Tag Archives: Tajlandia

Deszcze i jackfruity.

Monsun dziś od rana szczerzył zęby, ale przez dobre 10 godzin nic z tego nie wynikało. Owady zrobiły się drażliwe, niektórzy ludzie też (w każdym razie ja zdecydowanie tak), świat niby zamarł w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Było lepko, duszno i z lekka opresyjnie. Wczesnym popołudniem nawet spadł krótki, niewydarzony deszcz, ale to tylko pogorszyło sprawę.

Continue reading

Wieczory.

Zmrok o tej porze roku zapada tu wcześnie, około 1900. I wtedy zaczyna się najlepsza pora dnia, czas kiedy moźna z książką i czymś zimnym do picia na wiele godzin rozbić obóz na werandzie – tej otwartej na dżunglę. Wbrew pozorom nie jest to traumatyczna walka z moskitami: długie spodnie i rękaw plus wysmarowanie się Muggą elimnują problem insektów. Coś musi też być na rzeczy w lokalizacji albo porze roku – komary tutaj są o wiele mniej natarczywe niż choćby mazurskie w lecie. A może jakiś czas temu rejon został gruntownie opryskany DDT, w ten przyjazny sposœb eliminując życie owadzie.

Continue reading

Rowerowych przygód ciąg dalszy.

Świt w przypromowej garkuchni ma w sobie coś z lekka mistycznego. Trwająca od wielu godzin cisza nagle zostaje przerwana – brutalnie i na wszystkich moźliwych frontach. Pierwsze budzą się do życia ptaki, które zaczynają dziki, grupowy jazgot. Chwilę potem zaczynają pomrukiwać ciężarówki, ustawione w długiej kolejce na prom. Niektórzy kierowcy zbyt opieszale budzą się do życia, więc wzdłuż węża samochodów zaczyna jeździć skuter, najwyraźniej prowadzony przez osobnika z zaawansowanym adhd, nie dość bowiem, że gna na złamanie karku, to jeszcze trąbi niemiłosiernie głośno, wprawiając w zakłopotanie nawet rozkwilone ptaki, które chyba nieco milkną. A może to po prostu kontrast do narastającego basowego pomruku silników.

Continue reading

Psy i rowery.

Jpeg

Jpeg

Nic ciekawego się nie wydarzyło. Podczas inwestygowania okolic pod kątem nadających się zamieszkania domów, dopadła mnie monsunowa ulewa. Schroniłem się na opustoszałym dzisiaj bazarze (dzień bazarowy wypada w środy). Żeby nie było mi smutno, dołączył do mnie rudawy pies.

Aha, i nauczyłem się kluczowego słowa po tajsku – Mạngs̄wirạti (มังสวิรัติ), czyli wegetariański. Znam więc już w sumie jakies 10 słów po tajsku. W tym tempie do końca roku będę w stanie kupic owoce na targu bez uciekania się do angielszczyzny, czy języka migowego.

Niespodziewanie odzyskana lewostronność.

Dziś rano, po krótkiej sesji pływackiej (doprawdy, mam tu wprost idealne warunki do treningów triathlonowych), wziąłem szosówkę i ruszyłem na krótki, kilkudziesięciokilumetrowy objazd najbliższej okolicy. Początkowo nawet pamiętałem o tym, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, ale po serii podjazdów w upale gdzieś mi to ukmnęło i do domu wracałem pod prąd.

Continue reading

Preludium.

Wstyd się przyznać, ale w ostatniej podróży – nie licząc wyjazdów służbowych – byłem prawie dwa lata temu. Po bardzo udanej eskapadzie bangladesko-tajskiej jesienią 2014, planowałem kolejny wyjazd na wiosnę 2015, ale mimo wielu pomysłów, które nawet kiełkowały w karłowate plany, nie poczułem wyjazdowego imperatywu.

Continue reading

Trzęsienie ziemi w Nepalu.

Tybetańscy pielgrzymi (among others) wokół stupy Boudhanath w Kathmandu. Duża stupa szczęśliwie nie ucierpiała, ale uszkodzona została jedna z mniejszych stup w okolicy.

