” […] chmura nagle rozjarza się światłem białym, bladym i formuje – w orła. Ciało więc – białym, korona, dziób i pazury żółtym światłem błyszczą.
Drony – rozumiem.
– Drony – mówię temu z kumetą. – Drony zapaliły reflektory i uformowały orła.
On:
– A, no tak. Drony.
Już tam i inni się rozgadują:
– Drony, drony nasze, polskie.
– Dronięta nasze! – płacze emocjonalna staruszka. – Dronięta!
Ktoś tam krzyczy, wymachując krwią i kością:
– Rzeczpospolitaaa! Rzeczpospolitaaa!
A drony te wyorlone machają skrzydłami, leci, orzeł, leci, tą-dą-dą-dą – gra muzyka wojskowa, czołgi jadą Alejami, msza święta huczy ponad Błoniami, skąd bez mała półtora wieku temu Piłsudski dziadek z Legijony szedł bić zaborcę. Nad Błoniami, gdzie się Polska odrodziła po ponadwiekowej niewoli. Nie do końca wiadomo, po cholerę.” [“Siwy Dym”, Z. Szczerek]
Category Archives: Tajlandia – Okiem gekona
Khanom – NST – BKK.
Podróż z mojej wioski do kluczowej metropolii Południowo-Wschodniej Azji przebiegła stosunkowo bezboleśnie. Jako że oddałem skucicę (chlip), na busa do Nakhon Si podwieźli mnie sąsiedzi. Bus prawie pusty, podobnie jak i w tę stronę, drogi puste, więc dotarłem na miejsce z dużym zapasem czasu.
village life goes on.
Gekony mają chyba teraz okres godowy, bo rozszalały się na dobre (albo to towarzystwo dużego brata gekona tak je ośmiela). Ganiają się po ścianach jak wariaty, skrzeczą, spadają na podłogę z charakterystycznych plaskiem… Ba, wczoraj jeden spadł mi do prosto do umywalki – najwyraźniej wystraszył się światła, które znienacka zapaliłem w łazience.
tajskie reggae.
Otóż, dokładnie w dniu mojego – tymczasowego – powrotu do EU, wystąpi w Khanom tajski artysta reggae, Job 2 Do.
wizyta w Nakhon Si.
Jako że wygasało mi pozwolenie na pobyt, wczoraj wybrałem się do immigration office w Nakhon Si Thammarat celem przedłużenia.
midnight diner.
To nieco nie na temat, bo teraz pielęgnuję specyficzną odmianę chłopomanii, zaszyty głęboko na tajskiej prowincji, ale na Netflixie pojawił się serial, który znam z zeszłorocznych wizyt w kinie Instytutu Francuskiego w Bangkoku.
Tajlandia tonie w plastiku.
Podobnie zresztą jak reszta świata. Jako że temat wreszcie trafia do zbiorowej świadomości, w Tajskim BBC również pojawił się ostatnio krótki film, pokazujący uzależnienie Tajów od plastikowych torebek, w które pakowane jest tutaj praktycznie wszystko, często dwu- albo trzykrotnie.
skut z bliska.
Jako że rozmaite inicjatywy w rodzaju minimum 2 reporterskie zdjęcia każdego dnia wychodzą mi tak średnio (dobrze, nie bójmy się tego powiedzieć – w ogóle mi nie wychodzą), pozostają okazjonalne zrywy. I tak, dzisiaj, w ładnym popołudniowym świetle, zrobiłem kilka zdjęć skucicy.
białe bakłażany.
W ramach nieustających prób udokumentowania (głównie via konsumpcja) wszystkich odmian tajskich bakłażanów, trafiłem na kolejne ciekawe okazy.
village life cd.
Zaczynam żałować, że nie wziąłem Fujika. Skuter jest super do wszelkich kwestii logistycznych, bliższych i dalszych eskapad, ale jednak nic nie zastąpi popołudniowego pocenia się w monsunowej duchocie przez godzinę, czy dwie, pedałując na szosówce.
village life.
Wioskowe życie powoli mnie wciąga – tym razem pozytywnie. Nie nudzę się, bo mam zajęcia zawodowe – a z drugiej strony, wszechogarniający spokój okolicy siłą rzeczy wchodzi mi do głowy.
visakha.
Dzisiaj Visakha Buja, zwana także vesakiem, najpoważniejsze chyba buddyjskie święto. Kraj od kilku dni w atmosferze światęcznej, wszędzie flagi, festiwale, festyny.
w poszukiwaniu głębi (ostrości).
Korzystając z pięknego światła przed zachodem słońca, wziąłem swój ulubiony obiektyw i zrobiłem kilka zdjęć w ogrodzie.
dom z kotem.
Dobra karma najwyraźniej procentuje. Dziś rano przed nadmorskim bieganiem wysłałem SMSa do jednego z okolicznych landlordów. Po bieganiu miałem już odpowiedź, a dwie godziny później oglądałem dom.
DMK – NST i dalej.
Jetlag i problemy ze spaniem minęły mi gdzieś koło środy, więc dzisiaj udało mi się wyspać, a nawet wstać nieco wcześniej, żeby zrobić krótką sesję na siłowni przed podróżą. Zauważyłem, że organizm, nieco wymęczony fizycznie z rana, o wiele lepiej znosi tutejsze temperatury.
przygody na skucie.
Jeśli jest coś, dla mnie stanowi pewną esencję bycia expatą z wyboru, to są to nocne eksploracje azjatyckich miast na skucie. W Kathmandu to się tak średnio udawało, bo o 2100 miasto praktycznie zasypia, natomiast w Bangkoku, który jest metropolią 24 godzinną, trudno o lepszy sposób na spędzenie kilku późnowieczornych godzin.
losowe obserwacje.
Obowiązki zawodowe powodują, że nie mam czasu na leniwe eksploracje Bangkoku i generalne opierdalanie się. Ale bilans wychodzi zdecydowanie na plus, bo zasadniczo nie muszę się zastanawiać jak wypełnić dzień, tylko jak priorytetyzować rzeczy, które chcę zrobić – tak, żeby pogodzić je z pracą.
z powrotem w Indochinach.
I tak oto, trzeci rok z rzędu, późną wiosną zawitałem w Tajlandii. Tym razem nieco w innym charakterze, bo jako człowiek pracy. Mój aktualny projekt prowadzony jest przez osoby, które rozumieją możliwości, jakie daje dzisiejsza technologia, i które nie mają nic przeciwko mojemu nomadyzmowi. Chwała i masa dobrej karmy im za to!
