Tag Archives: Kathmandu

04.IX.2013 – WAW-DOH, w drodze do Kathmandu.

Dochodzę do wniosku, że z każdą kolejną podróżą, podjęcie decyzji co do jej celu jest trudniejsze. Wynika to po części z faktu, że coraz więcej miejsc staje się łatwo dostępne, a tym samym coraz trudniej jest znaleźć miejsca, które dostępne nie są i – co za tym idzie – coraz trudniej znaleźć motywację do wyjazdu. Barierą stają się wyłącznie zasoby finansowe i czas, jaki można na podróż poświęcić, plus brak wrodzonej niechęci do stabilizacji i ciągłego głodu nowych impulsów. Chyba tylko fakt, że dwa ostatnie czynniki nie są bardzo rozpowszechnione, powoduje, że świat nie został zrównany z ziemią, a następnie ustandaryzowany na potrzeby masowej turystyki.

Continue reading

25.X.2011 – Kathmandu, przed wyjazdem do Jiri.

Pobudki o czwartej nad ranem nigdy nie należały do moich ulubionych form rozpoczynania dnia. Ale nie mam innego wyjścia. Jeśli mam dostać się do Jiri następnego dnia, muszę pojawić się na dworcu Ratna Park przed szóstą rano i kupić bilet – właśnie zaczyna się festiwal Tihar i obłożenie lokalnych autobusów po raz kolejny zaskoczyło drogowców. Chwilę po przebudzeniu zaczynam obmyślać scenariusze, które pozwolą mi zostać w lóżku – może polecę samolotem do Phaplu i stamtąd, nieco okrężną drogą zacznę trek… Może wynajmę dżipa i każę się wieźć do Jiri… Może pojadę dzień później, a bilet kupi i dostarczy mi agent… Żaden z pomysłów nie wydaje się wystarczająco przekonywujący, więc już po chwili przemierzam wymarłe uliczki Boudha. Mimo porannej półprzytomności pamiętam o czołówce, co ratuje mnie przed pomniejszymi obrażeniami.

Pora barbarzyńska, ale wokół Stupy całkiem tłoczno. Część osób spieszy się do pracy, część przyszła na poranne kręcenie młynkami i malą. Na ulicy przed stupą cała masa taksówek, ale postanawiam być twardy, ustawiam się po drugiej stronie i dzielnie czekam na busa. Dopiero trzeci nie jest wyładowany po brzegi. Ruszamy, Kathmandu o tej porze jest prawie, że wymarłe. Na miejscu jestem w niecałe 20 minut, w ciągu dnia trwa to co najmniej dwa razy dłużej. Ciekawa rzecz – po drodze mijam co najmniej kilkunastu biegaczy, w tym dwójkę ubraną (i zbudowaną) jak zawodnicy. Najwyraźniej w KTM treningi biegowe robi się na długo przed świtem.

Na dworcu typowe dla tego miejsca piekło. Klaksony, wrzaski, bieganina i ogólne zamieszanie. Kiedy podchodzę do kas, okazuje się, że to był jedynie przedsionek piekła. Wokół kłębi się jakieś 500 lokalsów poustawianych w kolejki. Lekko załamany myślę, że poranne preteksty do pozostania w łóżku miały wiele sensu. Dalej jednak pozostaje twardy. Podchodzę do samych kas, jak gdyby nigdy nic, i zaczynam zlewać się z tłem. Mój chytry podstęp rychło zostaje wykryty przez porządkowych (fakt, że jestem jedynym białym w towarzystwie może mieć tu pewne znaczenie), którzy grzecznie, acz stanowczo wysyłają mnie na koniec kolejki. Na cale szczęście okazuje się, że kolejki są dwie – jedna, ta moja, po bilety na kolejny dzień (15 osób) i jedna po bilety na dzisiaj (milion osób). Po dziesięciu minutach w totalnym ścisku – kolejka tutaj polega na tym, ze wchodzi się na plecy osobie z przodu, podczas gdyby osoba z tyłu wchodzi na plecy nam i tak da capo al fine – mam swój bilet. Okazuje się też, że droga za Jiri wystarczająco wyschła i mogę dojechać aż do Shivalaya. Dobra karma procentuje.

Powrót równie szybki jak wcześniejsza podróż. Mikrobus co prawda psuje się pod koniec (chyba kończy mu się gaz), ale że do stupy mam pół kilometra, opuszczam go bez żalu. Reszta dnia leniwa, sporo siedzę w ogrodzie, a pod wieczór idę do stupy zapalić maślane lampki za powodzenie treku i wspinaczki.

22-24.X.2011 – Kathmandu.

Z lotniska odbierają mnie ludzie Tima (a właściwie ludzie lokalnego agenta, z którym Tim współpracuje przy organizacji wypraw), odpadają więc dzikie targi z taksówkarzami. Nie ukrywam, trochę żałuje. Kierunek Boudha, mówię, co wzbudza szczere rozczarowanie. Chłopaki najpewniej mieli już dla mnie hotel i liczyli na procent od profitów, jaki ten hotel uzyskałby z mojej skromnej osoby. Wiozą mnie jednak na miejsce. Zatrzymuję się tam, gdzie roku temu, w uroczym guesthousie ze sporym ogrodem, na terenie dużego klasztoru. Wokół pełno mnichów. W tle słychać mantry, gongi, dęcie w trąby i dzwonienie dzwonków. Pachnie kadzidłami i palonym zielem Losar. Urocze tło, jedyny negatywny aspekt to dzwonnik budzący mnichów na lokalny odpowiednik jutrzni. O świcie wali metalowym prętem w jakąś szynę, budząc nawet umarłych z okolicznych cmentarzy.

