzymuje w jej towarzystwie – wyraźnie jest sfrustrowana do granic możliwości, wygląda na to, że trekkingu w Himalajach nie będzie zaliczać do udanych wakacji. Facet też nieco mnie irytuje – kilkukrotnie podkreśla, że mają przewodnika, dzięki czemu będzie nam łatwiej, bo guide porozumie się z tubylcami. Po raz kolejny doceniam zalety samotnej podróży i zastanawiam się jak w możliwie efektywny sposób pozbyć się francuskiego koszmaru.

Pierwsza okazja nadarza się już w Khandbari. W jeepie jest za mało miejsca dla Francuzki, która nie chce jechać z tubylcami, ściśnięta jak sardynka. Wykorzystuję to i wciskam się do środka – na razie jest nas tylko 6 osób, ostatecznie będzie jechało 9. Po kilkunastu minutach ruszamy – macham żabojadom na pożegnanie i mam cichą nadzieję, że się już nie zobaczymy.

Po drodze zabawna sytuacja. Żeby nie rozbić sobie głowy o sufit na kolejnych wybojach, klinuję rękę między oknem a oparciem siedzenia (siedzania w lokalnych jeepach są wzdłuż burt, a nie w poprzek samochodu). Mniej więcej po trzech kwadransach jazdy, okno wypada – rama, na której rozpięta była uszczelka, jest tak przerdzewiała, że rozpada się na stalowe drzazgi. W ostatniej chwili udaję mi się je złapać – odwracam się do reszty pasażerów, ale Ci nie są chetni do udzielania dobrych rad, wyraźnie czekają, co zrobię. Przekładam więc okno do lewej ręki, a prawa walę kilka razy w dach – to tutejszy sygnał do zatrzymania. Za drugim razem skutkuje – samochód staję, z dachu schodzi zaciekawiony menedżer jeepa. Podaje mu okno wołając “oy, you’ve lost a fuckin’ window”. Gość nieco zbity z tropu ocenia straty i zabiera okno na dach. Moi współpasażerowie nagle zaczynają się pokładać ze śmiechu – opisują sobie cała sytuację, żywo gestykulując i śmiejąc się coraz bardziej. Po chwili dołączam do nich – bardziej bawi mnie ich upodobanie do humoru sytuacyjnego niż fakt zdemolowania jeepa.

Mój jeep jest wyraźnie pechowy, bo po drodze mamy ze trzy przystanki na dokręcenie koła, które grozi odpadnięciem. Na jednym z przystanków mija mnie jeep z Francuzami – siedzą obok kierowcy, na przednim siedzeniu, bardzo uprzywilejowana pozycja. Do przeprawy przez rzekę docieram chwilę po nich.

W Sabha Khola ładuję się na łódź i szybko ląduję na drugim brzegu. Upał robi się koszmarny, okazuje się też, że na transport do Hile czeka kilkadziesiąt osób, stale też przybywają nowe. Coroczny festiwal – Dashain – właśnie wchodzi w fazę odwiedzin. Robię kilka prób dostania się do czekających jeepów, ale widzę, że nie mam szans. Francuzi, których łącznie z przewodnikiem jest trójka, są na straconej pozycji. Guide, Pasang, próbuje negocjować z kierowcami, ale jest na straconej pozycji… Tu trzeba asertywności i bezczelności, a on jest wcieleniem łagodności.

Pierwsza fala jeepów odjeżdża, kolejna pojawia się po 1.5h… Upał coraz większy, ludzi coraz więcej, a jeepy przyjeżdżają tylko dwa. Pierwszy jest natychmiast otoczony przez tłum, udaję mi się zbliżyć do drugiego. Ktoś stoi na dachu i zdejmuje bagaże – podaje mu swój plecak, po czym sam ładuję się na dach. Tam opieram się plecami o swój bagaż, nogi przewieszam przez koło zapasowe i decyduję się nie zmieniać tej pozycji aż do Hile. Słońce nie odpuszcza, powoli zaczynam się gotować – znajduję kawałek starego kartonu, którego używam na przemian jako wachlarza i parasola. Kierowca wygania kolejne osoby z dachu, mnie też próbuje, ale słyszałem jak mówi, że na górze mogą jechać “dui”, czyli dwie osoby. Cytuję mu to “dui” aż do upadłego. W pewnej chwili robi się bardziej zdecydowany, więc pokazuję mu co dzieje się wokół drugiego jeepa i kręcę głową – “jadę aż do Hile, stary”, mówie po polsku.
Najwyraźniej przekonuje go moja determinacja, bo ostatecznie odpuszcza. Ruszamy po 1.5h postoju, by po 500 metrach znowu zatrzymać się na pół godziny. Do jeepa ładują się kolejne osoby, w tym 4 na dach. Jest nas już szóstka. Francuzi zostali w Sabha Khola – tym razem na dobre.

