Author Archives: miro

2021-01-31.

Niewiele się dzieje, jak to w Laosie. Motor znowu w warsztacie, bo mechanik naprawił jedną rzecz, ale spieprzył coś innego, LOL. W sumie przestałem się tym przejmować, taka natura starego motocykla, ale powoli dojrzewam do rozstania z XRką i zakupu czegoś nowiutkiego. Teraz muszę przejść w tryb mamkłymampazury, bo mechanik wije się jak dżdżownica i nie bardzo chce doprowadzić Potwora do stanu używalności. Ale! Jako admin największej grupy FB zrzeszającej ownerów Hond XR w tej części świata mam doskonałe narzędzia do psucia mechanikom opinii.

Continue reading

2021-01-02.

Zima trwa, temperatury nocą spadają do 10C, a nawet poniżej (ostatniej nocy 8C). W dzień powoli wspinają się do nieco powyżej 20C. Jest to trudne do zaakceptowania po całym roku stricte tropikalnej pogody. Od lutego sytuacja zacznie się poprawiać, żeby w kwietniu i maju z kolei osiągnąć roczne maksima. A potem kilka miesięcy deszczu, błota i wilgoci.

Continue reading

2020.

Rok się skończył, czas na małe podsumowanie…

Przede wszystkim – biorąc poprawkę na całe pandemiczne zamieszanie i nieco w związku z tym przesuwając skalę szeroko pojętego zadowolenia z życia, oczekiwań i tak dalej – najlepszy rok ever. Ale po kolei.

Continue reading

2020-12-28.

Zainspirowany atmosferą “tego wyjątkowego czasu”, “czasu zadumy” etc. (nota bene ciekaw jestem, czy katolscy księża gwałcą dzieci także w święta, czy może dają im specjalną dyspensę? może jest na to specjalny kalendarz, wzorowany na kalendarzu liturgicznym, taka pedofiliturgia) rzuciłem się na głęboką wodę.

Continue reading

Z Nong Khiaw po okolicy.

Zgodnie z planem zostałem w NK dzień dłużej, a że nie miałem na dzisiaj żadnych konkretnych planów, pojechałem w góry szukać innej drogi do doliny rzeki Nam Seng (to stamtąd przyjechałem kilka dni temu, ale nieco okrężną drogą przez góry).

Na mapie wypatrzyłem też drogę, która prowadziła do niewielkiej wioski nad Nam Ou i to był mój plan na drugą część eskapady.

I wszystko szło dobrze, dotarłem do osady, która była praktycznie na końcu drogi na mojej mapie, minąłem osadę i tutaj zaczęły się problemy. Bo z dołu widziałem chyba na grani szałasy, które mijałem kilka dni temu, natomiast prowadziły w górę bardzo, ale to bardzo wąskie i strome ścieżki. Takie dla bawoła z pasterzem.

W górach w drodze do Nong Khiaw. Chaty pasterzy.

Zasadniczo, nie ma moje aktualne możliwości – może z nieco mniejszym motorem, bo ten jest wysoki i trochę ciężko nim w trudniejszych warunkach operować (co nie zmienia faktu, że jest numerem jeden i dzisiaj nauczyłem się ze dwóch nowych trików!)

Zawróciłem więc, chyba ku pewnej uldze wieśniaków, którzy nie byli zachwyceni moim niespodziewanym pojawieniem się. Jeden z mijanych lokalsów nawet wyraźnie mi pokazał, że mam się wynosić – co prawda nikt nie rzucał kamieniami, ani nie ganiał mnie z kosą, ale są tu takie wioski, w których typowa laotańska gościnność gdzieś się zagubiła. Może kiedyś zawędrowali tu polacy. Bo normalnie to uśmiechy, machanie, sabaidee i pełnia szczęścia.

Ale to nic, bo sama droga niezwykle urocza i pełna obrazków jak poniżej:

Wracając próbowałem się przebić do wspomnianej wioski nad rzeką, ale szło ciężko, droga była trudna, bardzo wąska, stroma, z koszmarnymi koleinami, poza tym mnie się też już za bardzo chciało walczyć. Udało mi się za to zaliczyć i nagrać dropa! Potem pojechałem jeszcze kawałek, pokonałem kamienisty strumień, wjechałem na bardzo strome urwisko nad strumieniem i powiedziałem: enough! Drop uwieczniony poniżej.

Poniżej kilka zdjęć z gór.

Widok na północ.

Chata.

W drodze.

Wioska na grani.

Teraz mam wielki dylemat – którędy wracać do domu. Bo chciałbym cały proces rozłożyć na dwa dni, ale jeszcze nie wiem do końca, gdzie zatrzymać się pod drodze.

Z Luang Prabang do Nong Khiaw.

Dzisiaj ważny dzień, bo zacząłem eskapadę na północ, do Nong Khiaw. Jako że przed takimi wyjazdami zawsze się stresuję, tym razem postanowiłem zminimalizować potencjalne stresy do zera, motor dzień wcześniej pojechał do serwisu (co prawda sam byłbym w stanie zrobić większość rzeczy, ale były drobne kwestie typu wymiana podkładki na miedzianą i wymiana kilku wkrętów, których znalezienie w lokalnych sklepach zajęłyby mi masę czasu, a które mój lokalny mechanik, Wee, wymienił od ręki), zrobiłem – jak zwykle – listę ekwipunku, wszystko poukładałem w tematyczne sterty na stole oraz zaprogramowałem trasę w OsmAndzie.

Continue reading

2020-11-16.

Znowu nie chce mi się pisać, głównie dlatego, że życie w LPB jest niezwykle wygodne, co sprzyja ogólnemu wyciszeniu i, niestety, też pewnemu rozleniwieniu.

Ale, żeby nie było, regularnie eksploruję okolice na Potworze – “odkrywamy” miejsca, których nie ma na mapach (i to takich nieco lepszych mapach, nie kaprawych google mapsach), przeprawiamy się przez góry i rzeki (moje ulubione zajęcie) oraz regularnie straszymy lokalsów. Nie wiedzieć czemu, ubrany na czarno farang na dużym czerwonym motorze, który znienacka pojawia się w zagubionej we wzgórzach wiosce, wywołuje u części ludności lekki niepokój – może boją się, że wiozę im wirusa.

Continue reading

2020-11-01.

Dzisiaj nieco szalony dzień, jako że o 1200 miałem samolot, a dwie godziny wcześniej oddawałem dom landlady. Nieco stresujące, ale wszystko poszło super gładko. Najwyraźniej jeśli dom stoi i nie sprawia wrażenia jak by miał się za chwile zawalić, to jest to stan w zupełności wystarczający do tego by zakończyć najem.

Continue reading

2020-10-31.

Tygodniami nic nie pisałem, jako że na początku października tydzień siedziałem w LP, potem tydzień odpoczywałem po motocyklowych eskapadach, następnie przez tydzień padało, a pod koniec miesiąca miałem na głowie planowanie przeprowadzki do LP. Ale wszystko się udało, dzisiaj zapakowałem do ciężarówki motory i kilka pudeł, a jutro rano lecę do nowego domu – gdzie, mam nadzieję, motory będą już na mnie czekać.

Continue reading

Film – wioska nad Mekongiem.

Suszenie wodorostów z Mekongu.

Krótki film z typowej laotańskiej wioski nad Mekongiem. Po drugiej stronie rzeki mamy Luang Prabang, którego co prawda na filmie nie widać. W dalszej części widać suszące się na słońcu na bambusowych matach wodorosty z Mekongu (vide: obrazek), które potem smaży się – uchodzą za lokalny smakołyk.

Continue reading