Pierwsze wrażenia z Kathmandu raczej chłodne. Cieszę się, że tu wróciłem, ale eksplozji entuzjazmu zapamiętanej z zeszłego roku nie ma. W sumie nie powinienem się dziwić, spędziłem w Nepalu ponad 3 miesiące, ąadne to dla mnie novum, wiem gdzie i czego szukać, co i jak załatwić. Zupełnie nie mam też ochoty na zwiedzanie, a do wyciągnięcia aparatu z plecaka muszę się niemalże zmuszać – to sprawdzona recepta na nieudane zdjęcia. Podejrzewam więc, że z tego wyjazdu rozległej dokumentacji fotograficznej nie przywiozę – może w górach będę miał większa motywacje.

Zaraz po przylocie załatwiam jeszcze kilka drobnych spraw, idę na obiad do ulubionej przyklasztornej garkuchni, po czym gdzieś ok. 1700 świat zaczyna zamykać się wokół mnie jak bańka. Czuję, że czas nadrobić braki w śnie.

Kolejne dwa dni (22-23.X) poświęcam na załatwianie spraw okołowyprawowych – łapię minibusy albo milrobusy do centrum, przedłużam wizę, dokupuję brakujące wyposażenie, między innymi podróbki plastikowych butelek Nalgene, które tanie są tutaj jak barszcz i na pierwszy rzut oka niczym nie różnią się od oryginału. Można podejrzeważ, że robione są z toksycznego chińskiego plastiku i za kilka lat światowa populacja trekkerow i wspinaczy gwałtownie się skurczy. Odwiedzam też wspomnianego już wcześniej agenta wyprawy (Ishwariego), któremu zostawiam torbę ze sprzętem wspinaczkowym oraz zdjęcia i dokumenty potrzebne do wyrobienia legitymacji TIMS (Trekker’s Information Management System – wielka, biurokratyczna ściema, ktora pozwala kasować trekkerow na ok. 20 USD) i biletu do parku narodowego Sagarmatha.

W poniedziałek (24.X), próbuję pozwiedzać, ale zupełnie nie mam do tego glowy. Może wyczerpałem swoje limity na miejską turystykę na ten rok, może mam przesyt lokalnych zabytków jeszcze po ostatniej wizycie. Ruszam do Swayambhu, odwiedzić znajome małpy, ale ostatecznie zbaczam z drogi, błądzę i wychodzę na Durbar Square. Tu mnie jeszcze nie było, więc kręcę się nieco po okolicy – myślę, że Durbar Square w Bhaktapurze o wiele ładniejszy, przede wszystkim przestronniejszy.

Probuję też kupić bilet do Jiri, ale jako że sezon festiwalowy w pełni, panowie sprzedają bilety jedynie z dnia na dzień. Pytam dlaczego – młody chlopak, stojący w kolejce do okienka tlumaczy “maybe they forget”. Wygląda na to, że system nie jest wystarczająco elastyczny do tego, żeby sprzedawac bilety z wyprzedzeniem, i panowie robią sobie notatki na boku. A przy natloku podróżnych taka notatka łatwo moze zaginąć! Do tego okazuje się, że jeśli chcę pojechać, to bilet musze kupić wcześnie rano (ok. 0600), co oznacza, że czekają mnie dwie poranne wyprawy na Ratna Park – jedna po bilet, a druga przed faktyczną podróżą.

W ramach poszukiwania inspiracji odwiedzam znajomego dilera tybetańskich akcesoriow rytualnych. Wygląda na to, że pamięta mnie z zeszłego roku, więc od razu zaprasza mnie na zaplecze i pokazuje rozmaite cuda. Rozwazam piękne, ręcznie pisane księgi modlitewne. Jedna z nich ponoć pisana ludzką krwią- co wydaję mi się nieco nieprawdopodobne, bo tusz jest za bardzo czerwony. Myślę, że po latach powinien ściemnieć – a księga wygląda na mocno wiekową. Na żadną z ksiąg nie mogę się zdecydować, więc postanawiam wrócić po nie innym razem. Ostatecznie kupuję miskę z czaszki jaka (z takiej misy kapłanka, dahini, pije /pijała/ krew i inne płyny podczas tanrycznych rytuałów), obitą srebrną blachą konchę i duża, ale nieco toporną phurbę z kości jaka. To już czwarta w kolekcji, mam sporą słabość do phurb.

20-21.X.2011 – Z Warszawy do Kathmandu.

Pomysł, by wejść na Ama Dablam pojawił się podczas zeszłorocznego trekkingu w Himalajach. Najpewniej pojawił się gdzieś po drodze do Gokyo, godzinę, może dwie, za Namche, kiedy pierwszy raz miałem okazję stanąć twarzą w twarz z tym szczytem. Początkowo był zachwyt i dużo zdjęć, bo szczyt jest wybitny i z cala pewnością jeden z piękniejszych na świecie, a potem nadzieja, że rzecz sprawa jest w zasięgu moich skromnych możliwości wspinaczkowych i finansowych.

