Odkryłem właśnie kolejną tajemnicę tajskich wód.
Otóż mamy właśnie w Khanom poważny przypadek bioluminescencji. W sensie: organizmów, które świecą – i to nie dlatego, że żyły blisko Fukushimy, one tak mają z przyrodzenia.
Odkryłem właśnie kolejną tajemnicę tajskich wód.
Otóż mamy właśnie w Khanom poważny przypadek bioluminescencji. W sensie: organizmów, które świecą – i to nie dlatego, że żyły blisko Fukushimy, one tak mają z przyrodzenia.
Nie chcę już pisać o lataniu, bo mam przesyt. Ale podróż bardzo udana i pełna pozytywnych niespodzianek, choć, jak zwykle, nieco męcząca.
Boom budowlany nie omija i mojej tajskiej wioski. Do końca tego roku ma powstać nowa droga, łącząca Khanom z Sichon.
Nie ukrywam, że z jednej strony mnie to cieszy, bo będzie to niezwykle urocza trasa, biegnąca wzgórzami nad samym morzem. Z drugiej strony trochę obawiam się postępującej turystyzacji tego rejonu. Ale chyba na razie nie mam większych powodów do obaw. Do tego mam na uwadze kilka alternatywnych, praktycznie nie znanych miejsc.
Hallelujah! Wychodzi na to, że mój pobyt w faszystowskiej rzplitej burackiej będzie krótkotrwały, tymczasowy i niezobowiązująco przelotny (bless Buddha). Już za 3 tygodnie wracam do Indochin, by tam kontynuować ciężki żywot cyfrowego nomady. W międzyczasie muszę jeszcze wpaść do Szwajcarii… Doprawdy, tak trudno dzisiaj zapuścić korzenie.
” […] chmura nagle rozjarza się światłem białym, bladym i formuje – w orła. Ciało więc – białym, korona, dziób i pazury żółtym światłem błyszczą.
Drony – rozumiem.
– Drony – mówię temu z kumetą. – Drony zapaliły reflektory i uformowały orła.
On:
– A, no tak. Drony.
Już tam i inni się rozgadują:
– Drony, drony nasze, polskie.
– Dronięta nasze! – płacze emocjonalna staruszka. – Dronięta!
Ktoś tam krzyczy, wymachując krwią i kością:
– Rzeczpospolitaaa! Rzeczpospolitaaa!
A drony te wyorlone machają skrzydłami, leci, orzeł, leci, tą-dą-dą-dą – gra muzyka wojskowa, czołgi jadą Alejami, msza święta huczy ponad Błoniami, skąd bez mała półtora wieku temu Piłsudski dziadek z Legijony szedł bić zaborcę. Nad Błoniami, gdzie się Polska odrodziła po ponadwiekowej niewoli. Nie do końca wiadomo, po cholerę.” [“Siwy Dym”, Z. Szczerek]
Podróż z mojej wioski do kluczowej metropolii Południowo-Wschodniej Azji przebiegła stosunkowo bezboleśnie. Jako że oddałem skucicę (chlip), na busa do Nakhon Si podwieźli mnie sąsiedzi. Bus prawie pusty, podobnie jak i w tę stronę, drogi puste, więc dotarłem na miejsce z dużym zapasem czasu.
Gekony mają chyba teraz okres godowy, bo rozszalały się na dobre (albo to towarzystwo dużego brata gekona tak je ośmiela). Ganiają się po ścianach jak wariaty, skrzeczą, spadają na podłogę z charakterystycznych plaskiem… Ba, wczoraj jeden spadł mi do prosto do umywalki – najwyraźniej wystraszył się światła, które znienacka zapaliłem w łazience.
Otóż, dokładnie w dniu mojego – tymczasowego – powrotu do EU, wystąpi w Khanom tajski artysta reggae, Job 2 Do.
Jako że wygasało mi pozwolenie na pobyt, wczoraj wybrałem się do immigration office w Nakhon Si Thammarat celem przedłużenia.
To nieco nie na temat, bo teraz pielęgnuję specyficzną odmianę chłopomanii, zaszyty głęboko na tajskiej prowincji, ale na Netflixie pojawił się serial, który znam z zeszłorocznych wizyt w kinie Instytutu Francuskiego w Bangkoku.
Podobnie zresztą jak reszta świata. Jako że temat wreszcie trafia do zbiorowej świadomości, w Tajskim BBC również pojawił się ostatnio krótki film, pokazujący uzależnienie Tajów od plastikowych torebek, w które pakowane jest tutaj praktycznie wszystko, często dwu- albo trzykrotnie.
Jako że rozmaite inicjatywy w rodzaju minimum 2 reporterskie zdjęcia każdego dnia wychodzą mi tak średnio (dobrze, nie bójmy się tego powiedzieć – w ogóle mi nie wychodzą), pozostają okazjonalne zrywy. I tak, dzisiaj, w ładnym popołudniowym świetle, zrobiłem kilka zdjęć skucicy.
W ramach nieustających prób udokumentowania (głównie via konsumpcja) wszystkich odmian tajskich bakłażanów, trafiłem na kolejne ciekawe okazy.
Zaczynam żałować, że nie wziąłem Fujika. Skuter jest super do wszelkich kwestii logistycznych, bliższych i dalszych eskapad, ale jednak nic nie zastąpi popołudniowego pocenia się w monsunowej duchocie przez godzinę, czy dwie, pedałując na szosówce.
Wioskowe życie powoli mnie wciąga – tym razem pozytywnie. Nie nudzę się, bo mam zajęcia zawodowe – a z drugiej strony, wszechogarniający spokój okolicy siłą rzeczy wchodzi mi do głowy.
Dzisiaj Visakha Buja, zwana także vesakiem, najpoważniejsze chyba buddyjskie święto. Kraj od kilku dni w atmosferze światęcznej, wszędzie flagi, festiwale, festyny.
Korzystając z pięknego światła przed zachodem słońca, wziąłem swój ulubiony obiektyw i zrobiłem kilka zdjęć w ogrodzie.
Dobra karma najwyraźniej procentuje. Dziś rano przed nadmorskim bieganiem wysłałem SMSa do jednego z okolicznych landlordów. Po bieganiu miałem już odpowiedź, a dwie godziny później oglądałem dom.
Jetlag i problemy ze spaniem minęły mi gdzieś koło środy, więc dzisiaj udało mi się wyspać, a nawet wstać nieco wcześniej, żeby zrobić krótką sesję na siłowni przed podróżą. Zauważyłem, że organizm, nieco wymęczony fizycznie z rana, o wiele lepiej znosi tutejsze temperatury.
Jeśli jest coś, dla mnie stanowi pewną esencję bycia expatą z wyboru, to są to nocne eksploracje azjatyckich miast na skucie. W Kathmandu to się tak średnio udawało, bo o 2100 miasto praktycznie zasypia, natomiast w Bangkoku, który jest metropolią 24 godzinną, trudno o lepszy sposób na spędzenie kilku późnowieczornych godzin.