Tybetańscy pielgrzymi (among others) wokół stupy Boudhanath w Kathmandu. Duża stupa szczęśliwie nie ucierpiała, ale uszkodzona została jedna z mniejszych stup w okolicy.

Sytuacja, szczególnie w Kathmandu, wygląda naprawdę bardzo mało fajnie. W sumie chciałbym tam być i robić coś, żeby pomóc, ale realistycznie – brak mi odpowiednich umiejętności typu ratownictwo medyczne, pożarnictwo, czy cokolwiek innego, co faktycznie mogłby sie przydać.

Są natomiast rozmaite organizacje, jak choćby World Food Programme, które mają dedykowane programy wsparcia dla Nepalu właśnie. Skoro nie pomogę w inny sposób, spróbuję przynajmniej tak. Kilkadziesiąt EUR to nie majątek, a starczy na masę dal bhat, pitnej wody etc.

Zachęcam.

[edit] Inny program pomocy, tym razem UNICEFu.

#4.

Wyjazd z wyspy nie jest prosty. Pomijając już kwestie logistyczne, całkowicie uspkojony, rozleniwiający tryb życia szybko wchodzi w krew i trzeba mocniejszego impulsu, żeby się zeń wyrwać. Takim impulsem w moim przypadku jest wizyta w Bangkoku. Rozumiem, że Bangkok może kojarzyć się bardzo turystycznie (nie bez powodu), ale od czasu kiedy kilka lat temu przeczytałem “A Fortuneteller Told Me” Tiziano Terzaniego, mam głęboko zakorzenioną potrzebę odwiedzenia tego miasta, a nawet zamieszkania w nim na jakiś czas. Zresztą miasto przewija się w ksiązkach innych reporterów piszących o Indochinach – Normana Lewisa, czy Johna Swaina. I tak ten miejski magnes wyciąga mnie z wyspiarskiego honey trap. O Bangkoku napiszę więcej w innej notatce, bo to duży temat.

Continue reading

#3.

Flora jest tu mniej zróżnicowana niż fauna, albo ja z natury rzeczy zwracam więcej uwagi na wszelkiego zwierza. Są więc drzewa gumowe, z których lokalsi pozyskują kauczuk. Są nadbrzeżne mangrowce, banyany, czy też drzewa bodhi, tutaj przyjaźnie nazywane drzewami bo. Wiadomo, że drzewa bo mają specjalne znaczenie, bowiem to pod jednym z takich drzew Budda osiągnął oświecenie. Tutejsze banyany są jednak skromne, w niczym nie przypominają monumentalnych drzew, które widziałem na sawannach w Birmie, czy które rosną w Nepalu. Może to kwestia tutejszej piaszczystej gleby.
Continue reading

#2.

Lokalne życie na wyspie toczy się równie spokojnie jak moja przyplażowa egzystencja. Większość mieszkańców ma większe lub mniejsze plantacje drzew gumowych, z których pozyskują kauczuk, który następnie przetwarzają w niewielkich, komunalnych chyba, fabryczkach. Choć nawet fabryczka to zbyt duże słowo – to po prostu szopy z kilkoma obsługiwanymi ręcznie maszynami. Poza tym jest tu parę małych sklepów, trochę rybaków i ze dwa przybrzeżne resorts z kilkoma bungalowami. Sezon na poważnie rozkręca się w grudniu, więc resorta stoją puste.

Continue reading

#1.

Pierwsze godziny po przybyciu na wyspę były lekkim szokiem. Czułem się tak, jakby ktoś umieścił mnie w komorze do deprywacji sensorycznej. Bangladesz generalnie da się sprowadzić do jednego – przeładowania wrażeniami. Nie wnikam już, czy są to wrażenia pozytywne, czy negatywne, ale że praktycznie nie ustają. Nawet w lepszych hotelach, zza grubych szyb, dobiega ciągły pomruk silników, klaksony, dzwonki ryksz, wołanie muezzina, cały ten nieustający rwetes bengalskich miast (i miasteczek). Continue reading