Tag Archives: Nepal

22-24.X.2011 – Kathmandu.

Z lotniska odbierają mnie ludzie Tima (a właściwie ludzie lokalnego agenta, z którym Tim współpracuje przy organizacji wypraw), odpadają więc dzikie targi z taksówkarzami. Nie ukrywam, trochę żałuje. Kierunek Boudha, mówię, co wzbudza szczere rozczarowanie. Chłopaki najpewniej mieli już dla mnie hotel i liczyli na procent od profitów, jaki ten hotel uzyskałby z mojej skromnej osoby. Wiozą mnie jednak na miejsce. Zatrzymuję się tam, gdzie roku temu, w uroczym guesthousie ze sporym ogrodem, na terenie dużego klasztoru. Wokół pełno mnichów. W tle słychać mantry, gongi, dęcie w trąby i dzwonienie dzwonków. Pachnie kadzidłami i palonym zielem Losar. Urocze tło, jedyny negatywny aspekt to dzwonnik budzący mnichów na lokalny odpowiednik jutrzni. O świcie wali metalowym prętem w jakąś szynę, budząc nawet umarłych z okolicznych cmentarzy.

Pierwsze wrażenia z Kathmandu raczej chłodne. Cieszę się, że tu wróciłem, ale eksplozji entuzjazmu zapamiętanej z zeszłego roku nie ma. W sumie nie powinienem się dziwić, spędziłem w Nepalu ponad 3 miesiące, ąadne to dla mnie novum, wiem gdzie i czego szukać, co i jak załatwić. Zupełnie nie mam też ochoty na zwiedzanie, a do wyciągnięcia aparatu z plecaka muszę się niemalże zmuszać – to sprawdzona recepta na nieudane zdjęcia. Podejrzewam więc, że z tego wyjazdu rozległej dokumentacji fotograficznej nie przywiozę – może w górach będę miał większa motywacje.

Zaraz po przylocie załatwiam jeszcze kilka drobnych spraw, idę na obiad do ulubionej przyklasztornej garkuchni, po czym gdzieś ok. 1700 świat zaczyna zamykać się wokół mnie jak bańka. Czuję, że czas nadrobić braki w śnie.

Kolejne dwa dni (22-23.X) poświęcam na załatwianie spraw okołowyprawowych – łapię minibusy albo milrobusy do centrum, przedłużam wizę, dokupuję brakujące wyposażenie, między innymi podróbki plastikowych butelek Nalgene, które tanie są tutaj jak barszcz i na pierwszy rzut oka niczym nie różnią się od oryginału. Można podejrzeważ, że robione są z toksycznego chińskiego plastiku i za kilka lat światowa populacja trekkerow i wspinaczy gwałtownie się skurczy. Odwiedzam też wspomnianego już wcześniej agenta wyprawy (Ishwariego), któremu zostawiam torbę ze sprzętem wspinaczkowym oraz zdjęcia i dokumenty potrzebne do wyrobienia legitymacji TIMS (Trekker’s Information Management System – wielka, biurokratyczna ściema, ktora pozwala kasować trekkerow na ok. 20 USD) i biletu do parku narodowego Sagarmatha.

W poniedziałek (24.X), próbuję pozwiedzać, ale zupełnie nie mam do tego glowy. Może wyczerpałem swoje limity na miejską turystykę na ten rok, może mam przesyt lokalnych zabytków jeszcze po ostatniej wizycie. Ruszam do Swayambhu, odwiedzić znajome małpy, ale ostatecznie zbaczam z drogi, błądzę i wychodzę na Durbar Square. Tu mnie jeszcze nie było, więc kręcę się nieco po okolicy – myślę, że Durbar Square w Bhaktapurze o wiele ładniejszy, przede wszystkim przestronniejszy.

Probuję też kupić bilet do Jiri, ale jako że sezon festiwalowy w pełni, panowie sprzedają bilety jedynie z dnia na dzień. Pytam dlaczego – młody chlopak, stojący w kolejce do okienka tlumaczy “maybe they forget”. Wygląda na to, że system nie jest wystarczająco elastyczny do tego, żeby sprzedawac bilety z wyprzedzeniem, i panowie robią sobie notatki na boku. A przy natloku podróżnych taka notatka łatwo moze zaginąć! Do tego okazuje się, że jeśli chcę pojechać, to bilet musze kupić wcześnie rano (ok. 0600), co oznacza, że czekają mnie dwie poranne wyprawy na Ratna Park – jedna po bilet, a druga przed faktyczną podróżą.

W ramach poszukiwania inspiracji odwiedzam znajomego dilera tybetańskich akcesoriow rytualnych. Wygląda na to, że pamięta mnie z zeszłego roku, więc od razu zaprasza mnie na zaplecze i pokazuje rozmaite cuda. Rozwazam piękne, ręcznie pisane księgi modlitewne. Jedna z nich ponoć pisana ludzką krwią- co wydaję mi się nieco nieprawdopodobne, bo tusz jest za bardzo czerwony. Myślę, że po latach powinien ściemnieć – a księga wygląda na mocno wiekową. Na żadną z ksiąg nie mogę się zdecydować, więc postanawiam wrócić po nie innym razem. Ostatecznie kupuję miskę z czaszki jaka (z takiej misy kapłanka, dahini, pije /pijała/ krew i inne płyny podczas tanrycznych rytuałów), obitą srebrną blachą konchę i duża, ale nieco toporną phurbę z kości jaka. To już czwarta w kolekcji, mam sporą słabość do phurb.

20-21.X.2011 – Z Warszawy do Kathmandu.

Pomysł, by wejść na Ama Dablam pojawił się podczas zeszłorocznego trekkingu w Himalajach. Najpewniej pojawił się gdzieś po drodze do Gokyo, godzinę, może dwie, za Namche, kiedy pierwszy raz miałem okazję stanąć twarzą w twarz z tym szczytem. Początkowo był zachwyt i dużo zdjęć, bo szczyt jest wybitny i z cala pewnością jeden z piękniejszych na świecie, a potem nadzieja, że rzecz sprawa jest w zasięgu moich skromnych możliwości wspinaczkowych i finansowych.

