Jetlag i problemy ze spaniem minęły mi gdzieś koło środy, więc dzisiaj udało mi się wyspać, a nawet wstać nieco wcześniej, żeby zrobić krótką sesję na siłowni przed podróżą. Zauważyłem, że organizm, nieco wymęczony fizycznie z rana, o wiele lepiej znosi tutejsze temperatury.
Tag Archives: Khanom
Khanom -> BKK.
Nieco przykro było mi wyjeżdżać z Khanom. W końcu siedziałem tu ponad dwa i pół miesiąca i, jak pisałem wcześniej, cokolwiek się zadomowiłem, a nawet nieco zintegrowałem z lokalną społecznością.
Ostatnie dni w Khanom.
Prawię dwa tygodnie bez słowa – czuję, że zaniedbuję swój dziennik.
Inna rzecz, że w Khanom (w Khanomie?) ostatnio dzieje się tak mało (i.e. jeszcze mniej niż zwykle), że rozważam wybranie się na plażę w burkini – może zostanę aresztowany jako separatystyczny islamski crossdresser. Co prawda tutaj na plaży zazwyczaj nikogo nie ma, co może pokrzyżować ten pomysłowy plan.
Duriany etc.
W Khanom, jak zwykle, wszystko toczy się swoim bardzo utartym torem. Właściwie nawet nie odczułem tych kilku dni w Vientiane – może dlatego, że i tam panuje ogólne uspokojenie.
Nakhon Si Tammarat.
Jako że lot do Bangkoku (skąd polecę do Vientiane) mam wcześnie rano, a dotarcie na lotnisko w Nakhon Si Tammarat z mojej wioski zajmuje jakieś dwie godziny, decyduję się przyjechać do Nakhon dzień wcześniej, przenocować tam i przy okazji może obejrzeć miasto.
Zdjęcia nadmorskie.
Słońce – po krótkiej przerwie, gdy zdarzały się dni wręcz chłodne (tzn. odczuwalna temperatura gdzieś między 25-30C) – nadrabia zaległości i od rana nie daje wytchnienia.
Zadomowienie.
Nieco nieoczekiwanie zacząłem wsiąkać w przyjaźnie leniwą atmosferę tajskiej prowincji – tak jak rozkładające się zwłoki stopniowo wsiąkają w grunt. Względnie tak, jak morska woda wsiąka w ciepły piasek południowotajskiej plaży.
Inwazja cyklistów.
Moja senna wieś przeżywa inwazję cyklistów. Jutro zaczyna się tutejszy długi weekend (obchody Asalha Puja, o których napiszę później, o ile nie rozleniwię się do reszty) i gmina Khanom organizuje festyn, którego częścią jest charytatywny wyścig rowerowy – NokAir Ride for Life. To zdaje się o tym wyścigu wspominał mój mechanik – a ja naiwnie spodziewałem się lokalnej Ośki Warszawa.
Miesiąc w Khanom.
Miesiąc życia na tajskiej prowincji za mną.
Po początkowym entuzjaźmie przyszło uspokojenie, potem rozleniwienie, a wręcz pogrążenie się w lekkim, bardzo wakacyjnym, maraźmie. Teraz etap oswajania marazmu i wymyślania workaroundów, a nawet szukania alternatyw.
Dużo emocji, ale w sumie było do przewidzenia, że zderzenie mózgu przyzwyczajonego do natłoku nowych wrażeń i rozmaitych impulsów z gęstym spokojem tropikalnej prowincji wywoła jakieś turbulencje. Oby z tego fermentu wyniknęła nowa jakość – dobra zmiana na przykład. ;-)
O tym wszystkim można czytać tutaj. Dokumentacja fotograficzna na razie uboga – muszę na nowo oswoić aparat, a przede wszystkim na nowo oswoić siebie z fotografowaniem ludzi.
Surat Thani i świeża wiza.
Wczoraj wizyta w Surat Thani, stolicy dystryktu, celem przedłużenia wizy. Właściwie to celem uzyskania wizy, bo to, co miałem do tej pory, to tylko 30-dniowe zwolnienie z, ehm, obowiązku wizowego.
Tajfun.
Dziś przez ponad 4 godziny bez przerwy padał deszcz – i wcale nie była to mżawka. Czegoś takiego jeszcze tu nie widziałem. Możliwe, że to efekt uboczny tajfunu, który kilka dni temu zaatakował Filipiny, bo wiał też bardzo silny wiatr.
