Tag Archives: Khanom

Rowerowych przygód ciąg dalszy.

Świt w przypromowej garkuchni ma w sobie coś z lekka mistycznego. Trwająca od wielu godzin cisza nagle zostaje przerwana – brutalnie i na wszystkich moźliwych frontach. Pierwsze budzą się do życia ptaki, które zaczynają dziki, grupowy jazgot. Chwilę potem zaczynają pomrukiwać ciężarówki, ustawione w długiej kolejce na prom. Niektórzy kierowcy zbyt opieszale budzą się do życia, więc wzdłuż węża samochodów zaczyna jeździć skuter, najwyraźniej prowadzony przez osobnika z zaawansowanym adhd, nie dość bowiem, że gna na złamanie karku, to jeszcze trąbi niemiłosiernie głośno, wprawiając w zakłopotanie nawet rozkwilone ptaki, które chyba nieco milkną. A może to po prostu kontrast do narastającego basowego pomruku silników.

Continue reading

Psy i rowery.

Jpeg

Jpeg

Nic ciekawego się nie wydarzyło. Podczas inwestygowania okolic pod kątem nadających się zamieszkania domów, dopadła mnie monsunowa ulewa. Schroniłem się na opustoszałym dzisiaj bazarze (dzień bazarowy wypada w środy). Żeby nie było mi smutno, dołączył do mnie rudawy pies.

Aha, i nauczyłem się kluczowego słowa po tajsku – Mạngs̄wirạti (มังสวิรัติ), czyli wegetariański. Znam więc już w sumie jakies 10 słów po tajsku. W tym tempie do końca roku będę w stanie kupic owoce na targu bez uciekania się do angielszczyzny, czy języka migowego.

Niespodziewanie odzyskana lewostronność.

Dziś rano, po krótkiej sesji pływackiej (doprawdy, mam tu wprost idealne warunki do treningów triathlonowych), wziąłem szosówkę i ruszyłem na krótki, kilkudziesięciokilumetrowy objazd najbliższej okolicy. Początkowo nawet pamiętałem o tym, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, ale po serii podjazdów w upale gdzieś mi to ukmnęło i do domu wracałem pod prąd.

Continue reading

Preludium.

Wstyd się przyznać, ale w ostatniej podróży – nie licząc wyjazdów służbowych – byłem prawie dwa lata temu. Po bardzo udanej eskapadzie bangladesko-tajskiej jesienią 2014, planowałem kolejny wyjazd na wiosnę 2015, ale mimo wielu pomysłów, które nawet kiełkowały w karłowate plany, nie poczułem wyjazdowego imperatywu.

Continue reading