Po powrocie do Kathmandu okazalo sie, ze rzecz jest do zrobienia, wypraw komercyjnych jest sporo, wiec wystarczy wybrac jedna, ponegocjowac cene i mozna ruszac. Tak tez sie stalo, dwa tygodnie po powrocie do polski, bylem juz zapisany na wyprawe z Timem Mosdale’m, Brytyjczykiem, ktory regularnie organizuje wejscia na AD. Poniewaz nie bylem zainteresowany wspolnym trekiem, zwiedzaniem Kathmandu i innymi dodatkami, udalo mi sie wynegocjowac ok. 30% znizki. Umowa byla taka, ze spotykamy sie w Pangboche na dzien przed wyjsciem do Ama Dablam Base Camp. Tim zgodzil sie tez, zebym zostawil mu z Kathmandu depozyt, ktory poleci z nim do Lukli, a nastepnie na grzbiecie jaka pojedzie do base campu. Dzieki temu przed wspinaczka moglem sobie pozwolic na krotki trek ze stosunkowo lekkim plecakiem. Trase, ktora planowalem przejsc (Jiri – Lukla) znalem juz z poprzedniego roku, ale tym razem planowalem przejsc ja nieco inaczej, zahaczajac o czterotysiecznik Pikey Peak, sciezke z TokTok do Thame przez Khongde i, byc moze, swiete jezioro Hindusow – Dudh Kunda.

Okres od decyzji o wyjezdzie do samego wyjazdu byl dosyc intensywny. Od poczatku stycznia do polowy czerwca projekt w Wilnie, ktory wymagal latania na Litwe w kazdy poniedzialek i powrotu do Warszawy w kazdy piatek, w marcu krotki wyjazd do Syrii w przeddzien lokalnego wydania Arabskiej Wiosny, potem dwa tygodnie szkolenia w Alpach na poczatku maja, dalej ciezki, 3-miesieczny mezocykl przygotowujacy do startu w pierwszym triathlonie 1/2 Ironman (nieudanego zreszta) plus kilka krotkich wycieczek w Tatry, Bieszczady i na zawody biegowe

Rownolegle kompletowalem sprzet. Swoje dotychczasowe przygody ze wspinaniem zimowym uskutecznialem na pozyczonym, wiec lista zakupow byla dluga. Skorupy, raki, czekany, masa drobnego szpeju w rodzaju jumarow, srub lodowych, przyrzadow autoratowniczych, dodatkowych karabinkow i tak dalej. W ferworze zakupow nie nalezalo zapomniec o nowej czolowce, nowej uprzezy, nowym kasku i calej masie rozmaitych upgrade’ow. Zreszta czesciowo zasluzonych, bo na przyklad stara uprzaz miala niedlugo obchodzic pietnaste urodziny. Do tego doszla puchowa kurtka od Malachowskiego (dzielo sztuki krawieckiej, ktorego nie zdejmowalem z siebie przez dwa wieczory po zakupie), łapawice tegoż, najgrubsze mozliwe skarpety Smartwoola i tak dalej.
Zawsze czulem sie nieco niedosprzetowiony wspinaczkowo – po tych kilku miesiacach to uczucie zdecydowanie sie zmniejszylo.

Kiedy pojawilem sie na lotnisku przed wylotem, mialem lekkie obawy – cala masa przygotowan, miesiace oczekiwania, szkoda, zeby wszystko to zostalo zaprzepaszczone przez jakas glupote. Moja podstawowa obawa byl brak wizy tranzytowej do Indii, o ktorej przypomnialem sobie zbyt pozno, zeby zalatwic ja przed wylotem. W wiekszosci przypadkow przelot z Europy do Nepalu przez Delhi takiej wizy nie wymaga, przedstawiciele linii Jet przeprowadzaja pasazerow przez strefe tranzytowa, troszcza sie o bagaz i karty pokladowe. Czytalem jednak o przypadkach, kiedy to z jakiegos powodu nie zadzialalo (mozliwe tez, ze te przypadki byly wyssane z palca).

Przy check-in’ie moje najgorsze obawy sie potwierdzaja. Pani pyta o wize do Indii, ja mowie, ze nie trzeba, na co wezwana zostaje specjalistka od wiz i zaczyna sie dyskusja. Na szczescie krotka, bo panie nie zrozumialy, ze lece do Nepalu. Kiedy to zostaje wyjasnione, nic nie stoi na przeszkodzie, zebym ruszyl w droge. Moj bagaz zostaje nadany od razu do Kathmandu, co zmniejsza prawdopodobienstwo jego zgubienia w DEL. Nikt nie ma tez nic przeciwko mojemu bagazowi podrecznemu – wypakowanemu po brzegi 55l plecakowi.

Szybko przechodze przez security i mam czas na chwile relaksu w business lounge – czeste loty na zagraniczne projekty zrobily ze mnie Frequent Flyera, wiec na lotniskach jestem traktowany nieco lepiej. Chwila mija i niedlugo potem szczesliwie laduje w MUC, gdzie bede przesiadal sie na samolot do DEL. Przy transfer desku kolejne spiecie, pani bardzo podejrzliwie patrzy na moj plecak (wiedzialem, wiedzialem!). Sposobem rycerzy Jedi przekonuje ja, ze ten plecak jest tak naprawde bardzo maly, a zly dobor kolorow powoduje, ze wydaje sie znacznie (Znacznie) wiekszy.

Na bramce pojawiam sie wiec pelen obaw. Niby plecakowi nie zaszkodzi jazda w luku, ale musialbym wyciagac z niego cala mase rzeczy, ktore wymagaja specjalnego traktowania. Jako frequent flyer loguje sie przez bramke dla BC/FC. Jakiez jest moje zdumienie, kiedy urocza stewardessa zabiera mi moja karte pokladowa, podaje jakis swistek i mowi “you have been upgraded to business class on this flight”. Wyglada na to, ze byl overbooking w Economy, wiec czesc pasazerow zostala przeniesiona do Businessu, gdzie byly jeszcze wolna miejsca. Na plecak nikt nie zwraca uwagi.

