10 dni bez żadnego wpisu na YK. A to dlatego, że nic ciekawego się nie dzieje – praca, słońce, plaża, motor, bazar, warzywa, owoce, gekony, morze, deszcz okazjonalny.
Tag Archives: Khanom
tajski, dalsze eksploracje kulinarne etc.
Wyjazd do Wietnamu nieco mnie odciągnął od wioskowej egzystencji i przy okazji nieco też zmęczył – HCMC jest super, ale jak każde duże azjatyckie miasto, jest hałaśliwe, chaotyczne i nieco drenujące z energii. Czas więc, żebym nadrobił zaległości, jeśli chodzi o życie na prowincji.
świątynia na wzógrzu.
Deszcze ostatnio ciągle, więc trudno planować poważniejsze eskapady. W poprzednią niedzielę monsunowy opad przetrzymał mnie 2h w prowincjonalnej świątyni. Po tych dwóch godzinach straciłem cierpliwość i wróciłem do domu w deszczu. Był to zły pomysł: mimo ślimaczego tempa, dojechałem w stanie lekkiej hipotermii i tylko cudem nie złapałem zapalenia jakiegoś poważniejszego organu. Jednak motyckle i skrajna wilgoć nie idą w parze.
weekendowe eksploracje.
Fakt posiadania pojazdu, którym można wygodnie pokonywać większe dystanse, ostatnio działa na mnie stymulująco. W maju i czerwcu jeszcze nie bardzo miałem motywację do skuterowych wypraw, natomiast w tej iteracji życia w Khanom wręcz rwę się w świat.
มะพร้าว.
มะพร้าว, czyli ma phraao, czyli kokos.
Dzisiaj, przy okazji zakupów u mojej ulubionej pani od owoców, trafiłem na stertę kokosów. Nie kupowałem ich wcześniej, bo rzadko pojawiają się na tym stoisku, a dalej, na bazar za rzekę, jeżdżę tylko po rybę – siłą rzeczy z rzadka, bo jadam w przeważającej większości rośliny.
tokaje.
Lokalna przyroda znowu w natarciu. Kilka dni temu, w środku nocy, odwiedziła mnie para dużych gekonów – tokajów. Od kilku dni słyszałem je w okolicy, z każdą nocą coraz bliżej. W końcu nabrały śmiałości i zaczęły wchodzić do środka.
plankton.
Odkryłem właśnie kolejną tajemnicę tajskich wód.
Otóż mamy właśnie w Khanom poważny przypadek bioluminescencji. W sensie: organizmów, które świecą – i to nie dlatego, że żyły blisko Fukushimy, one tak mają z przyrodzenia.
Kh.
Nie chcę już pisać o lataniu, bo mam przesyt. Ale podróż bardzo udana i pełna pozytywnych niespodzianek, choć, jak zwykle, nieco męcząca.
fru.
I tak, po raz kolejny w tym roku, wyrwałem się z faszystowskiego grajdoła na literkę “P”. Tym razem na ponad dwa miesiące. Nie ukrywam, że wyjazd z tego kraju, szczególnie teraz, gdy z polactwa wyłażą najgorsze możliwe cechy tego żenującego narodu, to jak zdjęcie ciężkiego plecaka po całym dniu zapieprzania po Himalajach. Względnie jak zrzucenie starej skóry, jeśli akurat dopadnie nas atawizm jaszczurczy.
Moje wesołe przygody (a, de facto, programowy brak przygód) na tajskiej wsi, śledzić można będzie w kolejnych odcinkach serii Okiem gekona.
nowa droga.
Boom budowlany nie omija i mojej tajskiej wioski. Do końca tego roku ma powstać nowa droga, łącząca Khanom z Sichon.
Nie ukrywam, że z jednej strony mnie to cieszy, bo będzie to niezwykle urocza trasa, biegnąca wzgórzami nad samym morzem. Z drugiej strony trochę obawiam się postępującej turystyzacji tego rejonu. Ale chyba na razie nie mam większych powodów do obaw. Do tego mam na uwadze kilka alternatywnych, praktycznie nie znanych miejsc.
Khanom – NST – BKK.
Podróż z mojej wioski do kluczowej metropolii Południowo-Wschodniej Azji przebiegła stosunkowo bezboleśnie. Jako że oddałem skucicę (chlip), na busa do Nakhon Si podwieźli mnie sąsiedzi. Bus prawie pusty, podobnie jak i w tę stronę, drogi puste, więc dotarłem na miejsce z dużym zapasem czasu.
village life goes on.
Gekony mają chyba teraz okres godowy, bo rozszalały się na dobre (albo to towarzystwo dużego brata gekona tak je ośmiela). Ganiają się po ścianach jak wariaty, skrzeczą, spadają na podłogę z charakterystycznych plaskiem… Ba, wczoraj jeden spadł mi do prosto do umywalki – najwyraźniej wystraszył się światła, które znienacka zapaliłem w łazience.
tajskie reggae.
Otóż, dokładnie w dniu mojego – tymczasowego – powrotu do EU, wystąpi w Khanom tajski artysta reggae, Job 2 Do.
wizyta w Nakhon Si.
Jako że wygasało mi pozwolenie na pobyt, wczoraj wybrałem się do immigration office w Nakhon Si Thammarat celem przedłużenia.
village life cd.
Zaczynam żałować, że nie wziąłem Fujika. Skuter jest super do wszelkich kwestii logistycznych, bliższych i dalszych eskapad, ale jednak nic nie zastąpi popołudniowego pocenia się w monsunowej duchocie przez godzinę, czy dwie, pedałując na szosówce.
village life.
Wioskowe życie powoli mnie wciąga – tym razem pozytywnie. Nie nudzę się, bo mam zajęcia zawodowe – a z drugiej strony, wszechogarniający spokój okolicy siłą rzeczy wchodzi mi do głowy.
Chillin’ in the East Indies (again).
Z tego wszystkiego zapomniałem dodać niusa o nowej eskapadzie. Już drugi tydzień siedzę w Tajlandii, jeszcze prawie miesiąc (a może dłużej?) przede mną. Klasycznie, Bangkok i Khanom.
Więcej w nowej kategorii – Okiem gekona.
visakha.
Dzisiaj Visakha Buja, zwana także vesakiem, najpoważniejsze chyba buddyjskie święto. Kraj od kilku dni w atmosferze światęcznej, wszędzie flagi, festiwale, festyny.
w poszukiwaniu głębi (ostrości).
Korzystając z pięknego światła przed zachodem słońca, wziąłem swój ulubiony obiektyw i zrobiłem kilka zdjęć w ogrodzie.
dom z kotem.
Dobra karma najwyraźniej procentuje. Dziś rano przed nadmorskim bieganiem wysłałem SMSa do jednego z okolicznych landlordów. Po bieganiu miałem już odpowiedź, a dwie godziny później oglądałem dom.
