Dobry początek dnia, budzę się niepogryziony przez insekty, mimo że przed pójściem spać wygoniłem z pokoju potężnego pająka. Na śniadanie, punktualnie o 0630, naleśniki z dżemem i litr herbaty. Rozliczam się z właścicielem (740 rupii, w tym 200 za piwo) i zbieram do wyjścia.
W chwilę później pojawiają się spotkani wczoraj Australijczycy. Zamykają się w odosobnionym pomieszczeniu i tam, odseparowani o ciężkiej nepalskiej rzeczywistości konsumują coś wyrafinowanego. Wczoraj wieczorem to samo. Nie do końca to rozumiem, jeden z nich podczas wczorajszych rozmów deklarował, że największym przeżyciem w Nepalu są dla niego kontakty z ludźmi. Może chodziło o australijskiego kolegę? Nie ukrywam, że irytuje mnie takie otaczanie się kilkoma warstwami abstrakcji. Australijczycy większość czasu spędzają we własnym towarzystwie, mieszkają we własnych namiotach, jedzą w zamkniętych komórkach. Jedyny kontakt z Nepalem mają przez dobrze mówiącego po angielsku przewodnika. Czasem pożartują trochę z tragarzami, ale są to łaskawe, naciągane, nieco za głośne żarty sahibów, z wysokości cywilizowanego zachodniego podejścia. Angielskie słowo, które dokładnie trafia w sedno sprawy to “patronizing”. Ci ludzie są uosobieniem, modelową definicją takieog podejścia. Dobrotliwi ojczulkowie, którzy łaskawie schodzą z wyżyn, żeby pożartować z prostym Sherpą…
Droga do Num bez niespodzianek, trochę płaskiego, trochę potem długie, nudnawe zejście. Po drodze mgła, więc żadnych widoków, nawet nie wyciągam aparatu. Zaraz za Chichila spotykam małpę, w odróżnieniu od tych w Swayabhu, w całkowicie naturalnym środowisku. Niestety nie reaguje na zachęcające odgłosy, jakie wydaję i znika w przydrożnych krzakach zanim zdążę wyciągnąć z plecaka aparat – zreszą i tak była za daleko, żebym mógł ją złapać swoją 50-tką.
Pewnych atrakcji dostarczają też osuwiska, w tym jedno naprawdę strome i potężne. Przed wejściem zatrzymuje mnie kobieta Rai i woła ‘danger!’. Uśmiecham sie i mówie ‘danger, but I’ll go anyway’. Nie do końca rozumie, dopytuje ‘jahne?’, ‘czy idziesz?’, ‘jahne, jahne’, odpowiadam i ruszam na pewną śmierć. Na środku osuwiska spotykam grupę lokalsów idącą z naprzeciwka, ładuję się na w miarę stabilny kamień i przepuszczam towarzystwo. Przechodzą ostrożnie, zerkając na mnie nieufnie. W końcu zostaję sam na środku piargu, nawet mi się tam podoba. ‘Miro’, myślę, ‘jak pierdolniesz, to skończysz gdzieś pod lotniskiem w Tumlingtarze, a tam nikt nie chciałby skończyć’. Działa na mnie ta mantra, bo przechodzę przez osuwisko bezpiecznie, choć lekko rozgrzany. W końcu mam na plecach 20-kilka kg, do gibkiej kozicy nieco mi brakuje.
Wcześnie, bo około południa docieram do Num. Godzina w sumie młoda i rozważam dotarcie dzisiaj do Sedua, ale nie do końca widzę uzasadnienie, w końcu nigdzie mi się nie spieszy. Siadam więc na ganku z piwem, wyciągam nogi na barierce i grzeję się w słabym słońcu, lekko chłodzony zachodnim wiatrem, leniwie pisząc dziennik.
Ciekawskie dziewczęta – niechybnie córki właścicieli – zaglądają mi przez ramię. Pytam w którą stronę jest Makalu. Pokazują potężny front chmur na północy, mam nadzieję, że do BC nie będę szedł w deszczu.
Siedząc na swoim ganku obserwuje lokalne zwyczaje… Jedna rzecz rzuca się w oczy – nie istnieje tu coś takiego jak kosz na śmiecie. Śmieć rzuca się na ziemię, tam gdzie się stoi, a rankiem wymiata się go z bezpośredniego otoczenia domu na ulicę. Tam zostaje na wieczność.