Do DEL lece wiec w luksusach, zamiast fotela kanapa, kolacja z trzech dan i duze ilosci alkoholu. Z tych ostatnich nie korzystam, wole byc w DEL przytomny. Ladowanie bez problemow, podobnie przejscie przez strefe transferowa, jedynie pol godziny czekania na karte pokladowa do KTM. Potem zostaje juz tylko oczekiwanie na samolot do KTM, ktory startuje i laduje o czasie.

Na jakies dwa tygodnie przed wyjazdem cos mnie tknelo i postawilem na biurku niewielka rzezbe Ganesha, Hinduskiego boga o glowie slonia, patrona podroznikow (i calej masy innych rzeczy). Biorac pod uwage mile niespodzianki podczas podrozy, Ganesh zdecydowanie czuwa!

7.XI.2010 – Namche-Lukla.

Droga do Lukli kolejnego dnia bez niespodzianek – tłumy trekkerów i porterów, karawany jaków plus festiwalowe ekscesy w mijanych miejscowościach. Stawiam sobie ambitny cel – dotrzeć na miejsce w 3, maksymalnie 3.5h netto (nie licząc odpoczynków). Docieram w 3h50m, z czego ok. 10 minut straciłem przepuszczając jaki przez wąskie wiszące mosty i utykając w karawanach.

Continue reading

6.XI.2010 – Thame-Namche.

Zgodnie z wcześniejszymi planami, wyruszam z Thame mało uczęszczaną drogą przez Kongde, co pozwoli mi szerokim łukiem ominąć Namche. Nie biorę jednak pod uwagę faktu, że od Thame do Kongde nie ma nawet jednej ludzkiej osady, jako że życie koncentruje się na uczęszczanym szlaku do Namche. Do tego jestem zmęczony po prawie dwóch tygodniach ciągłej walki, a resztki szturmżarcia zjadłem podczas wczorajszej eskapady pod Tesi Lapcha La. Nie przychodzi mi też do głowy zaopatrzyć się choćby w pół pieroga u miłych gospodarzy w Thame.

Continue reading

3.XI.2010 – Gokyo-Thame.

Ze względu na mróz śpię w czapce i z głową owiniętą śpiworem. W tym kokonie nie słyszę budzika i wstaję ponad godzinę po czasie. A wszak dzisiaj czeka mnie poważne wyzwanie, przełęcz Renjo La (5360 m n. p. m.), co z ponad 20kg plecakiem nie będzie czystą przyjemnością. Aby życie nie było za łatwe nie biorę tez rano Diamoxu, w końcu zejdę dzisiaj na 4300 metrów, a zaaklimatyzowany powinienem być do ok. 4800. Poza tym stwierdziłem, że tak jak Diamox pomaga mi spać, tak niespecjalnie wpływa na lepszą wydajność w ciągu dnia.

Początkowo planuję dotrzeć do Lungden albo Marulung i kolejnego dnia do Thame, ale na przełęcz docieram wyjątkowo szybko (ok. 2.5h w stosunku do 4h wspomnianych w przewodniku) i w głowie zaczyna mi się kluć plan nieco bardziej ambitny niż pierwotnie.

Robię kilka zdjęć, bardzo stąd dobrze widać Everest, po czym ruszam w dół. Mam po drodze minąć 3 jeziora, ale po minięciu drugiego dostrzegam na dole, w dolinie, kilka budynków. Kompas wskazuje, że to właściwa dolina, tylko nieco bardziej na północ niż Lungden i Marulung. Do ta tego dolina na północ od Lungden jest zamknięta dla trekerów – bardziej mnie motywować nie trzeba, bez zbędnej zwłoki ruszam na dół.

Trafiam do osady Arya. Nie ma jej na mojej mapie, ale ma dwa spore lodge. Miejsce pięknie położone, ma wysokim progu bardzo urokliwej doliny Bhotekochi. Rzeka, która nadaje nazwę dolinie również budzi szacunek – dzika, porywista, płynie w głębokim kanionie wyżłobionym w żwirach i piaskach.

Zatrzymuję się na dal bhaat i rozważam postój na dłużej, ale lokalni Sherpowie coś mi nie pasują. Mają jakiś problem ze mną, a ja z nimi. Może obawiają się kary, za przenocowanie turysty w zamkniętym rejonie? A może to przemytnicy, w końcu do granicy z Tybetem jest stąd kilka kroków. A może od złej rakshi postrzeganie świata im wyewoluowało z nieodpowiednią stronę…

Wzmocniony db energicznie ruszam w dół, licząc jednak na noc w Thame. Nawet nie wiem, kiedy mijam Lungden, potem Marulung, po czym w tym pędzie przechodzę przez jeden z mostów na niewłaściwą stronę rzeki. Niespecjalnie mam ochotę zawracać, szczególnie, że dzień powoli się kończy, więc idę dalej wzdłuż brzegu, szukając brodu albo kolejnego mostu. Robię nawet próbę przekroczenia rzeki, ale prąd jest niezwykle silny, porwałby mnie (łącznie z plecakiem) jak patyk z gry w himalajskie misie patysie.

Zrezygnowany decyduję się wracać do mostu. Wychodzę na wysoki brzeg i kilkaset metrów dalej widzę charakterystyczne niebieskie dachy szerpańskiej osady. Ostatnia deska ratunku, pójdę tam pytać o inny most, bród albo po prostu nocleg. Dochodzę do osady i moje problemy się kończą – mają tu most. De facto miniaturowy mostek, ale metalowy, zawieszony na betonowych pylonach, zdecydowanie na lata. Ucinam jeszcze krótką pogawędkę ze spotkaną Sherpani, która nie może uwierzyć, że jednego dnia przyszedłem aż z Gokyo (Sherpowie w ogóle mają tendencję do niedoceniania turystów z zachodu), po czym przechodzę przez most. Sherpani pokazała mi również skrót, dzięki któremu unikam ok. 50m metrów podejścia, co na tym etapie dnia jest znaczące. Masa dobrej karmy dla tej kobiety!