Po powrocie do Kathmandu okazalo sie, ze rzecz jest do zrobienia, wypraw komercyjnych jest sporo, wiec wystarczy wybrac jedna, ponegocjowac cene i mozna ruszac. Tak tez sie stalo, dwa tygodnie po powrocie do polski, bylem juz zapisany na wyprawe z Timem Mosdale’m, Brytyjczykiem, ktory regularnie organizuje wejscia na AD. Poniewaz nie bylem zainteresowany wspolnym trekiem, zwiedzaniem Kathmandu i innymi dodatkami, udalo mi sie wynegocjowac ok. 30% znizki. Umowa byla taka, ze spotykamy sie w Pangboche na dzien przed wyjsciem do Ama Dablam Base Camp. Tim zgodzil sie tez, zebym zostawil mu z Kathmandu depozyt, ktory poleci z nim do Lukli, a nastepnie na grzbiecie jaka pojedzie do base campu. Dzieki temu przed wspinaczka moglem sobie pozwolic na krotki trek ze stosunkowo lekkim plecakiem. Trase, ktora planowalem przejsc (Jiri – Lukla) znalem juz z poprzedniego roku, ale tym razem planowalem przejsc ja nieco inaczej, zahaczajac o czterotysiecznik Pikey Peak, sciezke z TokTok do Thame przez Khongde i, byc moze, swiete jezioro Hindusow – Dudh Kunda.

Okres od decyzji o wyjezdzie do samego wyjazdu byl dosyc intensywny. Od poczatku stycznia do polowy czerwca projekt w Wilnie, ktory wymagal latania na Litwe w kazdy poniedzialek i powrotu do Warszawy w kazdy piatek, w marcu krotki wyjazd do Syrii w przeddzien lokalnego wydania Arabskiej Wiosny, potem dwa tygodnie szkolenia w Alpach na poczatku maja, dalej ciezki, 3-miesieczny mezocykl przygotowujacy do startu w pierwszym triathlonie 1/2 Ironman (nieudanego zreszta) plus kilka krotkich wycieczek w Tatry, Bieszczady i na zawody biegowe

Rownolegle kompletowalem sprzet. Swoje dotychczasowe przygody ze wspinaniem zimowym uskutecznialem na pozyczonym, wiec lista zakupow byla dluga. Skorupy, raki, czekany, masa drobnego szpeju w rodzaju jumarow, srub lodowych, przyrzadow autoratowniczych, dodatkowych karabinkow i tak dalej. W ferworze zakupow nie nalezalo zapomniec o nowej czolowce, nowej uprzezy, nowym kasku i calej masie rozmaitych upgrade’ow. Zreszta czesciowo zasluzonych, bo na przyklad stara uprzaz miala niedlugo obchodzic pietnaste urodziny. Do tego doszla puchowa kurtka od Malachowskiego (dzielo sztuki krawieckiej, ktorego nie zdejmowalem z siebie przez dwa wieczory po zakupie), łapawice tegoż, najgrubsze mozliwe skarpety Smartwoola i tak dalej.
Zawsze czulem sie nieco niedosprzetowiony wspinaczkowo – po tych kilku miesiacach to uczucie zdecydowanie sie zmniejszylo.

Kiedy pojawilem sie na lotnisku przed wylotem, mialem lekkie obawy – cala masa przygotowan, miesiace oczekiwania, szkoda, zeby wszystko to zostalo zaprzepaszczone przez jakas glupote. Moja podstawowa obawa byl brak wizy tranzytowej do Indii, o ktorej przypomnialem sobie zbyt pozno, zeby zalatwic ja przed wylotem. W wiekszosci przypadkow przelot z Europy do Nepalu przez Delhi takiej wizy nie wymaga, przedstawiciele linii Jet przeprowadzaja pasazerow przez strefe tranzytowa, troszcza sie o bagaz i karty pokladowe. Czytalem jednak o przypadkach, kiedy to z jakiegos powodu nie zadzialalo (mozliwe tez, ze te przypadki byly wyssane z palca).

Przy check-in’ie moje najgorsze obawy sie potwierdzaja. Pani pyta o wize do Indii, ja mowie, ze nie trzeba, na co wezwana zostaje specjalistka od wiz i zaczyna sie dyskusja. Na szczescie krotka, bo panie nie zrozumialy, ze lece do Nepalu. Kiedy to zostaje wyjasnione, nic nie stoi na przeszkodzie, zebym ruszyl w droge. Moj bagaz zostaje nadany od razu do Kathmandu, co zmniejsza prawdopodobienstwo jego zgubienia w DEL. Nikt nie ma tez nic przeciwko mojemu bagazowi podrecznemu – wypakowanemu po brzegi 55l plecakowi.

Szybko przechodze przez security i mam czas na chwile relaksu w business lounge – czeste loty na zagraniczne projekty zrobily ze mnie Frequent Flyera, wiec na lotniskach jestem traktowany nieco lepiej. Chwila mija i niedlugo potem szczesliwie laduje w MUC, gdzie bede przesiadal sie na samolot do DEL. Przy transfer desku kolejne spiecie, pani bardzo podejrzliwie patrzy na moj plecak (wiedzialem, wiedzialem!). Sposobem rycerzy Jedi przekonuje ja, ze ten plecak jest tak naprawde bardzo maly, a zly dobor kolorow powoduje, ze wydaje sie znacznie (Znacznie) wiekszy.

Na bramce pojawiam sie wiec pelen obaw. Niby plecakowi nie zaszkodzi jazda w luku, ale musialbym wyciagac z niego cala mase rzeczy, ktore wymagaja specjalnego traktowania. Jako frequent flyer loguje sie przez bramke dla BC/FC. Jakiez jest moje zdumienie, kiedy urocza stewardessa zabiera mi moja karte pokladowa, podaje jakis swistek i mowi “you have been upgraded to business class on this flight”. Wyglada na to, ze byl overbooking w Economy, wiec czesc pasazerow zostala przeniesiona do Businessu, gdzie byly jeszcze wolna miejsca. Na plecak nikt nie zwraca uwagi.

