Category Archives: misc
BKK.
Kolejne duże miasto i kolejny duży deszcz. Bangkok spowity chmurami i bardzo wilgotny. Lotnisko opustoszałe. Przyjmijmy, że wszyscy boją się eboli oraz wojny polsko-ruskiej i siedzą w domach zamiast się szlajać po świecie.
Relacje – ostatnie dni w Dhace i dalsze wynurzenia z wyspy.
Otrząsam się powoli z marazmu i rozleniwienia, jutro Bangkok. Tymczasem kilka zaległych relacji.
Dhaka:
→ 21-22.X.2014 – Dhaka.
Wyspa:
→ Wynurzenia #2,
→ Wynurzenia #3.
Relacja – pierwsze wynurzenia z prawie bezludnej wyspy.
O deprywacji sensorycznej, zupie z kokosa i pływach:
Uspokojenie.
Skłot muszla.
Relacja – Khulna, Barisal i rejs Barisal-Dhaka.
Jeden autobus, jeden prom, jeden rzeczny statek, jedna miska tłustej ryby i trzy miasta:
Thong Mai Phai.
DAC-KUL-KBV.
Ostatnie chwile w Bangladeszu. Od jutra chill out na (prawie) bezludnej wyspie głęboko na południu Tajlandii. Ciekawy był miesiąc tutaj, za kilka dni napiszę małe podsumowanie.
Dhaka.
Tipu 7 w jednym kawałku dotarł do Dhaki nieco po wschodzie słońca (który udało mi się przespać). Poranne zderzenie z ulicami molocha lekko traumatyczne. Trochę już mi się nie chce, ale postaram się zmotywować jeszcze do co najmniej jednej wizyty w Starej Dhace. A pojutrze nowy kraj i zupełnie inne konteksty.
Na statku!
Relacja – Kushtia, Lalon Utsab.
Trzy dni chaosu, dzikości i jarmarku:
Do Khulny.
Prawie trzy dni wśród nieprzebranych festiwalowych tłumów lekko nadszarpnęły moją równowagę psychiczną. Czas zostawić Lalona i baulów – właśnie wsiadłem do autobusu do Khulny, skąd mam nadzieję załapać się na turę po Sundarbanach.
Początek…
Relacja – Bogra-Paharpur-Rajshahi-Puthia-Natore.
Tempo i intensywność podróży nieco spadły, więc tym razem relacja z 4 dni aż:
Mishti.
Lokalne słodycze – mishti – nie są szczytem cukierniczego wyrafinowania, co nie zmienia faktu, że ciężko im się oprzeć. Muszę się pilnować, bo wrócę do PL wyglądając równie solidnie, co mój dzisiejszy model, sprzedawca pamiątek w rajbari w Natore. Otwarte pozostaje pytanie, czy w takiej sytuacji pomoże mi ufarbowanie brody na rudo, powszechne wśród tutejszych muzułmanów.
Natore.
W Rajshahi niezdrowe poruszenie, wszystkie hotele wybukowane, a właściciel tego, w którym się zatrzymałem, uparł się, że mam oddać pokój do 0900. Nie mam mu specjalnie za złe biorąc pod uwagę, że płaciłem mniej niż 4 USD za noc.
I tak planowana jednodniowa wycieczka do Natore zamieniła się w przenosiny do Natore. Co ma same dobre strony, bo bliżej do Kushtii, hotele święcą pustkami i będę mógł fotografować lokalne rajbari o zachodzie słońca (a może też w porannych mgłach).
Puthia.
Lalon Utsab.
Dobre wieści. Mój człowiek w Dace, Mahmud, załatwił mi spanie w Kushtii podczas festiwalu Lalona Shaha, Lalon Utsab. Sam, mimo wielu męczących telefonów, nie byłem w stanie tego zrobić.
To będzie moje pierwsze zetknięcie z baulami, bengalskimi muzykami i mistykami sufickimi (ale także wisznaickimi). Bardzo pięknie pisze o nich William Dalrymple w jednej z opowieści w “Nine Lives”. Ciekaw jestem tego straszliwie!
Do Rajshahi.
Dzisiaj kończę trzeci tydzień podróży. Czas na dzień lenistwa, nicnierobienia, biernej kontestacji wszelkich aktywności podróżnych i pozapodróżnych, świadomie indukowanego marazmu, a może nawet relaksu – o ile to możliwe w BD.
Niespiesznie przejadę tylko do Rajshahi.
Wypiłbym piwo (a jeszcze lepiej trzy), ale czujne oczy imamów nie zamykają się nigdy i tego typu pożałowania godne rozrywki są out of the question!