Niedługo później jestem w Thame. Ze wzgórza nad osadą wybieram sobie lodge, po czym spadam nań z wysokości jak wygłodniały jastrząb. Buddowie niechybnie mają mnie w swojej opiece – w łazience ciepła woda. Za darmo. Co prawda tylko w umywalce, co mi jednak specjalnie nie przeszkadza. Jedzenie też niezłe. W common roomie jestem jedynym samotnikiem, poza mną stado Francuzów plus porterzy i przewodnicy. Olewam ich skrupulatnie, choć nie agresywnie. Po serii ciekawych spojrzeń rewanżują się tym samym. I bohu spasit. Komunikacja niewerbalna ma wielką przyszłość.

W Thame zostanę kolejne dwa dni: chcę wejść na okoliczny szczyt – Sunder Peak (5368 m. npm) i spróbować podejścia pod przełęcz Tesi Lapcha (5755 m. npm). Pierwsza opcja jest dosyć prosta, szczyt jest praktycznie nad Thame. Druga nieco trudniejsza, do przełęczy jest kawałek drogi, plus wysokość jest o wiele większa.

1.XI.2010 – Gokyo.

Nie dzieje się wiele. Wyruszam późno z zamiarem dotarcia do szóstego jeziora w dolinie. Początkowo tempo mam niezłe, ale potem spotykam lewicującego Amerykanina ze Seattle i zaczynamy rozmawiać. Ma bardzo rozsądne poglądy (jak na Amerykanina) i mało irytujący akcent. Tempo spada mi radykalnie, jako że mój nowy towarzysz nie należy do najbardziej wysportowanych.

Continue reading

31.X.2010 – Cho La i z powrotem

Kończy się październik, do końca himalajskiego spaceru zostało niewiele ponad miesiąc… Żeby to odpowiednio podsumować, na dzisiaj zaplanowałem wejście na przełęcz Cho La (5420), która łączy okolice Everestu z Gokyo. Większość książkowych przewodników rozbija przez tą przełęcz na dwa dni, podobnie jak harmonogramy różnych agencji trekkingowych. Mój plan – dojść tam w jeden dzień i wrócić przed zmrokiem.

Continue reading

29-30.X.2010 – Machhermo-Gokyo-Gokyo Ri

Droga do Gokyo dosyć zatłoczona, ale prosta i lekka, do tego niezwykle satysfakcjonująca pod względem estetycznym: spory lodowiec, wysokie górskie jeziora i masy absolutnie urzekających szczytów. Mimo rozpraszaczy, na miejscu jestem po 2.5h, łącznie z odpoczynkami i przerwami na zdjęcia. Znajduję akceptowalny lodge nad samym jeziorem, gdzie okazuje się, że będę dzielił pokój z innym trekkerem, jako że jedynki nie są opłacalne w utrzymaniu. Współlokator okaże się bardzo miłym Hindusem, zupełnie nie przygotowanym do wypraw w wysokie góry.

Continue reading

28.X.2010 – Dole-Machhermo.

Dole położone jest na wysokości jedynie 4100 m., dlatego zaskoczony jestem, gdy budzę się z lekkim bólem głowy. Wszak aklimatyzacja spod Makalu powinna jeszcze działać – z drugiej strony, porządna aklimatyzacja na daną wysokość wymaga nawet kilku tygodni, więc te parę dni, które spędziłem pod Makalu mogło mieć wpływ marginalny. Przez chwilę kusi mnie, żeby ten ból głowy położyć na karb silnego wiatru wczoraj, ale w przypadku choroby wysokościowej, takie kombinacje mogą mieć skutek opłakany. Dobrą zasadą jest przyjąć, że jeśli coś jest nie tak, to jest wina wysokości. I podchodzić wolniej, albo zostać na kolejną noc na tej samej wysokości.

Continue reading

27.X.2010 – Namche-Dole.

Namche opuszczam bez specjalnego żalu. Początkowo planuję możliwie szybko przebić się do skrzyżowania szlaków Gokyo/EBC, ale po wyjściu stu kilkudziesięciu metrów ponad Namche wiem już, że nic z tego. Widoki są urzekające – Ama Dablam, Thamserku i Kangtega, Cholatse i Tabuche. Wyciągam aparat i co kilkanaście minut robię przerwę na zdjęcia.

Continue reading

19.X.2010 – Hile-Kathmandu.

Około czwartej na ranem budzą mnie sąsiedzi, tłumnie opuszczający lodge – mam nadzieję, że nie spieszą na jedyny autobus do Kathmandu. Wstaje i idę się rozejrzeć po mieście, ale miasto śpi jeszcze. Od sprzedawcy w jednym z kiosków udaję mi się dowiedzieć, że autobus do KTM rusza o 1100, wracam więc do łóżka.

Wstaję nieco zregenerowany i ruszam na poszukiwania kasy biletowej. Trochę błądzenia i trafiam we właściwe miejsce – autobus rusza o 1200, jedzie 14 godzin (spodziewałem się 18, więc uznaję, że to chwyt marketingowy, jak się później okaże, nie myliłem się).

Po śniadaniu mam sporo czasu na prysznic, golenie się i wędrówki po mieście – próbuje kupić jakaś gazetę, albo, lepiej jeszcze, książkę na podróż. Niestety, poza Kathmandu instytucja księgarni jest praktycznie nie znana, gazet też nie widuję.