Do DEL lece wiec w luksusach, zamiast fotela kanapa, kolacja z trzech dan i duze ilosci alkoholu. Z tych ostatnich nie korzystam, wole byc w DEL przytomny. Ladowanie bez problemow, podobnie przejscie przez strefe transferowa, jedynie pol godziny czekania na karte pokladowa do KTM. Potem zostaje juz tylko oczekiwanie na samolot do KTM, ktory startuje i laduje o czasie.

Na jakies dwa tygodnie przed wyjazdem cos mnie tknelo i postawilem na biurku niewielka rzezbe Ganesha, Hinduskiego boga o glowie slonia, patrona podroznikow (i calej masy innych rzeczy). Biorac pod uwage mile niespodzianki podczas podrozy, Ganesh zdecydowanie czuwa!

14.IX.2010 – Kathmandu: przed wyjazdem do Jiri.

Jutro ruszam na pierwszy trek (Jiri – Lukla – Tumlingtar – Makalu Base Camp – Tumlingtar), nie będzie mnie około miesiąca, więc dzisiaj ostatni moment na domknięcie rożnych spraw logistycznych. Spod stupy łapię mikrobus do Ratna Park, obok mam piekielny dworzec autobusowy i supermarket, instytucję praktycznie nie spotykaną Nepalu. Mikrobus zapchany do granic możliwości, w pewnej chwili dziewczyna w szkolnym mundurku jedzie na stojąco – niebywała ekwilibrystyka. Chcę nawet zaproponować, żeby usiadła mi na kolanach, ale wolę nie ryzykować poważnego culture cash.

Po krótkich poszukiwaniach udaję mi się znaleźć kasę biletową – płacę 470 rupii i mam bilet na super express bus do Jiri. Super express jedzie 7 godzin (o ile pamiętam jest to odległość 180 kilometrów). Zwykłe autobusy jadą nawet 12h, w porywach do 16h. Mam miejsce B12, nie wiem, czy doszukiwać się analogii z bombowcem. Po dworcu supermarket – klimatyzowany, strzeżony przez dwie urocze panie w mundurach. Kupuje szturm żarcie –  suszone owoce, orzechy, batony, masło czekoladowe. Teoretycznie nie będę potrzebował jedzenia, bo podstawowa infrastruktura jest dosyć dobrze rozwinięta w tej okolicy, ale wolę nie ryzykować.

Wracam przez stupę: kręcę młynkami i kupuję piękne, poczwórne, mosiężne dorje (vajra) , żeby uczcić pierwsze zetknięcie z Nepalem. Targi jak zwykle są długie i intensywne – ostatecznie staje dokładnie na 2/3 ceny wyjściowej. Sprzedawca na pożegnanie stwierdza, że dobrze się targuję, i koniecznie mam do niego wrócić, bo tym razem niczego na mnie nie zarobił. Śmieję się tylko, mówiąc ‘I’m sure you’ve made a nice profit on this one…’ – ‘no profit’, odpowiada smutno. Nie wiem doprawdy, jak on się utrzymuje w tym biznesie… No, ale faktycznie wrócę do niego – ma piękną kolekcję phurba, szczególnie jeden wpada mi  w oko. Wyjątkowo masywny, pięknie rzeźbiony w trzech rodzajach metalu. Cena wyjściowa dosyć odstraszająca, a ja już nie mam siły się targować. Do stupy wrócę jeszcze wieczorem, zapalić maślany znicz w intencji udanego treku!

Na koniec zahaczam o swoje bahtti i oprócz than tuk i momo, biorę na podróż dwa roti, tybetańskie chlebki. Od jutra koniec luksusów, zero Internetu, minimum cywilizacji. Kolejne odcinki tej relacji będę spisywał odręcznie i dopiero za 4-5 tygodni będę miał okazję wrzucić do sieci.

13.IX.2010 – Bhaktapur.

Jako że dzień wczorajszy obfitował w multum atrakcji, dzisiaj postanowiłem odwiedzić tylko jedno miejsce – Bhaktapur, dawną stolice Nepalu, położoną kilkanaście kilometrów od Kathmandu. Taksówką dojeżdżam do Ratna Park, parku położonego w centrum miasta, dalej mam zamiar jechać zbiorkomem. Mam szczęście, bo mój taksówkarz wysadza mnie dokładnie na wprost przystanku autobusów do Bhaktapur.

Komunikacja zbiorowa w Nepalu to wyjątkowo szeroki temat, który dzisiaj mam nadzieję poznać nieco lepiej. Na samym dole drabiny znajdują się mechaniczne riksze, które z racji na pagórkowatość miasta i traffic, który wymaga decyzji podejmowanych w mgnieniu oka, nadają się wyłącznie do wycieczek na krótkie dystanse. Nieco wyżej znajdują się riksze silnikowe, czyli Tuk-tuki – urocze, trójkołowe pojazdy, coraz częściej napędzane silnikiem elektrycznym. O Tuk-tukach napiszę nieco więcej niżej. Potem mamy mikrobusy – coś jak pomniejszone wersje naszych busów z Zakopanego i okolic  – i na koniec właściwe autobusy. Autobusy też są mniejsze – mają 6-7 rzędów miejsc, w każdym rzędzie mieszczą się cztery osoby, dwie przy każdym oknie. Załoga autobusu składa się z dwóch osób – kierowcy i menedżera pojazdu, który ma za zadanie zbieranie pasażerów, informowanie wszystkich wokół dokąd autobus jedzie, oraz zbieranie opłat za bilety. Na samej górze drabiny mamy zaś taksówki , o których pisałem już wcześniej. Taksówki docierają w dowolnie wybrane miejsca, ale niekoniecznie są szybsze od Tuk-tuków. I 10x droższe.

