Wstyd się przyznać, ale w ostatniej podróży – nie licząc wyjazdów służbowych – byłem prawie dwa lata temu. Po bardzo udanej eskapadzie bangladesko-tajskiej jesienią 2014, planowałem kolejny wyjazd na wiosnę 2015, ale mimo wielu pomysłów, które nawet kiełkowały w karłowate plany, nie poczułem wyjazdowego imperatywu.
Category Archives: Tajlandia – Khanom
Niespodziewanie odzyskana lewostronność.
Dziś rano, po krótkiej sesji pływackiej (doprawdy, mam tu wprost idealne warunki do treningów triathlonowych), wziąłem szosówkę i ruszyłem na krótki, kilkudziesięciokilumetrowy objazd najbliższej okolicy. Początkowo nawet pamiętałem o tym, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, ale po serii podjazdów w upale gdzieś mi to ukmnęło i do domu wracałem pod prąd.
Vegan* hooligan. ;-)
Psy i rowery.
Aha, i nauczyłem się kluczowego słowa po tajsku – Mạngs̄wirạti (มังสวิรัติ), czyli wegetariański. Znam więc już w sumie jakies 10 słów po tajsku. W tym tempie do końca roku będę w stanie kupic owoce na targu bez uciekania się do angielszczyzny, czy języka migowego.
Rowerowe przygody.
Cały dzień padało, więc dopiero po 2200 poszedłem pojeździć. 60-70 km, akurat ode mnie na prom do Koh Samui i z powrotem.
Rowerowych przygód ciąg dalszy.
Świt w przypromowej garkuchni ma w sobie coś z lekka mistycznego. Trwająca od wielu godzin cisza nagle zostaje przerwana – brutalnie i na wszystkich moźliwych frontach. Pierwsze budzą się do życia ptaki, które zaczynają dziki, grupowy jazgot. Chwilę potem zaczynają pomrukiwać ciężarówki, ustawione w długiej kolejce na prom. Niektórzy kierowcy zbyt opieszale budzą się do życia, więc wzdłuż węża samochodów zaczyna jeździć skuter, najwyraźniej prowadzony przez osobnika z zaawansowanym adhd, nie dość bowiem, że gna na złamanie karku, to jeszcze trąbi niemiłosiernie głośno, wprawiając w zakłopotanie nawet rozkwilone ptaki, które chyba nieco milkną. A może to po prostu kontrast do narastającego basowego pomruku silników.
บ้าน.
Jambay.
Nie wiem, czy serial Death in Paradise jest powszechnie znany, ale jedna z lokalnych knajp – Jambay – jest jakby żywcem wyjęta z karaibskich klimatów. Z lekka obskurny, drewniany bar na samej plaży, obwieszony muszlami, hamakami i rozmaitymi rybackimi parafernaliami.
Dom – kilka zdjęć.
Dziś podczas zazen towarzyszył mi deszcz. Było to doznanie na tyle przyjemne i stymulujące, że post factum zebrałem się nawet do zrobienia kilku zdjęć domowi. Na razie tylko kilku – stopniowo będę tę galerię rozszerzał.
Continue reading
Wieczory.
Zmrok o tej porze roku zapada tu wcześnie, około 1900. I wtedy zaczyna się najlepsza pora dnia, czas kiedy moźna z książką i czymś zimnym do picia na wiele godzin rozbić obóz na werandzie – tej otwartej na dżunglę. Wbrew pozorom nie jest to traumatyczna walka z moskitami: długie spodnie i rękaw plus wysmarowanie się Muggą elimnują problem insektów. Coś musi też być na rzeczy w lokalizacji albo porze roku – komary tutaj są o wiele mniej natarczywe niż choćby mazurskie w lecie. A może jakiś czas temu rejon został gruntownie opryskany DDT, w ten przyjazny sposœb eliminując życie owadzie.
Tom yum.
Nie od dziś wiadomo, że bloger in general, a w szczególności bloger kulinarny, zaraz po trenerze rozwoju osobistego i blogerze lajfstajlowym, to najniższe formy egzystencji w znanym uniwersum (w pozostałych również).
Deszcze i jackfruity.