Nieco przed południem znajduję swój autobus, oddaję plecak do schowka i siadam na swoim miejscu – ostatni rząd, miejsce nr. 17. Obok mnie z jednej strony czteroosobowa rodzina na dwóch miejscach, z drugiej dwóch sympatycznych studentów, z którymi chwilę rozmawiam. W rzędzie przede mną dwa wolne miejsca. Przesiadam się więc, zakładając, że to tylko tymczasowo… Na kolejnym przystanku okazuje się jednak, że na moje miejsce zostały sprzedane dwa bilety. Zostaję tam, gdzie jestem. Wygryzłem jakiegoś biednego Nepalczyka, ale nie wyobrażam sobie stania w tym autobusie przez 20h. Na każdym kolejnym przystanku odżywa dyskusja na temat miejsc – kilka razy odbywa się sprawdzanie biletów, liczenie pasażerów, analiza listy podróżnych, na próżno. Nie udaje się znaleźć winnego. W końcu, gdzieś za Dharan Bazaar, atmosfera robi się gorąca. Kierowca próbuje namówić mnie do powrotu na moje miejsce, na którym siedzi już Nepalka. Oprócz niej, w pięciomiejscowym ostatnim rzędzie mamy wspomnianą wcześniej rodzinę z dwójka dzieci i parkę z jednym dzieckiem, która wygoniła precz sympatycznych studentów. Faktycznie, brakuje tam tylko mnie… Patrzę na kierowce jak na szaleńca i wyraźnie odmawiam. Tłumaczę, że zapłaciłem za całe miejsce. Robi jeszcze jedną, nieśmiałą próbę, po czym saje spokój. Jakimś cudem znajduje miejsce tubylcowi, którego wygryzłem i po zaledwie trzech kwadransach ruszamy w dalszą drogę.

Kilka razy zatrzymuje nas policja – wchodzą do autobusu z latarkami, szturchają bagaże, zaglądają do luków. Bardzo to pro forma wszystko – mam na kolanach day pack, mogę w nim mieć bombę, kilka kilogramów heroiny, pistolety, granaty albo uran, czy uciętą głowę. Nikt się mną nie interesuje.

Po 12h mam już mocno dosyć, a wszystko wskazuje na to, że będziemy jechać jeszcze kolejne 6-8 godzin. Na jednym z przystanków kupuję “małpkę” whisky, działa lepiej niż nikotyna, gdzieś w środku nocy udaje mi się zasnąć. Niedługo po tym budzi mnie pianie koguta – nie wiem początkowo, czy mam halucynacje, czy whisky była czymś doprawiona… Ale inni pasażerowie śmieją się i przedrzeźniają kurę, więc to musi dziać się naprawdę. Jeden z podróżnych wiezie kury dla rodziny, opakowane szczelnie w trzcinowy koszyk, wciśnięte gdzieś pod dach autobusu.

W godzinę później jesteśmy w KTM – jechaliśmy prawie dokładnie 18h. Na dworcu – tym razem Gongabu – łapię taksówkę. Szybkie targi z kierowcą i jedziemy do Boudha. Droga głównie po obwodnicy, więc szybko docieramy na miejsce. Mój pokój dopiero się zwalnia, więc zjadam wczesne śniadanie i po 20h od wyruszenia z Hile mam wreszcie poczucie, że pierwsza część wyprawy dobiegła końca.

18.X.2010 – Khandbari-Hile.

Jako że lotnisko w Tumlingtarze wciąż zamknięte, decyduję się na powrót droga lądową. Jest to de facto jedyne wyjście, na otwarcie lotniska czekać mogę i miesiąc, a powrót pieszo oznaczałby 9 dni marszu do Lukli, skąd dziennie odlatuje kilkadziesiąt małych samolotów do Kathmandu. Droga do Kathmandu z Khandbari (położonego nieopodal Tumlingtaru) jest wieloetapowa – najpierw jeep do Sabha Khola, potem przeprawa łodzią przez rzekę, dalej jeep do Hile i wreszcie autobus do KTM.

Wyruszam wspólnie z Francuzami, mimo że zupełnie nie mam ochoty na ich towarzystwo. Kobieta roztacza tak negatywną aurę, że z trudem wytrzymuje w jej towarzystwie – wyraźnie jest sfrustrowana do granic możliwości, wygląda na to, że trekkingu w Himalajach nie będzie zaliczać do udanych wakacji. Facet też nieco mnie irytuje – kilkukrotnie podkreśla, że mają przewodnika, dzięki czemu będzie nam łatwiej, bo guide porozumie się z tubylcami. Po raz kolejny doceniam zalety samotnej podróży i zastanawiam się jak w możliwie efektywny sposób pozbyć się francuskiego koszmaru.

Pierwsza okazja nadarza się już w Khandbari. W jeepie jest za mało miejsca dla Francuzki, która nie chce jechać z tubylcami, ściśnięta jak sardynka. Wykorzystuję to i wciskam się do środka – na razie jest nas tylko 6 osób, ostatecznie będzie jechało 9. Po kilkunastu minutach ruszamy – macham żabojadom na pożegnanie i mam cichą nadzieję, że się już nie zobaczymy.

Po drodze zabawna sytuacja. Żeby nie rozbić sobie głowy o sufit na kolejnych wybojach, klinuję rękę między oknem a oparciem siedzenia (siedzania w lokalnych jeepach są wzdłuż burt, a nie w poprzek samochodu). Mniej więcej po trzech kwadransach jazdy, okno wypada – rama, na której rozpięta była uszczelka, jest tak przerdzewiała, że rozpada się na stalowe drzazgi. W ostatniej chwili udaję mi się je złapać – odwracam się do reszty pasażerów, ale Ci nie są chetni do udzielania dobrych rad, wyraźnie czekają, co zrobię. Przekładam więc okno do lewej ręki, a prawa walę kilka razy w dach – to tutejszy sygnał do zatrzymania. Za drugim razem skutkuje – samochód staję, z dachu schodzi zaciekawiony menedżer jeepa. Podaje mu okno wołając “oy, you’ve lost a fuckin’ window”. Gość nieco zbity z tropu ocenia straty i zabiera okno na dach. Moi współpasażerowie nagle zaczynają się pokładać ze śmiechu – opisują sobie cała sytuację, żywo gestykulując i śmiejąc się coraz bardziej. Po chwili dołączam do nich – bardziej bawi mnie ich upodobanie do humoru sytuacyjnego niż fakt zdemolowania jeepa.

Mój jeep jest wyraźnie pechowy, bo po drodze mamy ze trzy przystanki na dokręcenie koła, które grozi odpadnięciem. Na jednym z przystanków mija mnie jeep z Francuzami – siedzą obok kierowcy, na przednim siedzeniu, bardzo uprzywilejowana pozycja. Do przeprawy przez rzekę docieram chwilę po nich.