Menedżer mojego pojazdu szybko wyławia mnie z tłumu, wołając ‘Bhaktapur?’. Potwierdzam, pytam o cenę i dowiaduję się, że po tej podróży zbiednieję o 20 rupii. Cena jest oszałamiająca, więc szybciutko ładuję się na pokład. W nieco ponad godzinę później jesteśmy na miejscu. Odwiązuję arafatkę z twarzy (ilość pyłu na nepalskich drogach jest zabójcza, sporo miejscowych nosi specjalne maski na twarz – prostokąty materiały z gumkami po bokach, które zaczepia się o uszy, osłaniając usta i nos) i ruszam na podbój Bhaktapur.

Bhaktapur to dosyć dobrze zachowane miasto średniowieczne. Wąskie uliczki, drewniane domy, place (łącznie z klasycznym Durbar square, placem przed pałacem króla) i placyki, enklawy klasycznego rzemiosła. Miasto ma dwa ciągi komunikacyjne – jeden turystyczny, który zaczyna się od Durbar square, z masą sklepików z lepszej lub gorszej jakości produktami, na które łasi są turyści i drugi, gdzie toczy się normalne życie. Nieco za późno wysiadam z autobusu, więc na początku trafiam na ten drugi ciąg. Robię trochę zdjęć i przymierzam się do fotografowania ludzi… Trafia mi się urocza dziewczynka, a potem biorę się za kamieniarza, który nie zwraca na mnie specjalnej uwagi, i nie wychodząc z rytmu wydobywa swoje lwy z kamienia. Potem pani od sortowania ziaren – tu też z górki, co prawda pani explicite życzy sobie pieniędzy za sesję, ale zgadza się – robię kilka zdjęć, moim zdaniem całkiem udanych, płacę i idę dalej. Zachęcony sukcesem próbuje szczęścia u kolorowo ubranych dziewcząt, robiących na drutach czapki i inne utensylia od zimna. Wyglądają zjawiskowo, ale na zdjęcia się nie zgadzają, pieniędzy również nie chcą. Zaczepiam kilka grupek, ale odpowiedź jest wszędzie taka sama. Żeby podnieść się na duchu zjadam momo w barze dla tubylców. Płace 30 rupii za pierogi z mięsem, co jest zdecydowanym rekordem. Pierogi jak zawsze znakomite, do tego pływają w pikantnej, nieco mlecznej zupie, która pochłaniam równie chciwie jak pierogi.

Po momosach robię się senny. No, trucizna działa szybko, myślę sobie, i ruszam na plac Durbar zrobić kilka ostatnich zdjęć. W chwile potem znajduję autobus z powrotem. Menedżer pojazdu tym razem jest sprytny – chce 50 rupii za kurs do KTM. Robię wielkie oczy i pytam jak to możliwe – w jedną stronę 20, a w drugą 50? Wyraźnie zbijam go z tropu, chyba jest mu głupio. ‘I’ll pay you twenty, OK?’ pytam, na co on ochoczo kiwa głową. W 40 minut później jestem przy Ratna Park.

Zachęcony udaną podróżą autobusem, szukam tuk tuka, który zabierze mnie do stupy. Okazuję się to wyjątkowo proste, bowiem tuk tuki gromadzą się pod tablicami z numerami tras. Znajduję właściwą tablicę i już po chwili jestem w środku. Standardowy tuk tuk jest maksymalnie klaustrofobiczny – w środku ma może 120 cm wysokości i 150 długości, wąskie ławki pod ścianami i okna, które kończą się na wysokości brody. Na te wąskie ławki wchodzi do 6 osób z każdej strony. Jako że okna są nisko, a głowa wysoko, widać niewiele, co dla osoby spoza Kathmandu może być frustrujące. Należy się jednak wyluzować i czekać aż menedżer pojazdu (bo w tuk tuku również mamy kierowcę i menedżera) dam nam znać, że czas wysiadać. Pojazd, którym jechałem nie miał żadnych wskaźników – wyłącznie kierownicę, pedały i otwartą skrzynie biegów (widać było stalową linkę, którą służy do zmiany przełożeń). Nie zmienia to faktu, że szybko i w miarę komfortowo (jak na Nepal) dojechałem na miejsce, płacąc ułamek tego, co zapłaciłbym jadąc taksówką. Zdecydowanie polubiłem tą formę transportu.

Dzień kończę wizytą w moim ulubionym barze mlecznym, tym razem nieco kontroluję się przy zamawianiu. Czarna herbata, Thuk pah i smażony ryż z warzywami. Wokół mnie kobiety w tybetańskich strojach, zywo konwersują. Żałuję, ze nie rozumiem ani słowa – może warto by się podciągnąć lingwistycznie w tym kierunku… No, ale to plany na dalszą przyszłość. Zaczepia mnie młody Nepalczyk, rozmawiamy trochę, ma 22 lata, właśnie kończy 10th grade, czyli coś jak nasza II klasa liceum (w starym systemie), potem planuje zostać nauczycielem. Pochodzi z Solu Khumbu, czyli dystryktu nieopodal Everestu. Fakt, że wiem, gdzie leży jego dystrykt sprawia mu dużą przyjemność. Rozmawiamy trochę o trekach, potem pyta mnie, czy jestem żonaty… Przez chwilę zastanawiam się, czy mnie czasem nie podrywa, ale zaraz przypominam sobie, że tutaj chłopaki chodzą za rękę, bo są kumplami, klimaty homoerotyczne nie mieszczą się w tutejszej mentalności, a w każdym razie nie są powszechnie akceptowane i z całą pewnością nie eksponowane.

