Dzisiaj, ze sporym zaskoczeniem, odkryłem dziś w sobie pierwiastek rasistowski. I nie, nie ma to nic wspólnego z Nepalczykami, którzy są naprawdę wspaniałym narodem. Chodzi o Amerykanów. Hałaśliwych, ekspansywnych, obrzydliwie akcentujących angielszczyznę, nie mających pojęcia o lokalnej kulturze, poruszających się w dużych grupach z przewodnikiem i grupą tragarzy (a jakże). Amerykanów wyraźnie wystraszonych sytuacją, w której się znaleźli, obcą kulturą, nie zdominowaną bezmyślnym konsumeryzmem, zamykających się we własnym gronie i hałaśliwym bravado, próbujących pokryć swój brak pewności siebie, strach i ignorancję.
Wyruszyłem z Nunthali późno, lekko po 0730. Kilkanaście minut za miastem, cisze poranka przerywają mi wrzaski i smiechy. Po chwili doganiam grupę Amerykanów, zachowujących się jak na meczu baseballa. Mijam wyraźnie zawstydzonego guide’a, mijam ich samych, możliwie chłodnym tonem odpowiadając na “good morning”. Jeszcze dobre kilka minut słyszę za sobą tych Hunów.
Bohu spasit, mimo prawie 25 kg na plecach, szybko zostawiam ich w tyle. Doganiają mnie dopiero na przełęczy, gdzie kończę pierwszy obiad. Robię co w mojej mocy, żeby traktować ich jak powietrze – wychodzi mi nieźle. Wiem, ze nie powinienem się uprzedzać, ale ich sposób bycia i mentalność piętnastolatków wywołuje u nie natychmiastową irytacja i nieco agresji. Dotarłszy do Bupsy mam nadzieje, że zatrzymają się w innym lodge’u niż ja – Buddowie są łaskawi, więcej o Amerykanach nie słyszę.
Lodge w Bupsie wybieram najładniejszy, z typowo himalajskim widokiem na dolinę – 1500 m w dół, kilometry w dal. Widok niestety lekko zasnuty mgłą i deszczem. Lodge prowadzi samotna właścicielka – ładna Sherpani ok. 30-tki. Podoba mi się bardzo, ja też wzbudzam jej zainteresowanie. Mam nadzieje na dłuższa rozmowę, ale pojawiają się inni goście (japończyk z entourage) i didi bierze się za gotowanie.
W nepalu na osoby mniej więcej w naszym wieku, mówi się didi (starsza siostro), albo dai (starszy bracie). Na osoby wyraźnie młodsze, woła się bahi (młodszy bracie), albo dahini (młodsza siostro). Bardzo ładny zwyczaj, z którego z przyjemnością korzystam.
W ramach eksplorowania lokalnej kultury, postanawiam spróbować chaangu – lokalnego piwa, pędzonego z prosa. Jest bardzo słabe (2-3%), gęstawe, w brudnobiałym kolorze. Za 150 rupii dostaję półtoralitrowy dzbanek. Piwo ma nawet niezły, kwaśnawy smak, dobrze gasi pragnienie. Trochę jak Paulaner w wersji wczesna beta. Wypijam trzy kubki i daję spokój, raczej nie zostanę fanem chaangu. Za kilka dni okaże się, ze ten eksperyment przypłaciłem poważnymi problemami żołądkowymi… Chaang jest pędzony na wodzie prosto z rzeki, czy strumienia, co stwarza poważne ryzyko złapania jakiegoś lokalnego bakcyla.
