Dochodzę do wniosku, że z każdą kolejną podróżą, podjęcie decyzji co do jej celu jest trudniejsze. Wynika to po części z faktu, że coraz więcej miejsc staje się łatwo dostępne, a tym samym coraz trudniej jest znaleźć miejsca, które dostępne nie są i – co za tym idzie – coraz trudniej znaleźć motywację do wyjazdu. Barierą stają się wyłącznie zasoby finansowe i czas, jaki można na podróż poświęcić, plus brak wrodzonej niechęci do stabilizacji i ciągłego głodu nowych impulsów. Chyba tylko fakt, że dwa ostatnie czynniki nie są bardzo rozpowszechnione, powoduje, że świat nie został zrównany z ziemią, a następnie ustandaryzowany na potrzeby masowej turystyki.
Category Archives: 2013
05.IX.2013 – DOH-KTM.
Przelot do Dohy całkowicie uneventful. Wręcz rozczarowująco nudny. Po zeszłorocznych przejściach z China Southern byłem przygotowany na na najgorsze. Tymczasem wystartowaliśmy, zostałem nakarmiony, napojony, poczytałem trochę, po czym łagodnie wylądowaliśmy.
06.IX.2013 – Kathmandu.
Po wczorajszej, wyczerpującej nieco, podróży, spię do poludnia. Budzę się mocno zregenerowany psychicznie i fizycznie – już nie mam ochoty rzucać wszystkiego w cholerę i wracać do domu. Postanawiam też zdecydowanie zwolnić tempo w porównaniu z poprzednimi wyjazdami, mam przed sobą pół roku (a jeśli zechcę, to i więcej) w drodze i naprawdę, ale to naprawdę, nie muszę się nigdzie spieszyć. Poza tym osoba wyciszona zdecydowanie lepiej nawiązuje kontakty w tej części świata, nadmierne emocje i nakręcenie nie są dobrze widziane.
07-09.IX.2013 – Kathmandu.
Ostatnie trzy dni minęły, zgodnie z planem, leniwie. W sobotę spotkałem się z agentem w sprawie pozwolenia na trek w Dolnym Dolpo. Jest to jeden z tych rejonów, które w odróżnieniu od na przykład Khumbu albo rejonu Annapurny, wymagają specjalnego pozwolenia, które uzyskać można jedynie przez licencjonowaną agencję trekkingową. Pozwolenia takie potrafią kosztować całkiem sporo, na przykład pozwolenie obejmujące rejon Mustang, kosztuje 500 USD za pierwsze 10 dni, i 50 USD za każdy następny (a wykupić je można na minimum 10 dni). Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że w przypadku, kiedy na trekking rusza się solo, trzeba zapłacić za dwa pozwolenia. Zaprzyjaźnione agencje załatwiają wówczas – za odpowiednią opłatą – osobę, która zostaje naszym wirtualnym partenerem. W przypadku kontroli należy wyjaśnić, że partner się rozchorował i wrócił do Kathmandu.
10.IX.2013 – Kathmandu, Pashupatinath.
Dzisiaj ostatni dzień przed wyjazdem na półnóc Nepalu, postanawiam więc zrobić coś konstruktywnego i wybieram się do największej w Kathmandu świątyni hinduizmu, Pashupatinah. Jest to potężny kompleks położony nad rzeką Bagmati. Masa świątyń – co ciekawe do głównej świątyni wstęp mają wyłącznie Hindusi – światynek, ołtarzy, psów, małp, krów, słowem typowa świątynna menażeria.
11-12.IX.2013 – Kathmandu-Pokhara-Beni-Darbang.
Podróż do Pokhary, podobnie jak większość autobusowych podróży w tej części świata, wymaga dosyć wczesnego rozpoczęcia dnia. Podróże lokalnymi autobusami mają w sobie pewien masochistyczny urok, który jednak po kilku podróżach całkowicie zanika, pozostaje sam aspekt masochistyczny, już bez uroku. Decyduję się więc na turystyczny autokar Greenline, koszmarnie drogi, jak na lokalne warunki, i prawdę mówiąc, nie wart swojej ceny. Ma natomiast dwie ważne zalety, można kupić bilet z dowolnym wyprzedzeniem, a terminal położony jest w ścisłym centrum.
13-14.IX.2013 – Darbang-Sibang-Lumsung.
Z Darbang wyruszam ok. 0900, mimo wczesnej pory, słońce bardzo mocno operuje. Do tego dochodzi ponad trzydziestokilogramowy koszmar na grzbiecie… Pierwszy dzień zapowiada się ciężko. Po pierwszych 500 metrów przewyższenia i dwóch godzinach drogi, docieram do uroczej wioski Dharapani. Tu przystanek na herbatę i dal bhaat.
15.IX.2013 – Lumsung-Jaljal La.
Nieco obawiam się dzisiejszego dnia, bo mam do pokonania prawie 1300 metrów w pionie, jest to jedno z największych przewyższeń na całym treku. Z 20-kilowym plecakiem byłaby to przyjemność, wręcz relaksujący spacer. Ponad 30 kilo to jednak zupełnie inna historia. Decyduję się co dwadzieścia minut robić krótką przerwę, w praktyce oznacza to przerwę co ok. 100 metrów przewyższenia. System się sprawdza, jestem w stanie w ten sposób w miarę bezstresowo targać niebieskiego potwora do góry, w każdym razie przez pierwsze godziny.
16-17.IX.2013 – Jaljal La-Dhorpatan.
Chwilę przed szóstą budzi mnie Phul, chmur brak, można podziwiać widoki. Z kubkiem gorącej kawy siadam na ławce i obserwuję słońce powoli wynurzające się zza Annapurny i grę swiateł na ścianie Dhaulagiri.
18.IX.2013 – Dhorpatan-Phagune Phedi.
Od rana mam dosyć gór, plecaka, a przede wszystkim dal bhaat. Po dużym wysiłku komunikacyjnym udaję mi się przekonać gospodynię, że ryż z niedogotowanymi kartoflami i soczewicą to nie jest optymalny posiłek na rozpoczęcie dnia. Dostaję kilka słodkawych chlebków roti i dużo herbaty.
19.IX.2013 – Phagune Phedi-Bobang.
Po śniadaniu z suchego musli z mlekiem w proszku i wody, zostawiam pasterzom wszystkie zapasy, które mogę odtworzyć w Kathmandu (czyli zupy, musli, orzechy i batony – zabieram tylko liofy i trochę suszonych owoców), feralne kartusze i ruszam w dół. Z plecakiem lżejszym o prawie 10 kg czuję się jak na planecie o niskim przyciąganiu. Chcę dzisiaj dotrzeć do Bobang, jakieś 6h stąd, skąd ponoć odjeżdżają dżipy do Baglung, sporego miasta w dol. Kali Gandaki, na drodze do Pokhary.
19-22.IX.2013 – Bobang-Pokhara-Kathmandu.
Wyruszając wczesnym rankiem z Bobang, jestem przekonany, że popołudniem, no, najpóźniej wieczorem, będę w Pokharze. Nawet rozważam złapanie popołudniowego autobusu do Kathmandu, jeśli dotrę na miejsce odpowiednio wcześnie i nie za bardzo zmęczony.
23.IX-03.X.2013 – Kathmandu, Dharmashringa.
Totalne niepowodzenie trekkingu do Dolpo dosyć mocno pokrzyżowało mi plany. Nagle okazało się, że mam prawie miesiąc czasu, który w jakiś sposób trzeba zagospodarować. O mocno nadszarpniętej motywacji do dalszej części podróży już nie wspominając.