W chwilę później kierowca zbiera pieniądze – płacę 600 rupii i dopiero teraz jestem spokojny o swoje miejsce. Ruszamy i przez kolejne 3 godziny pokonujemy ok. 25 km. Co kilka kilometrów jeep staje, wszyscy pasażerowie wychodzą, a samochód pokonuje trudniejszy odcinek trasy bez ładunku. Potem ładujemy się na swoje miejsca i tak da capo al fine. Po pięciu godzinach mam nieco dosyć – bolą mnie mięśnie i stawy, psychicznie tez jestem nieco nadwyrężony, w końcu większość trasy jedziemy wąska drogą, wyrżnięta w zboczu rzecznej doliny. Kilkanaście centymetrów od kół jeepa jest kilkudziesięcio-, a czasem kilkusetmetrowa przepaść. Jak polecimy, to nie zostanie z nas wiele.
Robi się ciemno i zimno, przeżywam też lekki culture shock. Na dachu znalazłem sobie pozycję półleżącą – mam w ten sposób nisko środek ciężkości, poza tym jest stosunkowo wygodnie. W pewnej chwili młody chłopak, jadący obok mnie, kładzie się obok, z głową i częścią tułowia na mojej klatce piersiowej… Rozglądam się ukradkiem i widzę, że reszta towarzystwa też tak na sobie poleguje – cieplej tak i wygodniej, choć nieco brakuję mi komfortu psychicznego.

Ok. 1900 docieramy do większego skrzyżowania, część osób przesiada się na busy do Dharan Bazaar. To spore miasto, z którego odjeżdża masa autobusów do KTM, ale ja nie mam siły na kolejne 3h jazdy. Mam ochotę wyłącznie na papierosa, co mnie niebotycznie dziwi, bo od paru lat nie palę w ogóle, a wcześniej popalałem raczej jedynie okazjonalnie, na imprezach. Kupuję dwie sztuki za 10 rupii i lekko pokrzepiony nikotyną, wskakuję na swoje miejsce na dachu. Po 20 minutach jesteśmy w Hile – szybko znajduję całkiem miły lodge, zjadam znakomity dal bhaat, wypijam piwo i idę spać. Nie mam nawet siły myśleć o jutrzejszej podróży do Kathmandu.

17.X.2011 – Chichila-Khandbari

Wymarsz z Chichila jak przed kilkunastoma dniami – naleśniki, dżem, miód, herbata i w drogę. Chichila jest położna na łagodnym grzbiecie, więc do droga do przełęczy Bhotebas jest stosunkowo wypłaszczona. Przed wyjściem próbuje rozejrzeć się za jeepem, ale towarzystwo wciąż w nastroju świątecznym.

Na Bhotebas mijam Francuzów, po czym ostro ruszam w dół – drogę już znam, więc idę skrótami przez pola i wioski. Widokowo jest umiarkowanie, klimatem nepalskim mocno już przesiąknąłem, poza tym mam trochę dość życia na szklaku – w końcu to już ponad miesiąc w drodze i tęsknię za umiarkowanymi luksusami Kathmandu.

Khandbari ogólnie rozborsuczone, wszyscy jedzą, piją, lulki palą, a na Europejczyka z plecakiem patrzą ze szczerym zdumieniem. Nie należy się tak męczyć w święto!

Nieco inną niż zwykle drogą docieram do jeepowiska w Khandbari. Jeepy śpią, kierowców brak. Nieco dotknięty idę do sprawdzonego hotelu Arun – za 350 rupii dostaję ładny pokój (z telewizorem). W łazience ciepła woda, a właściciel osobiście gotuje mi ryż z warzywami i jajkami – kucharz ma dzisiaj wakacje. Ryż okazuje się wyjątkowo dobry. Niestety, jest to jedyna potrawa, jaką potrafi gotować mój gospodarz, bo na kolację dostaję dokładnie to samo.

Ruszam na rekonesans – na każdym rogu pieką się kurczaki, praktycznie każdy ma na czole przlepione ziarna ryżu barwione na czerwono. To lokalny symbol błogosławieństwa. Przez chwile nawet chcę wpaść do jakiejś swiatyni po swój własny czerwony ryż, ale uznaje, że byłoby to z lekka manierystyczne. Ostatecznie idę do fryzjera, gdzie za 50 rupii golę się na zero. Potem wpadam do cukierni, a na koniec do lokalnego monopolowego po ćwiartkę whisky “Signature” i colę. Czas poświętować trochę.