Monsun dziś od rana szczerzył zęby, ale przez dobre 10 godzin nic z tego nie wynikało. Owady zrobiły się drażliwe, niektórzy ludzie też (w każdym razie ja zdecydowanie tak), świat niby zamarł w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Było lepko, duszno i z lekka opresyjnie. Wczesnym popołudniem nawet spadł krótki, niewydarzony deszcz, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Zdjęcia z Wat Krabang Nga.
Dodałem galerię z kilkoma zdjęciami ze świątyni Wat Krabang Nga:
→ http://yakkharka.net/2016-06-28-tajlandia-khanom-wat-krabang-nga
Uprzejmy mnich wpuścił mnie do głównej świątyni w nowym kompleksie. W środku wielki złoty Budda i sporo poduszek do medytacji. Chyba wybiorę się tam na zazen – nie pogonią mnie przecież?
“Siddhartha’s Brain”.
Jako że czasu na czytanie mi teraz nie brakuje, wziąłem się za “Siddhartha’s Brain: Unlocking the Ancient Science of Enlightenment” Jamesa Kingslanda. Książka, obok między innymi “The Quantum and the Lotus”, czy “The Tao of Physics”, prezentuje naukową analizę szeroko pojętych nauk buddyjskich.
Uspokojenie.
No dobrze, it’s official. Rozleniwia mnie to miejsce – ledwie trzy tygodnie, a tempo życia spadło mi o jakieś 2/3.
Zazen, książka, plaża, rower, trochę gotowania, wizyta na targu, ptaki, cykady… Najbardziej emocjonujące zdarzenie ostatnich dni to wizyta dwóch rudych kotów, które zaskoczyły mnie na werandzie późną nocą. Nawet nie chce mi się uprawiać zwyczajowej podróżnej grafomanii.
W sumie, po pierwszym szoku, jest to miłe uczucie, ale czasem jeszcze mózg budzi się i spanikowany rozgląda za zwyczajowym natłokiem impulsów.
ॐ.
Krótka historia jednego haka, czyli bike utracony (i odzyskany).
Lo and behold! Świat wraca do ekwilibrium. Po ponad dwóch tygodniach od urwania haka od tylnej przerzutki Fudżik wraca na tajskie szosy. W ramach przeciwwagi Wielka Brytania opuszcza UE.
Lokalne kiszonki i zakupy po tajsku.
Na stoisku warzywnym, które odwiedzam praktycznie codziennie, kupiłem dziś lokalne kiszonki. Na razie tylko dwa rodzaje: bambus (mai phai) i jakaś odmiana kapusty (pak got), możliwe, że kapusta chińska – bok choy.
Tajfun.
Dziś przez ponad 4 godziny bez przerwy padał deszcz – i wcale nie była to mżawka. Czegoś takiego jeszcze tu nie widziałem. Możliwe, że to efekt uboczny tajfunu, który kilka dni temu zaatakował Filipiny, bo wiał też bardzo silny wiatr.
Tajska wieś spokojna i wesoła skutecznie mnie zresetowała, aż się nie poznaję. Ale dosyć tego gnuśnienia, w najbliższych dniach czeka mnie wyjazd do Surat Thani, żeby przedłużyć wizę, a na weekend lecę do Bangkoku. Pójdę do kina, wypiję prawdziwą kawę i otrę się nieco o cywilizację.
Surat Thani i świeża wiza.
Wczoraj wizyta w Surat Thani, stolicy dystryktu, celem przedłużenia wizy. Właściwie to celem uzyskania wizy, bo to, co miałem do tej pory, to tylko 30-dniowe zwolnienie z, ehm, obowiązku wizowego.
Inwazja cyklistów.
Moja senna wieś przeżywa inwazję cyklistów. Jutro zaczyna się tutejszy długi weekend (obchody Asalha Puja, o których napiszę później, o ile nie rozleniwię się do reszty) i gmina Khanom organizuje festyn, którego częścią jest charytatywny wyścig rowerowy – NokAir Ride for Life. To zdaje się o tym wyścigu wspominał mój mechanik – a ja naiwnie spodziewałem się lokalnej Ośki Warszawa.