W Sabha Khola ładuję się na łódź i szybko ląduję na drugim brzegu. Upał robi się koszmarny, okazuje się też, że na transport do Hile czeka kilkadziesiąt osób, stale też przybywają nowe. Coroczny festiwal – Dashain – właśnie wchodzi w fazę odwiedzin. Robię kilka prób dostania się do czekających jeepów, ale widzę, że nie mam szans. Francuzi, których łącznie z przewodnikiem jest trójka, są na straconej pozycji. Guide, Pasang, próbuje negocjować z kierowcami, ale jest na straconej pozycji… Tu trzeba asertywności i bezczelności, a on jest wcieleniem łagodności.

Pierwsza fala jeepów odjeżdża, kolejna pojawia się po 1.5h… Upał coraz większy, ludzi coraz więcej, a jeepy przyjeżdżają tylko dwa. Pierwszy jest natychmiast otoczony przez tłum, udaję mi się zbliżyć do drugiego. Ktoś stoi na dachu i zdejmuje bagaże – podaje mu swój plecak, po czym sam ładuję się na dach. Tam opieram się plecami o swój bagaż, nogi przewieszam przez koło zapasowe i decyduję się nie zmieniać tej pozycji aż do Hile. Słońce nie odpuszcza, powoli zaczynam się gotować – znajduję kawałek starego kartonu, którego używam na przemian jako wachlarza i parasola. Kierowca wygania kolejne osoby z dachu, mnie też próbuje, ale słyszałem jak mówi, że na górze mogą jechać “dui”, czyli dwie osoby. Cytuję mu to “dui” aż do upadłego. W pewnej chwili robi się bardziej zdecydowany, więc pokazuję mu co dzieje się wokół drugiego jeepa i kręcę głową – “jadę aż do Hile, stary”, mówie po polsku.
Najwyraźniej przekonuje go moja determinacja, bo ostatecznie odpuszcza. Ruszamy po 1.5h postoju, by po 500 metrach znowu zatrzymać się na pół godziny. Do jeepa ładują się kolejne osoby, w tym 4 na dach. Jest nas już szóstka. Francuzi zostali w Sabha Khola – tym razem na dobre.

W chwilę później kierowca zbiera pieniądze – płacę 600 rupii i dopiero teraz jestem spokojny o swoje miejsce. Ruszamy i przez kolejne 3 godziny pokonujemy ok. 25 km. Co kilka kilometrów jeep staje, wszyscy pasażerowie wychodzą, a samochód pokonuje trudniejszy odcinek trasy bez ładunku. Potem ładujemy się na swoje miejsca i tak da capo al fine. Po pięciu godzinach mam nieco dosyć – bolą mnie mięśnie i stawy, psychicznie tez jestem nieco nadwyrężony, w końcu większość trasy jedziemy wąska drogą, wyrżnięta w zboczu rzecznej doliny. Kilkanaście centymetrów od kół jeepa jest kilkudziesięcio-, a czasem kilkusetmetrowa przepaść. Jak polecimy, to nie zostanie z nas wiele.
Robi się ciemno i zimno, przeżywam też lekki culture shock. Na dachu znalazłem sobie pozycję półleżącą – mam w ten sposób nisko środek ciężkości, poza tym jest stosunkowo wygodnie. W pewnej chwili młody chłopak, jadący obok mnie, kładzie się obok, z głową i częścią tułowia na mojej klatce piersiowej… Rozglądam się ukradkiem i widzę, że reszta towarzystwa też tak na sobie poleguje – cieplej tak i wygodniej, choć nieco brakuję mi komfortu psychicznego.

Ok. 1900 docieramy do większego skrzyżowania, część osób przesiada się na busy do Dharan Bazaar. To spore miasto, z którego odjeżdża masa autobusów do KTM, ale ja nie mam siły na kolejne 3h jazdy. Mam ochotę wyłącznie na papierosa, co mnie niebotycznie dziwi, bo od paru lat nie palę w ogóle, a wcześniej popalałem raczej jedynie okazjonalnie, na imprezach. Kupuję dwie sztuki za 10 rupii i lekko pokrzepiony nikotyną, wskakuję na swoje miejsce na dachu. Po 20 minutach jesteśmy w Hile – szybko znajduję całkiem miły lodge, zjadam znakomity dal bhaat, wypijam piwo i idę spać. Nie mam nawet siły myśleć o jutrzejszej podróży do Kathmandu.

17.X.2011 – Chichila-Khandbari

Wymarsz z Chichila jak przed kilkunastoma dniami – naleśniki, dżem, miód, herbata i w drogę. Chichila jest położna na łagodnym grzbiecie, więc do droga do przełęczy Bhotebas jest stosunkowo wypłaszczona. Przed wyjściem próbuje rozejrzeć się za jeepem, ale towarzystwo wciąż w nastroju świątecznym.

Na Bhotebas mijam Francuzów, po czym ostro ruszam w dół – drogę już znam, więc idę skrótami przez pola i wioski. Widokowo jest umiarkowanie, klimatem nepalskim mocno już przesiąknąłem, poza tym mam trochę dość życia na szklaku – w końcu to już ponad miesiąc w drodze i tęsknię za umiarkowanymi luksusami Kathmandu.

Khandbari ogólnie rozborsuczone, wszyscy jedzą, piją, lulki palą, a na Europejczyka z plecakiem patrzą ze szczerym zdumieniem. Nie należy się tak męczyć w święto!

Nieco inną niż zwykle drogą docieram do jeepowiska w Khandbari. Jeepy śpią, kierowców brak. Nieco dotknięty idę do sprawdzonego hotelu Arun – za 350 rupii dostaję ładny pokój (z telewizorem). W łazience ciepła woda, a właściciel osobiście gotuje mi ryż z warzywami i jajkami – kucharz ma dzisiaj wakacje. Ryż okazuje się wyjątkowo dobry. Niestety, jest to jedyna potrawa, jaką potrafi gotować mój gospodarz, bo na kolację dostaję dokładnie to samo.