16.X.2010 – Num-Chichila

Kolejny dzień powrotu – sobota, czyli nepalski dzień wolny. Do śniadania, które jem wspólnie z Francuzami, dostajemy talerz pokrojonych jabłek. Pani Fracuzka rezygnuje w obawie przed amebą, więcej zostaje dla mnie. To pierwszy znajomy owoc od ponad miesiąca – pomijam guawy i leśne jogody, którymi byłem częstowany w Tashigaon.

Śniadanie spóźnia się o ponad godzinę – wszak gotowanie dla trójki turystów to już poważne wyzwanie. Wykorzystuje to opóźnienie, żeby ogolić się i doprowadzić do bardziej cywilizowanego wyglądu. Wszak za dwa dni będę w Khandbari, stolicy prowincji, a to do czegoś zobowiązuje!

Po przedłużonych ablucjach i spóźnionym śniadaniu ruszam w drogę. Zaczyna się w lekkim deszczu, który po 30 mintach zamienia się regularną tropikalną ulewę. Doskonale się idzie w tych warunkach – temperatura ok. 15 stopni, może 17, deszcz, który chłodzi i orzeźwia, tempo mam niesamowite. Miejscami nawet biegnę truchtem, co z ponad 20-kilowym plecakiem jest doświadczeniem ciekawym. Deszcz sprzyja inwazji pijawek – mimo że moja krew niespecjalnie im smakuje, w połowie drogi znajduję wyjątkowo persystentną bestią, która wgryzła mi się w łydkę przez skarpetkę. Do Chichili docieram w nieco ponad 3h, loguję się w znajomym logde’u i biorę za codzienne czynności – pranie, pisanie dziennika, jedzenie i rozmyślania na temat uroków życia w podróży.

Jako że dzisiaj lokalne święto, właściciel lodge’a nie wylewa za kołnierz. O 1300 jest już ledwo ciepły, w dwie godziny później próbuje wciągnąc mnie w rozmowy o życiu, wszechświecie i wszystkim innym. Podziwiam jego zapał, zwykle działam na ludzi odstraszająco i nikt bez wyraźnego zaproszenia mnie nie zaczepia w celach towarzyskich. Rozmowa się jednakowoż nie klei, niechybnie poziomy alkoholu we krwi się nie zgadzają.

Zostaję więc na ganku sam, sączę piwo i planuję kolejny trek. Po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni zaczepia mnie szerpański przewodnik i zaczynamy rozmowę na temat czasów przejść. Okazuje się, że Sherpani Col można solo zrobić bez większego problemu w 3-4 dni. Baruntse z Hillary BC (pod Makalu) w 2-3 dni, ale tu trzeba ze dwóch osób. Na przykład Miro i jeden wysokościowy Sherpa. Ach, plany na ten rejon zaczynają nabierać kolorów.

Przy okazji dowiaduję się, że dzisiaj nie tylko sobota, ale także ostatni dzień Dashain, nepalskiego odpowiednika bożego narodzenia. Trafiłem na ostani z trzech dni ostrych celebracji… Mam nadzieję, że jutro sprawy wrócą do normy. Nadzieja matką głupich jednakowoż – od jutra zaczyna się tydzień wizyt. Nepalczycy ze wszystkich stron świata ruszają odwiedzać rodziny. To zasadniczo wpłynie na moje szanse dostania się do Kathmandu z Tumlingtaru.

Czekam na Francuzów, których spodziewałem się zastać na miejscu. Dochodzę do wniosku, że nie korzystali ze stromych skrótów, których używałem po drodze. Pojawiają się po kilku godzinach – zmęczeni i ogólnie pełni negatywnego nastawienia do świata. Wychodzi na to, że deszcz okazał się dla nich zbyt dużym wyzwaniem, więc schowali się w jednym z przydrożnych domów. Tam Pani Francuzka przez ponad 3h odsypiała pogodowy koszmar. Spójrzmy prawdzie w oczy – Himalaje to nie Lasek Buloński: deszcze padają, jest zimno, ludzie śmierdzą, pijawki gryzą, a błoto brudzi. Fi donc!

Lodge w Chichila jest kolejnym gwoździem do trumny mojej francuskiej przyjaciółki, która nie ukrywa, że ma mi za złe tą rekomendację. Ale nie wszystko stracone, ma do wyboru jeszcze jeden hotel, rozchwierutany barak z blachy falistej, nastawiony na porterów i kierowców jeepów – co prawda nawet ja mam opory przed zatrzymaniem się tam.