Na koniec kilka słów o piwie w Nepalu. Standardowo piwo sprzedaje się w butelkach (nie widziałem jeszcze beczkowanego) 0,66l. Najpopularniejsze marki to San Miguel, Tuborg i Everest. Piwo jest dosyć drogie – wspominana butelka 0,66 kosztuje 150 rupii (6 zł) w sklepie i ok. 300 w knajpie. Biorąc pod uwagę, że w ulicznym bhatti można najeść się do syta za 100-150 rupii, jest to koszt znaczący. Na prowincji można spotkać piwo jęczmienne, ale nie miałem jeszcze okazji go spróbować. Lokalne alkohole takie jak niepowtarzalna jabłkowa brandy z okolic Jiri są w KTM praktycznie niedostępne (znaczy się, najpewniej trzeba wiedzieć gdzie szukać).

12.IX.2010 – Kathmandu: Thamel, Swayambhu.

Rano budzi mnie deszcz – to dobrze, bo mogę dalej spać. Kiedy godzinę później decyduję się wstać wciąż pada. Jest to typowy, ulewny, tropikalny deszcz, który nie składa się z kropel, ale raczej z pionowych strumyków wody. Chyłkiem przemykam się na śniadanie, dziś wyjątkowo europejskie: sadzone jajka, tosty i marmolada pomarańczowa. Deszcz najwyraźniej czekał aż zjem – bo znika kiedy dopijam herbatę. Ruszam na poszukiwanie taksówki, ulice toną w wodzie, błoto po kolana, w rynsztokach rwące strumienie. Krótkie targi z taksówkarzem i po chwili przebijamy się do centrum KTM… Na komunikację miejską jeszcze nie jestem gotowy.

Continue reading

11.IX.2010 – Kathmandu: lotnisko, pierwsze wrażenia, Boudha.

Tych tłumów nieco się obawiałem – czytałem o szarpaninach, agresywnych taksówkarzach i naganiaczach, generalnie atmosferze wymuszenia i stresu… Rzeczywistość okazuje się łagodniejsza, przed wejściem zaczepia mnie kilku taksówkarzy, którzy pytają gdzie jadę – mówię, że do Boudha, co oni biorą za dobrą monetę. Zaczyna się bratobójcza walka o to, z kim pojedzie Miro. Walka kończy się nader szybko – pytam ‘how much?’ –‘ twenty dollars’, odpowiada najszybszy z cabbies. To ewidentne naciągactwo, więc mowię: ‘I’ll pay you 200 hundred. Rupees. ’ Nagle zostaje sam. Wypłacam cash (zwykła Visa Electron z mBanku działa) i nadziewam się na kolejnego taksówkarza. Ten jest rozsądniejszy i chcę jedynie 500 rupii (jakieś 3x za dużo). Mówię 300 i po krótkich targach jedziemy za 300. Za bramą lotniska, zapłaciłbym ok. 200. W takich sytuacjach warto znać typową cenę przejazdu, to bardzo ułatwia negocjacje.

W trakcie targów mój taksówkarz wspomina, że w Pashputinach jest dzisiaj festiwal – święto kobiet, mówi , trzeba jechać okrężną drogą. Traktuję to jako wredną ściemę; mówię ‘we can go through Lhassa, you still get three hundred.’ Nie jest z tego zadowolony, ale i tak dostaje 50% więcej niż powinien.

Okazuje się, że festiwal faktycznie ma miejsce, na ulicach tłumy pięknych (pięknych!) kobiet, ubranych na czerwono. Nie wiem gdzie zatrzymać wzrok… Do tego mój taksówkarz jedzie tak, jakby goniły go najgorsze demony przepędzone z Himalajów przez Guru Rinpoche dwanaście wieków temu. Daje się na to złapać – kiedy na kursie kolizyjnym mamy 3 dziewczęta w czerwonych szatach, wołam …careful, careful! Gośc hamuje w ostatniej chwili, a lale nawet nie odwracają głów. Aha, myślę sobie, tu się tak jeździ. Potem mamy jeszcze kilka sytuacji poważnego zagrożenia życia, raz nawet zahaczamy o rower albo motor, na co nikt nie zwraca najmniejszej uwagi. Ja również nie (tak w każdym razie staram się wyglądać).

Ale taksówka z piekieł już nie robi wrażenia, bo zapach Kathmandu wywołuje u mnie gigantyczny flashback nigeryjski. Czuje się jak w domu – kozy, psy, gnijące odpadki, otwarte rynsztoki, kurz, warsztaty, przyprawy, temperatura i wilgotność tworzą niepowtarzalny aromat miasta w kraju rozwijającym się. Ale zapachy to dopiero początek, falą wracają obrazy Nigeryjskich straganów, handlarzy, sklepików, kramów i żebraków. Czuje się jakbym wrócił do Zarii po latach; po chwili szyja boli mnie od rozglądania się… Stres i niepokój znikają, jestem w domu.

Po drodze zaliczamy kilka korków, mój kierowca parę razy wybiega z samochodu i własnoręcznie rozwiązuje problemy. Krążymy niemiłosiernie, ale po 15 minutach docieramy na miejsce. Mieszkam w przyklasztornym guesthousie – po przekroczeniu bramy, której strzeże młody żołnierz, znika uliczny zgiełk. Ogrody, kwiaty, mnisi, spokój i całkowicie niewymuszona atmosfera. Dostaje klucz do pokoju. Mam własną łazienkę, ciepłą wodę i prąd, generalnie opływam w luksusy. Ale luksusy muszą poczekać, zrzucam plecak i ruszam na spotkanie z ulicami Kathmandu, tym razem bez samochodu.

