Monsun dziś od rana szczerzył zęby, ale przez dobre 10 godzin nic z tego nie wynikało. Owady zrobiły się drażliwe, niektórzy ludzie też (w każdym razie ja zdecydowanie tak), świat niby zamarł w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Było lepko, duszno i z lekka opresyjnie. Wczesnym popołudniem nawet spadł krótki, niewydarzony deszcz, ale to tylko pogorszyło sprawę.
Tag Archives: Tajlandia
Tom yum.
Nie od dziś wiadomo, że bloger in general, a w szczególności bloger kulinarny, zaraz po trenerze rozwoju osobistego i blogerze lajfstajlowym, to najniższe formy egzystencji w znanym uniwersum (w pozostałych również).
Wieczory.
Zmrok o tej porze roku zapada tu wcześnie, około 1900. I wtedy zaczyna się najlepsza pora dnia, czas kiedy moźna z książką i czymś zimnym do picia na wiele godzin rozbić obóz na werandzie – tej otwartej na dżunglę. Wbrew pozorom nie jest to traumatyczna walka z moskitami: długie spodnie i rękaw plus wysmarowanie się Muggą elimnują problem insektów. Coś musi też być na rzeczy w lokalizacji albo porze roku – komary tutaj są o wiele mniej natarczywe niż choćby mazurskie w lecie. A może jakiś czas temu rejon został gruntownie opryskany DDT, w ten przyjazny sposœb eliminując życie owadzie.
Dom – kilka zdjęć.
Dziś podczas zazen towarzyszył mi deszcz. Było to doznanie na tyle przyjemne i stymulujące, że post factum zebrałem się nawet do zrobienia kilku zdjęć domowi. Na razie tylko kilku – stopniowo będę tę galerię rozszerzał.
Continue reading
Jambay.
Nie wiem, czy serial Death in Paradise jest powszechnie znany, ale jedna z lokalnych knajp – Jambay – jest jakby żywcem wyjęta z karaibskich klimatów. Z lekka obskurny, drewniany bar na samej plaży, obwieszony muszlami, hamakami i rozmaitymi rybackimi parafernaliami.
Pierwszy tydzień.
Pierwszy tydzień za mną. Było intensywnie – podróż na drugi koniec świata – prawie 8500 km – znalezienie domu, przeprowadzka tamże, mały crash na rowerze i kilogramy skonsumowanych owoców i warzyw z kosmosu. Mam teraz nadzieję na nieco spokojniejsze tygodnie. Więcej szczegółów tutaj.
บ้าน.
Rowerowych przygód ciąg dalszy.
Świt w przypromowej garkuchni ma w sobie coś z lekka mistycznego. Trwająca od wielu godzin cisza nagle zostaje przerwana – brutalnie i na wszystkich moźliwych frontach. Pierwsze budzą się do życia ptaki, które zaczynają dziki, grupowy jazgot. Chwilę potem zaczynają pomrukiwać ciężarówki, ustawione w długiej kolejce na prom. Niektórzy kierowcy zbyt opieszale budzą się do życia, więc wzdłuż węża samochodów zaczyna jeździć skuter, najwyraźniej prowadzony przez osobnika z zaawansowanym adhd, nie dość bowiem, że gna na złamanie karku, to jeszcze trąbi niemiłosiernie głośno, wprawiając w zakłopotanie nawet rozkwilone ptaki, które chyba nieco milkną. A może to po prostu kontrast do narastającego basowego pomruku silników.
Rowerowe przygody.
Cały dzień padało, więc dopiero po 2200 poszedłem pojeździć. 60-70 km, akurat ode mnie na prom do Koh Samui i z powrotem.
Psy i rowery.
Aha, i nauczyłem się kluczowego słowa po tajsku – Mạngs̄wirạti (มังสวิรัติ), czyli wegetariański. Znam więc już w sumie jakies 10 słów po tajsku. W tym tempie do końca roku będę w stanie kupic owoce na targu bez uciekania się do angielszczyzny, czy języka migowego.
Vegan* hooligan. ;-)
Niespodziewanie odzyskana lewostronność.
Dziś rano, po krótkiej sesji pływackiej (doprawdy, mam tu wprost idealne warunki do treningów triathlonowych), wziąłem szosówkę i ruszyłem na krótki, kilkudziesięciokilumetrowy objazd najbliższej okolicy. Początkowo nawet pamiętałem o tym, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, ale po serii podjazdów w upale gdzieś mi to ukmnęło i do domu wracałem pod prąd.
