Author Archives: miro
triumfalny powrót podróżniczej grafomanii.
Powiedzmy to wprost: moje plany na transformację YK w dziennik niezwykle personalny, głęboki, emocjonalnie ekshibicjonistyczny, autopsychoanalityczny, a może nawet dekonstruktywistyczny na płaszczyźnie osobowościowej, nie powiodły się. I całe szczęście.
eskapady.
Wielkimi krokami zbliża się mój ostatni dzień w TH i to ostatni być może nawet na kilka długich miesięcy. Nie wiem jeszcze jak poukładają się sprawy, ale najwcześniej pojawię się tu znowu dopiero jesienią. Co prawda latem spędzę prawie 3 miesiące w Nepalu (tak, znowu – i to mimo tego, że całkiem niedawno byłem przekonany, że tu nie wrócę przez lata!), więc nie będę tak całkiem odcięty do Azji. Natomiast Nepal i Tajlandia to bajki tak różne, że w sumie mógłbym wybrać się na inną planetę.
so long and thanks for all the fish.
Od 1 czerwca zamykam YK dla szerokiej publiczności.
Mam ochotę zacząć pisać bardziej osobisty dziennik, a to, co zgromadziłem tu do tej pory będzie się z nowym contentem przeplatać. Zamiast więc zaczynać coś od nowa, będę kontynuował tutaj, ale dla bardzo wąskiego grona.
psy, deszcze etc.
Khanom, po dwóch miesiącach na Penangu, gdzie jest tyle impulsów, że czasem nie wiadomo od czego zaczynać, dramatycznie rozleniwiające.
BKK -> Khanom.
Wróciłem do tajskiego domu, gdzie zastałem absolutną nadpodaż psów.
Więcej w szalenie popularnej, czytanej wiernie przez miliony ludzi na całym świecie, serii Okiem Gekona.
w Khanom.
Król się koronuje (co wychodzi tak średnio, jako że do popularności Bhumibola odrobinę mu brakuje), a Miro wraca do swojej nadmorskiej samotni.
PEN -> BKK.
Wróciłem do TH. Przede mną tydzień w Bangkoku, a potem powrót do domu (lokalnego, w Khanom). Muszę odnowić tutejsze prawo jazdy (to już prawie dwa lata, od kiedy zostałem niereformowalnym fanbojem skuterów!), pogratulować nowemu królowi korony, wpaść na Dharma Talk bardzo szacownego mnicha, pogadać z agentem o tajskiej wizie na lata i w wolnej chwili być może zahaczyć o onseny oraz studio jogi.
ostatnie kilka dni.
I tak, został mi niecały tydzień na Penangu. Trochę mi będzie szkoda wyjeżdżać, bo oswoiłem wyspę, wpadłem w pewien lokalny rytm (co też obija się na mojej aktywności na YK) poznałem masę ciekawych miejsc, kilka ciekawych osób i w sumie bez większych rozterek mógłbym tu osiąść na dłużej. No, ale na to jeszcze przyjdzie czas, na razie wanderlust nie odpuszcza i jestem podekscytowany zbliżającym się tygodniem w Bangkoku (niezupełnie przypadkiem będę tam akurat podczas koronacji nowego króla), a potem kilkoma cichymi tygodniami w Khanom.
Bayan Lepas.
W ramach odpoczynku od George Town, wyniosłem się na kilka dni na południe wyspy, do Bayan Lepas. No, jest tu znacznie spokojniej, wzgórza są bliżej morza, przez co z jednej strony mamy piękne widoki na dżunglę, a z drugiej na morze, małe wysepki, rybackie łodzie i całe to zamieszanie.
air itam.
Buddowie… I znowu, po krótkim okresie aktywności, zapomniałem o YK. Co po części wynika z tego, że nieco niespodziewanie pojawiły mi się fascynujące opcje podróżne na drugą część roku i postanowiłem zrobić sobie wakacje gdzieś do późnej jesieni, LOL. Ale o tym za jakieś dwa miesiące. Na razie chill out w Penangu, który – gdyby tylko czasami nie było tak koszmarnie gorąco – jest absolutnie rewelacyjną wyspą i pozwala mi zapomnieć o żenującym kraju ojczystym, umierającej planecie i całej masie innych stresujących aspektów szeroko pojętej egzystencji.
rainy season!