Spacer, pomijając powracające wspomnienia, bardzo spokojny. Jestem jedynym cudzoziemcem na ulicy, ale nikt się mną nie interesuje – kilka ciekawych spojrzeń, kilka uśmiechów, ale absolutnie żadnego nagabywania. Robię parę zdjęć, ale obawiam się jeszcze fotografować ludzi, szczególnie w warsztatach, przy pracy. Nie forsuje się jednak, to pierwszy dzień, będą jeszcze okazje. Praktycznie od razu odczuwam brak szerokokątnego obiektywu, czuję, że będą pluł sobie w brodę do końca wyjazdu. W pewnej chwili zatrzymuję się na skrzyżowaniu pod drzewem Banyaan, wokół którego zbudowano  betonowy podest, na którym tłoczą się lokalsi. Siadam obok i piję wodę – obok mnie śpi jakiś gość, kawałek dalej grupka nastolatków gra w coś hazardowego. Grają na monety, więc stawki muszą być wyjątkowo niskie. Najmniejszy nominał jaki widziałem do tej pory to banknot 10-rupiowy. Siedzę więc pod Banyaanem i moje zadowolenie rośnie z każdą chwilą – nikt niczego ode mnie nie chcę, nikt nie patrzy krzywo, nikt nie chce mnie obrabować. Sprawy toczą się swoim torem, na który moja obecność nie ma najmniejszego wpływu. Chyba polubię Nepal. Po dwóch godzinach krążenia wracam do klasztoru, zjadam daal bhat i curry, po czym udaje się nadrabiać zaległości w spaniu. Budzę się kilka razy przerażony – jezusku, co ja tutaj robię, to zazwyczaj pierwsza myśl. Ale w miarę jak odzyskuję siły, psychika coraz szybciej adaptuje się do nowego-starego klimatu. Ostatecznie, późnym popołudniem wstaje zadowolony z życia i ruszam oglądać stupę Boudnath.

Jest już dosyć późno, około 1700, więc turystów praktycznie brak, za to tłumy mnichów, pielgrzymów i zwykłych ludzi, którzy po pracy wpadli zakręcić młynkiem modlitewnym, albo w inny sposób oddać cześć swoim bóstwom. Pierwsze wrażenie trochę oszałamia, więc siadam z boku, nieopodal odpoczywających policjantów i przez kwadrans przyglądam się tłumowi. Potem ruszam z falą, obchodzę kilka razy stupę, kręcę młynkami (a dobra karma się kumuluje!), w końcu wchodzę do samej stupy. Obchodzę ją kilka razy, ocieram się o flagi modlitewne, mijam modlących. Największe wrażenie robią na mnie kobiety bijące pokłony. Używają gładkiej, szerokiej deski , wysokości mniej więcej człowieka, po której ślizgają się używając dwóch szmatek trzymanych w dłoniach. Zaczyna się to od głębokiego skłonu, po którym ześlizgują się do końca deski aż do całkowitego wyprostowania ciała. Później, na modłę liszki, wracają do pozycji wyjściowej, prostują się i tak da capo al fine. Obok nich mamy tradycyjnie mantrujących, albo medytujących. W koło zapach kadzideł, łopotanie flag modlitewnych i wszechobecne psy. W stupie zostaję aż do zmroku, fotografuję, obserwuję ludzi i ośmiokątny plac, na którym stoi. Gdy zaczyna się zmierzchać robię szybkie zakupy – jedną z wielu potrzebnych map i ładną mala z kości jaka. Chcą za nią 450 rupii, ostatecznie staje na 300. Dzień kończę w jednej z restauracji  zlokalizowanych na dachach kamienic otaczających stupę (widoki absolutnie bezcenne, nawet nie próbuje opisać wrażeń i emocji) – zjadam znakomite curry z ryby, pije piwo Everest. Każdemu jego Everest!

Mam swoją mala. Może jutro wybiorę się do stupy pomedytować trochę na desce do pokłonów?

10.IX.2010 – W drodze do KTM.

Lot do Nepalu mam trzyetapowy: Warszawa – Bruksela – New Delhi – Kathmandu. Do Belgii lecę Lotem, a dalej indyjską linia Jet Airlines. Po wielu rozterkach zdecydowałem się nie kupować wizy tranzytowej do Indii, jako że – zgodnie z wieloma relacjami na forach – Jet opiekuje się pasażerami, którzy tranzytują w Delhi w drodze to Kathmandu.

Po nędznie przespanej nocy ok. 0500 rano jestem na Okęciu. Po raz pierwszy od wielu miesięcy z plecakiem i w butach trekkingowych, a nie w garniturze, udając poważnego biznesmena. To natychmiast wzbudza podejrzenia – jak ja w ogóle śmiem zbliżać się do stanowiska odpraw dla business class? Karta frequent flyer jednak czyni cuda i odprawę plus security check udaję mi się załatwić w 10 minut.

