Nieco przykro było mi wyjeżdżać z Khanom. W końcu siedziałem tu ponad dwa i pół miesiąca i, jak pisałem wcześniej, cokolwiek się zadomowiłem, a nawet nieco zintegrowałem z lokalną społecznością.
Category Archives: 2016
Ostatnie dni w Khanom.
Prawię dwa tygodnie bez słowa – czuję, że zaniedbuję swój dziennik.
Inna rzecz, że w Khanom (w Khanomie?) ostatnio dzieje się tak mało (i.e. jeszcze mniej niż zwykle), że rozważam wybranie się na plażę w burkini – może zostanę aresztowany jako separatystyczny islamski crossdresser. Co prawda tutaj na plaży zazwyczaj nikogo nie ma, co może pokrzyżować ten pomysłowy plan.
Duriany etc.
W Khanom, jak zwykle, wszystko toczy się swoim bardzo utartym torem. Właściwie nawet nie odczułem tych kilku dni w Vientiane – może dlatego, że i tam panuje ogólne uspokojenie.
VTE-BKK.
Dzisiaj dzień transferowy. Mam nadzieję, że ataki bombowe nie przeniosą się na tajskie lotniska i samoloty.
Vientiane trzy.
Coraz bardziej podoba mi się to miasto. Ma tak spokojną, niewymuszoną aurę, że automatycznie można poczuć się tu jak w domu. Ta aura przekłada się na ruch uliczny, który mimo zdecydowanej nadpodaży samochodów jest wręcz apatyczny – i nie zawsze wynika to z korków. Dobrze się tu jeździ na rowerze.
Vientiane dwa.
Wstałem dziś dramatycznie wcześnie, żeby być w konsulacie TH zaraz po otwarciu – czytałem rozmaite horror stories o tłumach ludzi i wielogodzinnych kolejkach. Niepotrzebnie, praktycznie nikogo tam nie było. Zapominam ciągle, że sezon tu zaczyna się w listopadzie. Ciekawe, czy i Khanom budzi się wtedy z hibernacji?
Vientiane raz.
Podróż z NST do Vientiane bez niespodzianek. Kilka godzin przerwy na DMK, gdzie zaopatrzyłem się w walutę. Przez chwilę mogłem poczuć się jak przedstawiciel górnego 1%, względnie jak po podróży w czasie we wczesne lata 90-te w Polsce. “Pół miliona poproszę” – rzuciłem od niechcenia paniom kantorowym.
Nakhon Si Tammarat.
Jako że lot do Bangkoku (skąd polecę do Vientiane) mam wcześnie rano, a dotarcie na lotnisko w Nakhon Si Tammarat z mojej wioski zajmuje jakieś dwie godziny, decyduję się przyjechać do Nakhon dzień wcześniej, przenocować tam i przy okazji może obejrzeć miasto.
Laos etc.
Jako że drugi miesiąc indochińskiego beach (oraz bike) bummingu powoli dobiega końca, czas na kolejną wycieczkę. Powodem jest tu nie tylko niewyczerpana ciekawość świata, ale też konieczność wyrobienia nowej wizy.
Dźwiękowe krajobrazy i wspomnienia.
Pojawił się nowy numer Journal of Sonic Studies, poświęcony dźwiękowym eksploracjom Azji Południowo-Wschodniej. Zbieg okoliczności na tyle ciekawy, że postanowiłem napisać kilka słów.
Zdjęcia nadmorskie.
Słońce – po krótkiej przerwie, gdy zdarzały się dni wręcz chłodne (tzn. odczuwalna temperatura gdzieś między 25-30C) – nadrabia zaległości i od rana nie daje wytchnienia.
Zadomowienie.
Nieco nieoczekiwanie zacząłem wsiąkać w przyjaźnie leniwą atmosferę tajskiej prowincji – tak jak rozkładające się zwłoki stopniowo wsiąkają w grunt. Względnie tak, jak morska woda wsiąka w ciepły piasek południowotajskiej plaży.
BKK 03.
Ostatni pełny dzień w BKK z wyraźnym podziałem na część duchową i część mniej duchową. Rano Asalha Puja z Little Bangkok Meditation Group, a popołudniem sesja klasycznego masażu tajskiego.
BKK 02.
Dzisiaj, po wczorajszym szoku, rozwibrowany Bangkok znów wydaje się przyjazny, a nawet bezpieczny. Do tego ponarzekałem nieco na pokój i hotel przeniósł mnie do czegoś, co ma ze 100 m2, dwa balkony, gigantyczny living room oraz osobne kuchnię i sypialnię. Właściwy człowiek we właściwym miejscu.Tylko wanny brakuje…
BKK 01.
Po miesiącu na prowincji czuję się nieco oszołomiony dużym miastem. Co jakiś czas ukradkiem sprawdzam, czy pędy bambusa przypadkiem nie wystają mi z sandałów.
Inwazja cyklistów.
Moja senna wieś przeżywa inwazję cyklistów. Jutro zaczyna się tutejszy długi weekend (obchody Asalha Puja, o których napiszę później, o ile nie rozleniwię się do reszty) i gmina Khanom organizuje festyn, którego częścią jest charytatywny wyścig rowerowy – NokAir Ride for Life. To zdaje się o tym wyścigu wspominał mój mechanik – a ja naiwnie spodziewałem się lokalnej Ośki Warszawa.
Surat Thani i świeża wiza.
Wczoraj wizyta w Surat Thani, stolicy dystryktu, celem przedłużenia wizy. Właściwie to celem uzyskania wizy, bo to, co miałem do tej pory, to tylko 30-dniowe zwolnienie z, ehm, obowiązku wizowego.
Tajfun.
Dziś przez ponad 4 godziny bez przerwy padał deszcz – i wcale nie była to mżawka. Czegoś takiego jeszcze tu nie widziałem. Możliwe, że to efekt uboczny tajfunu, który kilka dni temu zaatakował Filipiny, bo wiał też bardzo silny wiatr.
Tajska wieś spokojna i wesoła skutecznie mnie zresetowała, aż się nie poznaję. Ale dosyć tego gnuśnienia, w najbliższych dniach czeka mnie wyjazd do Surat Thani, żeby przedłużyć wizę, a na weekend lecę do Bangkoku. Pójdę do kina, wypiję prawdziwą kawę i otrę się nieco o cywilizację.
Lokalne kiszonki i zakupy po tajsku.
Na stoisku warzywnym, które odwiedzam praktycznie codziennie, kupiłem dziś lokalne kiszonki. Na razie tylko dwa rodzaje: bambus (mai phai) i jakaś odmiana kapusty (pak got), możliwe, że kapusta chińska – bok choy.
Krótka historia jednego haka, czyli bike utracony (i odzyskany).
Lo and behold! Świat wraca do ekwilibrium. Po ponad dwóch tygodniach od urwania haka od tylnej przerzutki Fudżik wraca na tajskie szosy. W ramach przeciwwagi Wielka Brytania opuszcza UE.
