Category Archives: misc

Niusy oraz rozmaite nieuporządkowane obserwacje.

Wat Pho.

Wat Pho, Bangkok. Mnich przed figurą Buddy.

Wat Pho, Bangkok. Mnich przed figurą Buddy.

Ciężko się wyrwać z hotelowych luksusów na dzikie upały – baseny na dachach powinny być verboten. Na szczęście i to powszednieje. Dzisiaj dzień oswajania lokalnego zbiorkomu. Metro, motocykl, łódź pospieszna, autobus (#48) i wreszcie skytrain. Sama podróż zdecydowanie ciekawsza niż cel – Wat Pho.

BKK.

Kolejne duże miasto i kolejny duży deszcz. Bangkok spowity chmurami i bardzo wilgotny. Lotnisko opustoszałe. Przyjmijmy, że wszyscy boją się eboli oraz wojny polsko-ruskiej i siedzą w domach zamiast się szlajać po świecie.

Uspokojenie.

Łódź (długoogoniasta, ze schowanym ogonem).

Łódź (długoogoniasta, ze schowanym ogonem).

Czas zasadniczo zwolnił, wrażenia zmysłowe uległy zdecydowanemu wysubtelnieniu. Warunki idealne do pielęgnowania lekkiej mizantropii – przy niewielkim wysiłku da się tu wypowiedzieć jakieś 10 słów dziennie, z tego połowę do gekkonów. Do znaczących wydarzeń ostatnich dni należało uwolnienie lokalnej odmiany zimorodka (z angielska piękne kingfisher) z rybackich sieci. Zarówno ptak, jak i sieci pozostały bez szwanku. Ja również, choć pomarańczowy dziób starał się zrobić we mnie szereg dodatkowych otworów. Do mniej znaczących – spotkania z krabami i małpami podczas wieczornych biegów. Do zupełnie powszednich – odkrywanie coraz to większych muszli w poodpływowym błocie. W tym uspokojeniu godziny zazenów mijają jak kwadranse. Ciężko będzie się stąd ruszyć.

Skłot muszla.

Pustelnik.

Pustelnik.

Wczoraj po odpływie poszedłem zbierać muszle. Znalazłem bardzo ładną sztukę, szpiczastą, kręconą i dosyć dużą. Ułożyłem ją wśród innych muszli, koralowców i gąbek. Problem w tym, że po jakimś czasie wysunęły się ze środka włochate łapy, które zaczęły ciągnąć ją po stole (pierwsze skojarzenie – Mars napada!). W mojej muszli ktoś urządził squat… Jako że nie nadaję się na czyściciela kamienic, muszla z lokatorem wróciła na plażę. Poza tym on ją znalazł pierwszy.

Thong Mai Phai.

Thong Mai Phai Rd.

Thong Mai Phai Rd.

Gdyby ktoś potrzebował mnie znaleźć, to najpierw leci się do Bangkoku. Potem przesiadka w autobus albo samolot do Krabi. Z lotniska w Krabi trzy kwadranse samochodem do przystani. Następnie 15 minut długoogoniastą łodzią na wyspę, potem kolejny kwadrans jeepem. I wreszcie w prawo w ul. Thong Mai Phai, dwieście metrów w dół, znowu w prawo za trzcinowym domem z kurami na podwórku, w dół do plaży i w lewo przez dziurę w murowanym ogrodzeniu na polanie z palmami. Przed nami trzy drewniane domy na palach, mieszkam w tym środkowym.

DAC-KUL-KBV.

Ostatnie chwile w Bangladeszu. Od jutra chill out na (prawie) bezludnej wyspie głęboko na południu Tajlandii. Ciekawy był miesiąc tutaj, za kilka dni napiszę małe podsumowanie.

Dhaka.

Tipu 7 w jednym kawałku dotarł do Dhaki nieco po wschodzie słońca (który udało mi się przespać). Poranne zderzenie z ulicami molocha lekko traumatyczne. Trochę już mi się nie chce, ale postaram się zmotywować jeszcze do co najmniej jednej wizyty w Starej Dhace. A pojutrze nowy kraj i zupełnie inne konteksty.

