Rok się skończył, czas na małe podsumowanie…
Przede wszystkim – biorąc poprawkę na całe pandemiczne zamieszanie i nieco w związku z tym przesuwając skalę szeroko pojętego zadowolenia z życia, oczekiwań i tak dalej – najlepszy rok ever. Ale po kolei.
Rok się skończył, czas na małe podsumowanie…
Przede wszystkim – biorąc poprawkę na całe pandemiczne zamieszanie i nieco w związku z tym przesuwając skalę szeroko pojętego zadowolenia z życia, oczekiwań i tak dalej – najlepszy rok ever. Ale po kolei.
Mojego rozleniwienie blogowe, fotograficzne i filmowe wchodzi na nowe, nieznane poziomy. A szkoda, bo masa fajnych rzeczy się dzieje. Poniżej krótki update dla potomności… Za dziesięć lat będę czytał te notatki i złościł się, że nie pisałem tyle, co dziesięć lat temu w Nepalu.
Trudno w to uwierzyć, ale kilka dni temu minął mi rok w Azji. Dzięki zarazie praktycznie bez przerw, jeśli nie liczyć krótkiej wycieczki do UK na warsztaty pracowe pod koniec stycznia. I wszystko wskazuje na to, że zostanę tu co najmniej kolejne pół roku, najpewniej dłużej.
Będzie z tego nowa kategoria i wiele miesięcy relacji (z całą pewnością codziennych), ale tak w ramach wzmianki niezobowiązująco wspomnę, że przenoszę do Luang Prabang, starej i niezwykle wyrafinowanej stolicy Laosu.
Niedawno zacząłem 3 miesiąc w Laosie i zasadniczo całkiem mi tu dobrze. O swoich lokalnych doświadczeniach od czasu do czasu piszę tutaj.
Zmieniłem też sposób prezentacji galerii na mozaikę. Myślę, że jest to bardziej estetyczne i praktyczniejsze od klasycznych thumbnaili.
Poza tym miałem impuls i zrobiłem galerię z nadmorskich eskapad w Tajlandii w 2018 roku. Nie ma tego dużo, bo nie chciało mi się wtedy robić zdjęć (niewiele się zmieniło TBH).
Aha, i YK działa już na SSLu. Przez ostatnie lata byliśmy małym dinozaurem, jeśli chodzi o security, ale czas uwstecznienia mamy za sobą.
Dodałem nową sekcję do YK – media. Będą tam filmy (właściwie część już jest, ale muszę jeszcze popracować nad formatowaniem, bo się rozjeżdża – tak to jest, jak się używa gotowego rozwiązania, zamiast samemu usiąść i zakodować), dźwięki i tłumaczenia (tekstów buddyjskich). Tabela z tłumaczeniami już jest, część tekstów już gotowa, inna po redakcji i czeka na lektora. Jako że za jakiś czas planuję formalne studia buddyjskie, takie małe wprawki to dobra rozgrzewka.
No prawie, ale zasadniczo tak.
We wrześniu 2010 po raz pierwszy pojechałem na dłuższą wyprawę do Azji – od razu na 3 miesięczny trekking w Himalaje Nepalu. I od tamtej pory, niemalże rok w rok (pomijając 2015, gdy wiosną szalałem na skiturach w Tatrach, a jesienią mieszkałem kilka miesięcy w Szwajcarii) jestem przez kilka miesięcy w podróży po Azji.
Znowu jakieś patriotyczne wzbudzenie w moim mieście. Naród z hardymi twarzami i powstańczymi opaskami niesie flagi (i flaszki) na Degola by coś tam celebrować krzykliwie.
Osobiście mam inny pomysł: zlikwidować Polskę. Anulować flagę, godło sprzedać Macedonii, wszystko zaorać i zacząć od nowa. Najlepiej beze mnie.
I znowu jestem w Szwajcarii, tym razem w Bazylei. Co prawda większość czasu spędzam zamknięty w korporacyjnych kazamatach, więc nie bardzo mam kiedy oglądać miasto.
Powiedzmy to wprost: moje plany na transformację YK w dziennik niezwykle personalny, głęboki, emocjonalnie ekshibicjonistyczny, autopsychoanalityczny, a może nawet dekonstruktywistyczny na płaszczyźnie osobowościowej, nie powiodły się. I całe szczęście.
Od 1 czerwca zamykam YK dla szerokiej publiczności.
Mam ochotę zacząć pisać bardziej osobisty dziennik, a to, co zgromadziłem tu do tej pory będzie się z nowym contentem przeplatać. Zamiast więc zaczynać coś od nowa, będę kontynuował tutaj, ale dla bardzo wąskiego grona.
Przy okazji różnych youtube’owych eksploracji trafiłem na coś uroczego i ciekawego:
Jak już mi się znudzą Indochiny, to pomyślę o czymś takim. Tylko nie w UK.
Gdyby ktoś zastanawiał się kiedyś skąd biorą się palmy kokosowe, to wyjaśniam: one wyrastają z orzechów kokosowych. Poniżej kilka zdjęć poglądowych.
Wkrótce minie rok od moich praktyk w klasztorze w Kathmandu… Nie ukrywam, że często wracam do tego okresu, bo w sumie było to fascynujące doświadczenie. Szczególnie, jeśli pominąć zimno, kurz, smog i ogólną trzecioświatową rozpierduchę KTM.
I tak, czytałem ostatnio fragmenty “Introduction to Tibetan Buddhism” Johna Powersa, gdzie rzuciła mi się w oczy poniższa opowieść.
A w temacie minimalistycznego reportażu w stylu Midiego Z, oto co znalazłem w internetach:
→ The Most Extreme Railway in the World
Dokładnie ten typ przekazu reportażowego, który do mnie trafia.
Pierwszy miesiąc w hadesie niemal za mną. Zimno, pochmurnie, mokro, a do tego polactwo wszędzie. Jeszcze niecałe pięć tygodni i znów, bez większego żalu, zostawię rz-plitą buracką, tym razem na cały kwartał.
Wrócę akurat na wiosnę, czyli najgorsza część roku mnie ominie.
Hallelujah! Wychodzi na to, że mój pobyt w faszystowskiej rzplitej burackiej będzie krótkotrwały, tymczasowy i niezobowiązująco przelotny (bless Buddha). Już za 3 tygodnie wracam do Indochin, by tam kontynuować ciężki żywot cyfrowego nomady. W międzyczasie muszę jeszcze wpaść do Szwajcarii… Doprawdy, tak trudno dzisiaj zapuścić korzenie.