Ruszam na rekonesans – na każdym rogu pieką się kurczaki, praktycznie każdy ma na czole przlepione ziarna ryżu barwione na czerwono. To lokalny symbol błogosławieństwa. Przez chwile nawet chcę wpaść do jakiejś swiatyni po swój własny czerwony ryż, ale uznaje, że byłoby to z lekka manierystyczne. Ostatecznie idę do fryzjera, gdzie za 50 rupii golę się na zero. Potem wpadam do cukierni, a na koniec do lokalnego monopolowego po ćwiartkę whisky “Signature” i colę. Czas poświętować trochę.

16.X.2010 – Num-Chichila

Kolejny dzień powrotu – sobota, czyli nepalski dzień wolny. Do śniadania, które jem wspólnie z Francuzami, dostajemy talerz pokrojonych jabłek. Pani Fracuzka rezygnuje w obawie przed amebą, więcej zostaje dla mnie. To pierwszy znajomy owoc od ponad miesiąca – pomijam guawy i leśne jogody, którymi byłem częstowany w Tashigaon.

Śniadanie spóźnia się o ponad godzinę – wszak gotowanie dla trójki turystów to już poważne wyzwanie. Wykorzystuje to opóźnienie, żeby ogolić się i doprowadzić do bardziej cywilizowanego wyglądu. Wszak za dwa dni będę w Khandbari, stolicy prowincji, a to do czegoś zobowiązuje!

Po przedłużonych ablucjach i spóźnionym śniadaniu ruszam w drogę. Zaczyna się w lekkim deszczu, który po 30 mintach zamienia się regularną tropikalną ulewę. Doskonale się idzie w tych warunkach – temperatura ok. 15 stopni, może 17, deszcz, który chłodzi i orzeźwia, tempo mam niesamowite. Miejscami nawet biegnę truchtem, co z ponad 20-kilowym plecakiem jest doświadczeniem ciekawym. Deszcz sprzyja inwazji pijawek – mimo że moja krew niespecjalnie im smakuje, w połowie drogi znajduję wyjątkowo persystentną bestią, która wgryzła mi się w łydkę przez skarpetkę. Do Chichili docieram w nieco ponad 3h, loguję się w znajomym logde’u i biorę za codzienne czynności – pranie, pisanie dziennika, jedzenie i rozmyślania na temat uroków życia w podróży.

Jako że dzisiaj lokalne święto, właściciel lodge’a nie wylewa za kołnierz. O 1300 jest już ledwo ciepły, w dwie godziny później próbuje wciągnąc mnie w rozmowy o życiu, wszechświecie i wszystkim innym. Podziwiam jego zapał, zwykle działam na ludzi odstraszająco i nikt bez wyraźnego zaproszenia mnie nie zaczepia w celach towarzyskich. Rozmowa się jednakowoż nie klei, niechybnie poziomy alkoholu we krwi się nie zgadzają.

Zostaję więc na ganku sam, sączę piwo i planuję kolejny trek. Po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch dni zaczepia mnie szerpański przewodnik i zaczynamy rozmowę na temat czasów przejść. Okazuje się, że Sherpani Col można solo zrobić bez większego problemu w 3-4 dni. Baruntse z Hillary BC (pod Makalu) w 2-3 dni, ale tu trzeba ze dwóch osób. Na przykład Miro i jeden wysokościowy Sherpa. Ach, plany na ten rejon zaczynają nabierać kolorów.

Przy okazji dowiaduję się, że dzisiaj nie tylko sobota, ale także ostatni dzień Dashain, nepalskiego odpowiednika bożego narodzenia. Trafiłem na ostani z trzech dni ostrych celebracji… Mam nadzieję, że jutro sprawy wrócą do normy. Nadzieja matką głupich jednakowoż – od jutra zaczyna się tydzień wizyt. Nepalczycy ze wszystkich stron świata ruszają odwiedzać rodziny. To zasadniczo wpłynie na moje szanse dostania się do Kathmandu z Tumlingtaru.

Czekam na Francuzów, których spodziewałem się zastać na miejscu. Dochodzę do wniosku, że nie korzystali ze stromych skrótów, których używałem po drodze. Pojawiają się po kilku godzinach – zmęczeni i ogólnie pełni negatywnego nastawienia do świata. Wychodzi na to, że deszcz okazał się dla nich zbyt dużym wyzwaniem, więc schowali się w jednym z przydrożnych domów. Tam Pani Francuzka przez ponad 3h odsypiała pogodowy koszmar. Spójrzmy prawdzie w oczy – Himalaje to nie Lasek Buloński: deszcze padają, jest zimno, ludzie śmierdzą, pijawki gryzą, a błoto brudzi. Fi donc!

Lodge w Chichila jest kolejnym gwoździem do trumny mojej francuskiej przyjaciółki, która nie ukrywa, że ma mi za złe tą rekomendację. Ale nie wszystko stracone, ma do wyboru jeszcze jeden hotel, rozchwierutany barak z blachy falistej, nastawiony na porterów i kierowców jeepów – co prawda nawet ja mam opory przed zatrzymaniem się tam.

13-15.X – Yak Kharka-Dobate-Tashigaon-Num.

W dzień powrotu pogoda zdecydowanie zniechęca do opuszczenia Yak Kharka. Prawdę mówiąc, jest dziś tak pięknie, ze poważnie rozważam spędzenie tu reszty życia – wysoka, wisząca dolina, wokół 5-6-tysięczne ośnieżone szczyty, nade mną nieskazitelny błękit. Otrząsam się z uroku, pakuję plecak, płacę – 2000 rupii za trzy noce, jedzenie, herbatę, kawę, herbatniki i inne zapasy. Zdarzało mi się niewiele mniej płacić za jedną dobę. Potem siadam z dziadkiem przed hotelem. Słońce grzeje, iść nie mam najmniejszej ochoty. Zostaję siedzieć na zboczu, pić herbatę i rozkoszować się widokami, spokojem i odcięciem od cywilizacji. Zaczynamy rozmawiać, stary Sherpa opowiada mi swoich jakach – smutna to historia, dwa z nich zagubiły się w górach, pozostałe trzy zeszły do Khongmy, gdzie wyzionęły ducha, albo zostały zarżnięte. Potem rozmowa schodzi na tematy rodzinne, co jest pewnym wyzwaniem, mieszanina nepalskiego, angielskiego i języka migowego nie do końca oddaje złożoność relacji wewnątrz szerpańskiego klanu. Ostatecznie zbieram się do drogi – dziadek na koniec zachęca mnie do powrotu – pokazuje gestami, że mam wrócić i wspiąć się na Makalu. Mówi coś w ramach uzasadnienia “Timro…”, czy “Ty…”, nie rozumiem poszczególnych słów, nie ma tu też nikogo, kto pomógłby mi w tłumaczeniu. Jestem jednak w stanie wywnioskować, ze oczach Dziadka godzien jestem wejścia na Wielka Górę. Możliwe, że mówi to każdemu, tak czy inaczej, jest mi miło. I jak mam nie wracać do Nepalu?