Już po drugiej stronie lustra orientuję się, że mam boarding pass jedynie na odcinek WAW – BRU, co wzbudza moje uzasadnione zaniepokojenie… Po chwili okazuje się, że systemy Lotu nie rozmawiają z systemami Jet Airlines, z którymi lecę do Delhi i boarding pass będę musiał załatwić sobie w Brukseli. Biorąc pod uwagę, że na transfer mam niecałą godzinę, a zupełnie nie znam lotniska, zaczynam się lekko niepokoić. Ostatecznie ładuję się na pokład czegoś bardzo małego i natychmiast zapadam w cen. Budzę się po jakimś czasie i z rosnącym niepokojem widzę, że wciąż stoimy na Okęciu… Jak na razie 10 minut opóźnienia. Oczyma duszy widzę się koczującego w BRU, czekając na kolejne połączenie do Delhi, podczas gdy hordy turystów całkowicie zadeptują Himalaje. Not cool. Zaraz potem startujemy. W BRU jestem 40 minut przed odlotem samolotu do Delhi. Sprintem przemierzam niekończące się korytarze, labirynty schodów i ruchowych chodników, kolejny security check i na 15 minut przed odlotem jestem przy właściwym desku. W chwile potem mam już boarding pass do Delhi i Kathmandu, a pan gejtownik zapewnia mnie, że mój plecak z całą pewnościa poleci ze mną. So far so good. Wchodzę na pokład i natychmiast znajduję się w innym świecie – sari, turbany, różne odcienie brązu, a do tego stewardessy piękne jak księżniczki. Co więcej, miejsce obok mnie jest wolne, co przy 8-godzinnej podróży ma znaczenie niebagatelne. Ani chybi dobra karma procentuje.

Startujemy, a ja w ramach oswajania się z kulturą subkontynentu oglądam Bollywódzki film sensacyjny „Khakee”. Trwa jedynie 3 godziny. Są to niezwykle ciężkie 3 godziny, podczas których stwierdzam, że robiłem słusznie unikając Bollywood do tej pory. Poza tym lot niezwykle udany, dobrze karmią. W Delhi jestem na czas – tutaj zaczyna się kolejny nieco nerwowy okres. Co prawda nie muszę spieszyć się na kolejny lot, samolot do Kathmandu odlatuje za osiem godzin, ale , jak wspominałem wcześniej, nie mam wizy tranzytowej.

Nowe lotnisko w ND robi bardzo dobre wrażenie – wielkie, puste i nieingerujące. Chwilami mam wrażenie, że pracowników jest więcej niż pasażerów. Każda toaleta ma swojego opiekuna, podobnie jak każde kilka rzędów krzeseł przy gejtach. Doprowadza to do zabawnych sytuacji – gdzieś nad ranem idę do jednej z toalet ogolić się i ogólnie doprowadzić  do stanu zbliżonego do ludzkiego. Gdy rozkładam utensylia, czuje na sobie czyjś wzrok – zerkam nieśmiało w lustro i widzę młodego Hindusa w uniformie, który stoi za mną i uważnie śledzi wszelkie moje poczynania. Staram się traktować to jako najnaturalniejszą rzecz na świecie – co nie przychodzi mi łatwo. Co więcej, mój asystent podaje mi papierowe ręczniki i za każdym razem pokazuje gdzie mam umieścić zużyte. Po pięciu minutach takich zabaw mam trochę dosyć, zwijam więc sprzęt i opuszczam łazienkę nie do końca pewien, czy mam dać jakieś pieniądze, podziękować, czy potraktować jak powietrze. Ostatecznie jedynie dziękuję.

Wracając do wizy – przemierzywszy kilometry korytarzy, docieram do strefy tranzytowej. Tutaj widzę już podekscytowane stadko trekerów, którym zawiaduje nieco zmęczony pracownik Jeta. Sprawdza mój boarding pass, dostaję przywieszkę na bagaż podręczny, zostaję przeszukany pod kątem bomb i innych narzędzi masowej zagłady i po niecałych 30 minutach, nic – poza 7 godzinami – nie dzieli mnie od lotu do KTM. Przez kolejne kilka godzin próbuje spać, co nie wychodzi najlepiej. Od kilku dni jestem pełen wyjazdowej antycypacji, co skutkuje adrenalinowym hajem, sen wydaje się kwestią nadmiarową i niepotrzebną. Jak później policzyłem, w ciągu 48h spałem ok. 8h, głównie zaliczając serie krótkich cat naps po 15-20 minut. Po 3-4 takich napsach mogłem całkiem nieźle funkcjonowac kolejne 4h. w końcu gdzieś na 2h przed odlotem udaje mi się zasnąć na nieco dłużej, całą godzinę.

Lot do Kathmandu bez niespodzianek – tutaj również nieźle karmią, mimo ze cała operacja trwa 1h 20 minut. LOT i Lufthansa powinny uczyć się od Jeta. Gdzieś na 30 minut przed lądowaniem z chmur wynurzają się Himalaje. Widok jest jedyny w swoim rodzaju, udały nam się te góry. Rozpoznaję oszczególne masywy i szkicuje w myślach swoją trasę… Mam do przejścia imponujący kawałek terenu.

Samo podejście do KTM również ciekawe – góry niższe, góry wyższe, generalnie nic nie wskazuje na to, że gdzieś w środku kryje się 2-milionowe miasto. W pewnej chwili zza gór wynurza się spora niecka, w której bez zbędnej zwłoki lądujemy.

Kwestie wizowe i security to formalność, miałem przygotowany formularz wizowy, zdjęcia, więc udaje mi się wysforować przed jakąś setkę trekkerów i po ok. 20 minutach wychodzę z terminala. Terminala, który w niczym nie przypomina tego w Delhi. Panuje przyjazna rozpierducha, z samolotu do budynku idziemy na piechotę, żołnierze i urzędnicy znudzeni do granic wytrzymałości nie zwracają na nic uwagi – generalnie zaczynam czuć się jak w domu. Biorę głębszy wdech i rzucam się w szpony tłumów czekających na zewnątrz…