Zasadniczo bardzo lubię większość aspektów życia w Południowo-Wschodniej Azji i czuję się dobrze w monsunowych tropikach, ale jeśli jest jeden aspekt, który absolutnie uwielbiam, to są to monsunowe deszcze. Oczywiście najbardziej atrakcyjna jest tranzycja z pory suchej do deszczowej i obserwowanie jak zmienia się pogoda, wegetacja i temperatura.
praktyki.
Jako że Penang jest multikulturowy, jest również multireligijny. I tak, obok siebie koegzystują chrześcijaństwo, buddyzm (który, co prawda nie jest do końca religią), hinduizm, islam i taoizm. Zapewne tak jak w przypadku buddyzmu, mamy rozmaite wewnętrzne bifurkacje, i pełne spektrum duchowe jest mocno złożone.
jungle trails.
Na wzgórzach w środku wyspy są dziesiątki różnych szlaków i ścieżek prowadzących przez lokalny rainforest. Jestem tam prawie każdego popołudnia i mam okazję porównać swoją formę z czasów, kiedy biegałem taki Bieg Rzeźnika i z czasów bardziej dzisiejszych, czyli czasów totalnego upadku, katastrofy i permanentnej żałoby, jeżeli chodzi o długodystansową formę biegową. Tak jak wtedy byłem nieśmiało aspirującym jeleniem, teraz jestem na wpół zdechłym ślimakiem po amputacji jedynej nogi.
nyonya kuih.
W ramach akcji poznaj swój kraj, wybrałem się dzisiaj do Kuih Culture spróbować kolejnego lokalnego specjału – mianowicie kuih (wymawia to się kuei). Chociaż, prawdę powiedziawszy, jest to moja kolejna wizyta, bo kuih znam już z sobotnich bazarów w Khanom i bardzo lubię.
ogrody botaniczne.
Penang ma całą masę różnych komunalnych miejsc, najczęściej zlokalizowanych u podnóża wzgórz. Są więc rozmaite parki dla młodych i starych, ze sprzętem sportowym, zajęciami aerobiku i tai chi, basenami, bieżniami etc. Lokalsi są dosyć aktywni, więc pod wieczór robi się tam całkiem tłumnie. Jednym z takich miejsc są lokalne ogrody botaniczne. Co prawda, jak dla mnie, bardziej sprawdzają się jako kolejny park – spodziewałem się hodowli rozmaitych egzotycznych kwiatów i nawet prztargałem aparat, żeby zrobić im różne uroczo rozmyte zdjęcia, ale z okazów botanicznych są tu głównie drzewa.
ais kacang.
No dobrze, muszę się nieco ogarnąć i zacząć pisać, w końcu nie jestem tu dla przyjemności. Ciągle gdzieś jeżdżę, odkrywam nowe miejsca, próbuję nowych potraw i sumie post factum niespecjalnie mam motywację do pisania – ale koniec tego lenistwa. Obiecuję być wulkanem kreatywności przez najbliższe tygodnie! Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie to wulkan wygasły.
George Town o zachodzie.
Moje nowe miasto jest zasadniczo super urocze. Jednym z kluczowych elementów tego uroku jest słońce zachodzące za wzgórzami.
przeprowadzka na Penang.
Minął mi dzisiaj tydzień na Penangu. Strasznie nie mam motywacji do pisania, co po części wynika z natłoku wrażeń i masy zajęć. Przez ten tydzień udało mi się znaleźć bardzo fajne mieszkanie – co prawda nie w mojej ulubionej dzielnicy, ale za to w totalnym centrum wszelkiej aktywności na tej wyspie, obok najwyższego budynku – Komtar.
Penang.
Transplantacja Miro na grunt malezyjski powiodła się. Pytanie tylko, czy przeszczep nie zostanie odrzucony, względnie sam się nie odrzuci.
Na razie przede mną kilka dni logistyki – muszę załatwić skuter i mieszkanie. A potem dwa ekscytujące, mam nadzieję, miesiące na wyspie.
Poznałem w samolocie uroczą lokalkę o chińskich korzeniach (znowu), więc będę miał przewodnika – a jest tu masa miejsc do eksplorowania.
Feeling excited.