Zejście na niziny męczące – robimy po dwa przewodnikowe dni dziennie. Pierwszy dzień (Yak Kharka – Dobate) jest męczący, drugi (Dobate – Tashigaon) rewelacyjny – prawie że wbiegamy na Shipton La, trzeciego w koszmarnym słońcu docieram do Num na skraju odwodnienia, ale zadowolony z życia.

W Tashigaon nieprzyjemna sytuacja, okazuje się, że mimo że porter pracował 8 dni, mam zapłacić za 10, bo tyle oficjalnie trwa wyprawa do MBC i z powrotem. Walczę z tym trochę, ale ostatecznie ustępuje. Poirytowany nie daję Lakpie napiwka, na który zasłużył. Potem będę miał lekkie wyrzuty sumienia, nie jego wina, padł ofiarą chciwości swojej rodziny.

W Num spotykam parę Francuzów. Spędzamy większość dnia i wieczór na rozmowach. Obydwoje pracują dla Air France, co pozwala im bez ograniczeń i za darmo latać po świecie w wolnych chwilach. Bardzo dobra opcja, powinienem rozejrzeć się za pracą w lotnictwie.

Relacja z Francuzami wkrótce okaże się interesującym przyczynkiem do rozważań o zaletach podróżowania samotnie.

12.X.2010 – Yak Kharka-Makalu BC-Yak Kharka.

Rest bardzo dobrze mi zrobił, budzę się niezwykle energetyczny i pełen chęci do działania. Na pewno pomógł też Diamox, dzięki któremu przespałem całą noc bez jakichkolwiek problemów. Szerpowie nieco spóźniają się ze śniadaniem, ale po odrobinie perswazji, udaje się nam wyruszyć niemalże zgodnie z planem, w chwile o 0700. Lakpa niesie mój day pack, ja biorę tylko aparat. Ach, uroki posiadania portera. Dołącza do nas Juan, trochę na krzywy ryj – nie bierze ze sobą wody, jedzenia, a potem bez skrupułów korzysta z moich. Niech będzie, Jego karma.

Pierwsze kilkadziesiąt minut idziemy przez dolinę Barun – mijamy Merek (rozległa kamienista płaśń w zakręcie rzeki), a potem Shershong, dużą halę z resztkami kamiennej chatki, czy dwóch. Krajobraz jak z innej planety – szarości, brązy, trochę bieli i przebłyski błękitu na górze. Spektrum kolorystyczne rozpaczliwie domaga się uzupełnienia zielenią.

Tempo mamy bardzo dobre, bo do moreny nad base campem docieramy w 2.5h (przy zakładanych 4h). Na dół, do właściwego base campu jest jeszcze ze 20 minut drogi. Decyduje się zostać na górze – widoki znacznie lepsze, do lodge’y na dole też nie mam po co schodzić.

No właśnie, widoki – do tej pory nie miałem okazji oglądać Makalu; nie pozwalało na to zachmurzenie, albo zasłonięty był przez inne szczyty. Tym razem jest inaczej, pogoda niezła, choć nie całkowicie bezchmurna. W miarę jak podchodzimy pod morenę boczną, widać coraz więcej. Na pierwszy fragment masywu zwraca moją uwagę Lakpa: łapie mnie za rękę i pokazuje palcem – Makalu. Robię kilka zdjęć i ruszamy dalej. W końcu wychodzimy za ostrogę i szczyt widać w całej okazałości.

Efekt jest piorunujący – jesteśmy na 5000 m, a nad nami jeszcze 3.5 km górotworu. Do tego pod nami, 150-200 metrów niżej dolina Barun z lodowcem, co dodatkowo potęguje ekspozycję. Masyw zaczyna się od brązowawych piargów, by potem stopniowo przejść w zaśnieżone stoki. Gdzieś w połowie wysokości cienka warstwa chmur. Stoję tak kilkanaście minut, sycąc oczy widokiem. Nie dość, że szedłem prawie miesiąc, żeby stanąć twarzą w twarz z Makalu, to jest jeszcze jest to pierwszy ośmiotysięcznik, widziany bezpośrednio i z tak bliska. Brakuję im tła muzycznego, III symfonii Góreckiego, albo Fratres Arvo Parta. A właściwie nie brakuję, bo przeładowanie zmysłu wzroku starcza też za muzykę.

Uspokajam się nieco, robię zdjęcia. Zdecydowanie planuję tu wrócić, do zrobienia jest choćby przejście do Solu Khumbu przez Sherpani Col, może z czasem Baruntse.

Po godzinie decyduję się wracać – cel osiągnięty, kolejny plan jest, nie ma co się za bardzo rozczulać. Wspólnie z Lakpą oddajemy Makalu pokłon i ruszamy do Yak Kharka. Powrót mija szybko i bez niespodzianek. Na miejscu dopada mnie lekka deprecha i ogólna nostalgia, na domiar złego pogoda gwałtownie się pogarsza, robi się zimno, opada mgła. Idę do kuchni, gdzie po raz kolejny dostaje pieczone ziemniaki na koszt firmy, do tego herbatę. Ok. 1800 ładuję się do śpiwora i śpię do rana.