Buddowie… I znowu, po krótkim okresie aktywności, zapomniałem o YK. Co po części wynika z tego, że nieco niespodziewanie pojawiły mi się fascynujące opcje podróżne na drugą część roku i postanowiłem zrobić sobie wakacje gdzieś do późnej jesieni, LOL. Ale o tym za jakieś dwa miesiące. Na razie chill out w Penangu, który – gdyby tylko czasami nie było tak koszmarnie gorąco – jest absolutnie rewelacyjną wyspą i pozwala mi zapomnieć o żenującym kraju ojczystym, umierającej planecie i całej masie innych stresujących aspektów szeroko pojętej egzystencji.
Tag Archives: Georgetown
rainy season!
Zasadniczo bardzo lubię większość aspektów życia w Południowo-Wschodniej Azji i czuję się dobrze w monsunowych tropikach, ale jeśli jest jeden aspekt, który absolutnie uwielbiam, to są to monsunowe deszcze. Oczywiście najbardziej atrakcyjna jest tranzycja z pory suchej do deszczowej i obserwowanie jak zmienia się pogoda, wegetacja i temperatura.
nyonya kuih.
W ramach akcji poznaj swój kraj, wybrałem się dzisiaj do Kuih Culture spróbować kolejnego lokalnego specjału – mianowicie kuih (wymawia to się kuei). Chociaż, prawdę powiedziawszy, jest to moja kolejna wizyta, bo kuih znam już z sobotnich bazarów w Khanom i bardzo lubię.
George Town o zachodzie.
Moje nowe miasto jest zasadniczo super urocze. Jednym z kluczowych elementów tego uroku jest słońce zachodzące za wzgórzami.
Georgetown – Khanom.
Ostatni dzień w GT bez specjalnych atrakcji. Deszcz, który miał spaść dzień wcześniej, spadł dzisiaj i zostałem uroczo przemoczony. Najpierw spadło kilka niezobowiązujących kropel, które zlekceważyłem, następnie kilka poważniejszych kropel, które spowodowały, że zacząłem szukać schronienia (nie chciało mi się ubierać w plastikowy płaszcz, który wożę w bagażniku). Zanim je znalazłem, byłem już cały mokry, więc po prostu pojechałem dalej.
chmury.
Cyklon Pabuk szaleje, a jego wpływ daje się odczuć w całym rejonie. Miałem kilka ambitnych planów na dzisiejsze przedpołudnie, ale ze wzgórz ciągnęły ciężkie chmury, co chwila mżyło i wszystko wskazywało na to, że już za moment zacznie się monsunowe pandemonium.
świątynia Kek Lok Si i tama Air Itam.
Wczoraj uniwersalne święto, więc mogłem nieco odpocząć od pracy i poświęcić dzień na eksploracje okolicy. Praca z Malezji ma to do siebie, że w okresie zimowym jest aż 7h różnicy między czasem lokalnym a środkowoeuropejskim (w TH 6h w zimie i 5h w lecie), więc można pierwszą część dnia poświęcić na przyjemności, a następnie pracować od gdzies od 1200 do 2000, zachowując wciąż całkiem niezłe pokrycie z czasem w PL i okolicach.
Hat Yai – Georgetown.
Dzisiaj kolejny dzień eskapady na południe. W Hat Yai moto na sattanii rot dtuu (dworzec minibusów), rot dtuu do Padang Besar, piesze przejście granicy jednej, a następnie drugiej, dalej pociąg (tren) typu Komuter, potem prom typu feri, taxi z Graba i jestem na miejscu. Podróże są fajne.
Zdjęcia z Georgetown.
Dodałem zaległą galerię z Georgetown w Malezji.
Georgetown 01.
Miejsce, w którym się zatrzymałem, Jawi Peranakan Mansion, dawna posiadłość kupców z kasty Jawi Peranakan, muzułmanów pochodzenia hinduskiego, którzy kiedyś stanowili lokalne high society, ma tak leniwą atmosferę, że niespecjalnie chcę mi się stamtąd ruszać.
Bangkok – Pedang Basar – Butterworth – Georgetown.
Z prawdziwą radością stwierdziłem niedawno, że te kilka miesięcy indochińskiego chill outu odbudowało moją, do niedawna trudną do poskromienia, a później mocno oklapłą, ochotę na podróże. Coraz częściej łapię się na układaniu wielotygodniowych treków przez himalajskie dzicze, rozważam wyprawy kajakowe, narciarskie, a nawet zwykłe obijanie się z plecakiem po różnych azjatyckich krajach. Może więc nie wszystko stracone i awersja do podróży, jaką miałem przez ostatni rok, czy dwa, zaczyna cofać się pod atakiem świeżego wanderlustu. Perspektywa krótkiej podróży pociągiem przez duża część Indochin jedynie tę ochotę wzmaga.