Tajska wieś spokojna i wesoła skutecznie mnie zresetowała, aż się nie poznaję. Ale dosyć tego gnuśnienia, w najbliższych dniach czeka mnie wyjazd do Surat Thani, żeby przedłużyć wizę, a na weekend lecę do Bangkoku. Pójdę do kina, wypiję prawdziwą kawę i otrę się nieco o cywilizację.
Lokalne kiszonki i zakupy po tajsku.
Na stoisku warzywnym, które odwiedzam praktycznie codziennie, kupiłem dziś lokalne kiszonki. Na razie tylko dwa rodzaje: bambus (mai phai) i jakaś odmiana kapusty (pak got), możliwe, że kapusta chińska – bok choy.
Krótka historia jednego haka, czyli bike utracony (i odzyskany).
Lo and behold! Świat wraca do ekwilibrium. Po ponad dwóch tygodniach od urwania haka od tylnej przerzutki Fudżik wraca na tajskie szosy. W ramach przeciwwagi Wielka Brytania opuszcza UE.
Uspokojenie.
No dobrze, it’s official. Rozleniwia mnie to miejsce – ledwie trzy tygodnie, a tempo życia spadło mi o jakieś 2/3.
Zazen, książka, plaża, rower, trochę gotowania, wizyta na targu, ptaki, cykady… Najbardziej emocjonujące zdarzenie ostatnich dni to wizyta dwóch rudych kotów, które zaskoczyły mnie na werandzie późną nocą. Nawet nie chce mi się uprawiać zwyczajowej podróżnej grafomanii.
W sumie, po pierwszym szoku, jest to miłe uczucie, ale czasem jeszcze mózg budzi się i spanikowany rozgląda za zwyczajowym natłokiem impulsów.
ॐ.
Zdjęcia z Wat Krabang Nga.
Dodałem galerię z kilkoma zdjęciami ze świątyni Wat Krabang Nga:
→ http://yakkharka.net/2016-06-28-tajlandia-khanom-wat-krabang-nga
Uprzejmy mnich wpuścił mnie do głównej świątyni w nowym kompleksie. W środku wielki złoty Budda i sporo poduszek do medytacji. Chyba wybiorę się tam na zazen – nie pogonią mnie przecież?
Deszcze i jackfruity.
Monsun dziś od rana szczerzył zęby, ale przez dobre 10 godzin nic z tego nie wynikało. Owady zrobiły się drażliwe, niektórzy ludzie też (w każdym razie ja zdecydowanie tak), świat niby zamarł w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Było lepko, duszno i z lekka opresyjnie. Wczesnym popołudniem nawet spadł krótki, niewydarzony deszcz, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Tom yum.
Nie od dziś wiadomo, że bloger in general, a w szczególności bloger kulinarny, zaraz po trenerze rozwoju osobistego i blogerze lajfstajlowym, to najniższe formy egzystencji w znanym uniwersum (w pozostałych również).
Wieczory.
Zmrok o tej porze roku zapada tu wcześnie, około 1900. I wtedy zaczyna się najlepsza pora dnia, czas kiedy moźna z książką i czymś zimnym do picia na wiele godzin rozbić obóz na werandzie – tej otwartej na dżunglę. Wbrew pozorom nie jest to traumatyczna walka z moskitami: długie spodnie i rękaw plus wysmarowanie się Muggą elimnują problem insektów. Coś musi też być na rzeczy w lokalizacji albo porze roku – komary tutaj są o wiele mniej natarczywe niż choćby mazurskie w lecie. A może jakiś czas temu rejon został gruntownie opryskany DDT, w ten przyjazny sposœb eliminując życie owadzie.
Dom – kilka zdjęć.
Dziś podczas zazen towarzyszył mi deszcz. Było to doznanie na tyle przyjemne i stymulujące, że post factum zebrałem się nawet do zrobienia kilku zdjęć domowi. Na razie tylko kilku – stopniowo będę tę galerię rozszerzał.
Continue reading
Jambay.
Nie wiem, czy serial Death in Paradise jest powszechnie znany, ale jedna z lokalnych knajp – Jambay – jest jakby żywcem wyjęta z karaibskich klimatów. Z lekka obskurny, drewniany bar na samej plaży, obwieszony muszlami, hamakami i rozmaitymi rybackimi parafernaliami.
