Po Kataragamie planowałem zatrzymać się na noc w mieście Buttala i stamtąd odwiedzić kilka mniej znanych świątyń pochowanych po dżungli. Po doświadczeniach z Sittalpauwa, tracę jednak nadzieję na co ciekawsze doświadczenia tombraiderskie. Co więcej, zarówno Susa, jak i przemiły kelner z mojego ośrodka (nota bene o bardzo afrykańskiej urodzie, która na wyspie jest praktycznie niespotykana – ciekaw jestem jego korzeni i losów jego przodków, ale rozmowa nie wykracza poza typowe uprzejmości) na wieść o Buttali jedynie kręcą głowami. Najwyraźniej to lokalny odpowiednik Radomia. ‘There is nothing there’, zgodnie mówią, krzywiąc się z lekkim niesmakiem. Przed Buttalą jednak nie ma ucieczki, mój kolejny przystanek, zatokę Arugam, można osiągnąć jedynie z przesiadką w tym mieście.
Na dworcu jestem 4 minuty przed odjazdem autobusu. Jest to lokalna linia, która zatrzymuje się mniej więcej co 200 metrów, służy też jako autobus szkolny. 45 kilometrów pokonujemy w półtorej godziny. Jedyne atrakcje to piękna Lankijka, która siedzi dwa miejsca przede mną, mogę podziwiać jej kształtną szyję i czasem profil, oraz słoń, który gdzieś w połowie drogi zajmuje jeden z pasów ruchu, objadając przydrożne drzewo z owoców. Słoń nic nie robi sobie z autobusu, który mija go o kilka centymetrów. Z kolei Lankijka jedzie z kilkuletnim synem, więc postanawiam nie zaczynać znajomości.
Buttala faktycznie robi złe wrażenie, typowe azjatyckie małe miasteczko gdzie estetyka dawno przegrała z utylitaryzmem, a drewno z betonem. Szybko zapominam, że planowałem tu zostać. Temperatura bije nowe rekordy, wyjście z cienia w słońce daje wrażenie przejścia przez niewidoczną, materialną barierę, jakby powietrze zaczęło stawiać większy opór. Nikt słowa po angielsku, wsiadam do złego autobusu, ale w ostatniej chwili reflektuję się i wysiadam.
Kolejny przystanek to Monaragala, również węzeł przesiadkowy. W okolicy ponoć ciekawe plantacje drzew gumowych, ale ja już chcę nad wodę. Na dworcu dwie godziny oczekiwania na autobus do Arugam Bay. Ostatnia godzina już w samym autobusie – chętnych jest wielu i należy pilnować miejsca. Gorąco jak w piekle, lokalsi się drą, na domiar złego kierowca włącza indyjskie hity.
Tym razem jednak mam do czynienia z autobusem prosto z fabryki i świeżo po tuningu. Pomijając fikuśne kolory karoserii, wzorzyste plastikowe zagłówki (obowiązkowo zabezpieczone grubą folią przykręconą śrubami), figury bóstw i przyciemniane szyby, główną rolę gra tu soundsystem rodem z piekieł. Jakość dźwięku jest naprawdę niezła, natomiast stopień przebasowania przekracza wszelkie normy zdrowego rozsądku. Przy mocniejszym bicie kilkutonowa maszyna zdaje się unosić kilka centymetrów nad ziemię, bas przewierca się przez czaszkę, kumuluje w żołądku, wprawia w drżenie łydki.
Podróż trwa trzy godziny. Na końcu nie czeka jednak pacyficzny raj, tylko dosyć obskurna miejscowość, pogrążona w przedsezonowym letargu. Zaczepia mnie kilku hotelarzy – mam wrażenie, że w odróżnieniu od Hikkaduwy, Arugam Bay to miejsce bardziej backpakerskie, bo pokoje, jakie mi proponują nadają się co najwyżej na budę dla skrofulicznych plażowych psów. A może chodzi o mój outfit – stare trekkingowe spodnie i nie nowszy termiczny tiszert plus dzień w lokalnych autobusach skutecznie robią ze mnie plażowego menela.
Po krótkim spacerze plażą (pełną zdechłych ryb i nieco zaśmieconą) znajduję to, po co tu przyjechałem – plażowe chaty. Oglądam jedną z nich i przestają mi przeszkadzać zdechłe ryby na plaży, lekki obskurantyzm samej miejscowości i w ogóle wszystko. Mam swoją werandę z widokiem na ocean, głębokie fotele, palmową strzechę i wielkie wygodne łóżko. Nie wiem, czy znajdę siłę woli, żeby ruszyć się stąd do końca wyjazdu.
