Szukając nowych inspiracji kulinarnych, inspiracji, które będą zarówno mieścić się w formacie WFPB (czyli roślinne, nieprzetworzone, z dopuszczeniem okazjonalnej rybki, czy też krewetki), trafiłem na blog simpleveganblog.com i bardzo prosty przepis na tajskie curry.
Category Archives: Tajlandia – Okiem gekona
i po monsunie.
Po prawie trzech tygodniach deszczu, chłodu, chmur, powodzi i ciśnienia tak niskiego, że czułem się, jakby ktoś włożył mi głowę w imadło i powoli dokręcał śrubę, monsun zniknął. Morze powoli się uspokaja, śmiecie z plaży stopniowo znikają, jest gorąco, słonecznie i cokolwiek rajsko.
monsun.
Chcieliście monsun, no to go macie,
Skumbrie w tomacie pstrąg.
z kącika kinomana.
wszystkie wschody słońca.
Poranne spacery po plaży wchodzą mi krew powoli. Co prawda kadry ciągle te same, ale kolory i dynamika różne w zależności od dnia.
dom po remontach.
No i udało się, dom się pomalował, wróciłem więc niemal w to samo miejsce, w którym mieszkałem w maju, czerwcu, sierpniu i wrześniu. Niemal, bo do domu obok. Ale też dwa kroki od plaży. Nowy dom pachnie farbą i ma duże drzewo (figowca) od strony kuchennego wejścia.
powrót do Khanom.
Gdyby nie trudy podróży (samolot, lotnisko, samolot, taksówka, lotnisko, samolot, minibus, skuter), byłoby całkiem OK. Do tego tym razem, podczas najdłuższego lotu, miałem za plecami bachora! Ale to był dobry bachor, bo po początkowym wzbudzeniu poszedł spać i nie odezwał się więcej. Może mądrzy rodzice nakarmili go diazepamem.
Khanom – Bangkok.
I tak przyszło mi zakończyć kolejną iterację tajską (a w każdym razie jej element prowincjonalny). Strasznie mi szkoda wyjeżdżać z Khanom, ostatnie dwa miesiące były niezywkle udane pod praktycznie każdym względem. Tryb siedzenia tutaj przez 3-4 tygodnie, by potem zrobić krótką przerwę w dużym mieście, sprawdza się znakomicie – zresztą większość tutejszych expatów działa w ten właśnie sposób.
10 dni.
10 dni bez żadnego wpisu na YK. A to dlatego, że nic ciekawego się nie dzieje – praca, słońce, plaża, motor, bazar, warzywa, owoce, gekony, morze, deszcz okazjonalny.
klasyfikatory.
Ostatnio nieco poważniej podszedłem do kwestii klasyfikatorów w języku tajskim. Sprawa może wydawać się prosta, bowiem po polsku możemy powiedzieć zarówno “dwa chleby”, jak i “dwa bochenki chleba” albo “trzy piwa”, jak i “trzy butelki piwa”.
tajski, dalsze eksploracje kulinarne etc.
Wyjazd do Wietnamu nieco mnie odciągnął od wioskowej egzystencji i przy okazji nieco też zmęczył – HCMC jest super, ale jak każde duże azjatyckie miasto, jest hałaśliwe, chaotyczne i nieco drenujące z energii. Czas więc, żebym nadrobił zaległości, jeśli chodzi o życie na prowincji.
z wizytą u wujka Ho.
Zgodnie z planem sprzed kilku miesięcy, w sobotę wybieram się z tygodniową wizytą do Sajgonu, czy też Ho Chi Minh City. Co prawda miejskie eksploracje będę łączył z pracą, więc może się okazać, że nie starczy mi czasu na bardzo wiele, ale pewnie uda mi się przynajmniej delikatnie wyczuć lokalnego spiritus loci.
świątynia na wzógrzu.
Deszcze ostatnio ciągle, więc trudno planować poważniejsze eskapady. W poprzednią niedzielę monsunowy opad przetrzymał mnie 2h w prowincjonalnej świątyni. Po tych dwóch godzinach straciłem cierpliwość i wróciłem do domu w deszczu. Był to zły pomysł: mimo ślimaczego tempa, dojechałem w stanie lekkiej hipotermii i tylko cudem nie złapałem zapalenia jakiegoś poważniejszego organu. Jednak motyckle i skrajna wilgoć nie idą w parze.
weekendowe eksploracje.
Fakt posiadania pojazdu, którym można wygodnie pokonywać większe dystanse, ostatnio działa na mnie stymulująco. W maju i czerwcu jeszcze nie bardzo miałem motywację do skuterowych wypraw, natomiast w tej iteracji życia w Khanom wręcz rwę się w świat.
มะพร้าว.
มะพร้าว, czyli ma phraao, czyli kokos.
Dzisiaj, przy okazji zakupów u mojej ulubionej pani od owoców, trafiłem na stertę kokosów. Nie kupowałem ich wcześniej, bo rzadko pojawiają się na tym stoisku, a dalej, na bazar za rzekę, jeżdżę tylko po rybę – siłą rzeczy z rzadka, bo jadam w przeważającej większości rośliny.
tokaje.
Lokalna przyroda znowu w natarciu. Kilka dni temu, w środku nocy, odwiedziła mnie para dużych gekonów – tokajów. Od kilku dni słyszałem je w okolicy, z każdą nocą coraz bliżej. W końcu nabrały śmiałości i zaczęły wchodzić do środka.
plankton.
Odkryłem właśnie kolejną tajemnicę tajskich wód.
Otóż mamy właśnie w Khanom poważny przypadek bioluminescencji. W sensie: organizmów, które świecą – i to nie dlatego, że żyły blisko Fukushimy, one tak mają z przyrodzenia.
Kh.
Nie chcę już pisać o lataniu, bo mam przesyt. Ale podróż bardzo udana i pełna pozytywnych niespodzianek, choć, jak zwykle, nieco męcząca.
nowa droga.
Boom budowlany nie omija i mojej tajskiej wioski. Do końca tego roku ma powstać nowa droga, łącząca Khanom z Sichon.
Nie ukrywam, że z jednej strony mnie to cieszy, bo będzie to niezwykle urocza trasa, biegnąca wzgórzami nad samym morzem. Z drugiej strony trochę obawiam się postępującej turystyzacji tego rejonu. Ale chyba na razie nie mam większych powodów do obaw. Do tego mam na uwadze kilka alternatywnych, praktycznie nie znanych miejsc.
back to the East Indies.
Hallelujah! Wychodzi na to, że mój pobyt w faszystowskiej rzplitej burackiej będzie krótkotrwały, tymczasowy i niezobowiązująco przelotny (bless Buddha). Już za 3 tygodnie wracam do Indochin, by tam kontynuować ciężki żywot cyfrowego nomady. W międzyczasie muszę jeszcze wpaść do Szwajcarii… Doprawdy, tak trudno dzisiaj zapuścić korzenie.