Preludium.
Wstyd się przyznać, ale w ostatniej podróży – nie licząc wyjazdów służbowych – byłem prawie dwa lata temu. Po bardzo udanej eskapadzie bangladesko-tajskiej jesienią 2014, planowałem kolejny wyjazd na wiosnę 2015, ale mimo wielu pomysłów, które nawet kiełkowały w karłowate plany, nie poczułem wyjazdowego imperatywu.
Trzęsienie ziemi w Nepalu.

Tybetańscy pielgrzymi (among others) wokół stupy Boudhanath w Kathmandu. Duża stupa szczęśliwie nie ucierpiała, ale uszkodzona została jedna z mniejszych stup w okolicy.
Są natomiast rozmaite organizacje, jak choćby World Food Programme, które mają dedykowane programy wsparcia dla Nepalu właśnie. Skoro nie pomogę w inny sposób, spróbuję przynajmniej tak. Kilkadziesiąt EUR to nie majątek, a starczy na masę dal bhat, pitnej wody etc.
Zachęcam.
[edit] Inny program pomocy, tym razem UNICEFu.#4.
Wyjazd z wyspy nie jest prosty. Pomijając już kwestie logistyczne, całkowicie uspkojony, rozleniwiający tryb życia szybko wchodzi w krew i trzeba mocniejszego impulsu, żeby się zeń wyrwać. Takim impulsem w moim przypadku jest wizyta w Bangkoku. Rozumiem, że Bangkok może kojarzyć się bardzo turystycznie (nie bez powodu), ale od czasu kiedy kilka lat temu przeczytałem “A Fortuneteller Told Me” Tiziano Terzaniego, mam głęboko zakorzenioną potrzebę odwiedzenia tego miasta, a nawet zamieszkania w nim na jakiś czas. Zresztą miasto przewija się w ksiązkach innych reporterów piszących o Indochinach – Normana Lewisa, czy Johna Swaina. I tak ten miejski magnes wyciąga mnie z wyspiarskiego honey trap. O Bangkoku napiszę więcej w innej notatce, bo to duży temat.
#3.
Flora jest tu mniej zróżnicowana niż fauna, albo ja z natury rzeczy zwracam więcej uwagi na wszelkiego zwierza. Są więc drzewa gumowe, z których lokalsi pozyskują kauczuk. Są nadbrzeżne mangrowce, banyany, czy też drzewa bodhi, tutaj przyjaźnie nazywane drzewami bo. Wiadomo, że drzewa bo mają specjalne znaczenie, bowiem to pod jednym z takich drzew Budda osiągnął oświecenie. Tutejsze banyany są jednak skromne, w niczym nie przypominają monumentalnych drzew, które widziałem na sawannach w Birmie, czy które rosną w Nepalu. Może to kwestia tutejszej piaszczystej gleby.
Continue reading
#2.
Lokalne życie na wyspie toczy się równie spokojnie jak moja przyplażowa egzystencja. Większość mieszkańców ma większe lub mniejsze plantacje drzew gumowych, z których pozyskują kauczuk, który następnie przetwarzają w niewielkich, komunalnych chyba, fabryczkach. Choć nawet fabryczka to zbyt duże słowo – to po prostu szopy z kilkoma obsługiwanymi ręcznie maszynami. Poza tym jest tu parę małych sklepów, trochę rybaków i ze dwa przybrzeżne resorts z kilkoma bungalowami. Sezon na poważnie rozkręca się w grudniu, więc resorta stoją puste.
#1.
Pierwsze godziny po przybyciu na wyspę były lekkim szokiem. Czułem się tak, jakby ktoś umieścił mnie w komorze do deprywacji sensorycznej. Bangladesz generalnie da się sprowadzić do jednego – przeładowania wrażeniami. Nie wnikam już, czy są to wrażenia pozytywne, czy negatywne, ale że praktycznie nie ustają. Nawet w lepszych hotelach, zza grubych szyb, dobiega ciągły pomruk silników, klaksony, dzwonki ryksz, wołanie muezzina, cały ten nieustający rwetes bengalskich miast (i miasteczek). Continue reading