Na statku!

MV Tipu 7.

MV Tipu 7.

Co prawda nie po Sundarbanach, bo to okazało się propozycją bardziej w charakterze masowego turyzmu, ale z Barisal do Dhaki. Statek nazywa się MV Tipu 7. Niezwykle dzielna jednostka. Mam swoją kajutę i swoją koję, więc płynę w warunkach niemal luksusowych. Będziemy płynąć przez całą noc, przybijemy do Dhaki trochę po wschodzie słońca, chyba że porwą nas piraci albo pomyłkowo zatopi bangladeska flota. Albo Tipu 7 okaże się mniej dzielny niż podejrzewałem i po drodze się rozpadnie.

Do Khulny.

Prawie trzy dni wśród nieprzebranych festiwalowych tłumów lekko nadszarpnęły moją równowagę psychiczną. Czas zostawić Lalona i baulów – właśnie wsiadłem do autobusu do Khulny, skąd mam nadzieję załapać się na turę po Sundarbanach.

Początek…

Baul. Festiwal Lalona Shaha w Kushtii.

Baul. Festiwal Lalona Shaha w Kushtii.

Zaczyna się Lalon Utsab i zaczyna się niesamowicie. W chmurach gandzi i kadzideł, przy dźwiękach ektar, tabli i innych bębnów, fletów oraz lokalnej odmiany harmonii. Tysiące ludzi i masa energii! Czuję się wciągnięty.

Mishti.

Sprzedawca pamiątek, Natore.

Sprzedawca pamiątek, Natore.

Lokalne słodycze – mishti – nie są szczytem cukierniczego wyrafinowania, co nie zmienia faktu, że ciężko im się oprzeć. Muszę się pilnować, bo wrócę do PL wyglądając równie solidnie, co mój dzisiejszy model, sprzedawca pamiątek w rajbari w Natore. Otwarte pozostaje pytanie, czy w takiej sytuacji pomoże mi ufarbowanie brody na rudo, powszechne wśród tutejszych muzułmanów.

Natore.

W Rajshahi niezdrowe poruszenie, wszystkie hotele wybukowane, a właściciel tego, w którym się zatrzymałem, uparł się, że mam oddać pokój do 0900. Nie mam mu specjalnie za złe biorąc pod uwagę, że płaciłem mniej niż 4 USD za noc.

I tak planowana jednodniowa wycieczka do Natore zamieniła się w przenosiny do Natore. Co ma same dobre strony, bo bliżej do Kushtii, hotele święcą pustkami i będę mógł fotografować lokalne rajbari o zachodzie słońca (a może też w porannych mgłach).

Puthia.

Dziewczyna Hindu w Puthii.

Dziewczyna Hindu w Puthii.

Dzisiaj ponad pół dnia w Puthii. Sama radość, zrujnowane pałace i rajbari, świątynie Shivy, Govindy, Gopali i Aniki. Do tego nieco szalony przewodnik i opiekun świątyń, Mr. Bishwana. No i dziewczęta Hindu, ach, jak karmel i miód.

Lalon Utsab.

Dobre wieści. Mój człowiek w Dace, Mahmud, załatwił mi spanie w Kushtii podczas festiwalu Lalona Shaha, Lalon Utsab. Sam, mimo wielu męczących telefonów, nie byłem w stanie tego zrobić.

To będzie moje pierwsze zetknięcie z baulami, bengalskimi muzykami i mistykami sufickimi (ale także wisznaickimi). Bardzo pięknie pisze o nich William Dalrymple w jednej z opowieści w “Nine Lives”. Ciekaw jestem tego straszliwie!

Do Rajshahi.

Dzisiaj kończę trzeci tydzień podróży. Czas na dzień lenistwa, nicnierobienia, biernej kontestacji wszelkich aktywności podróżnych i pozapodróżnych, świadomie indukowanego marazmu, a może nawet relaksu – o ile to możliwe w BD.

Niespiesznie przejadę tylko do Rajshahi.

Wypiłbym piwo (a jeszcze lepiej trzy), ale czujne oczy imamów nie zamykają się nigdy i tego typu pożałowania godne rozrywki są out of the question!