Pollonaruwa, Dambulla, Sigiriya.

Pollonaruwa, obok Anuradhapury, Sigiriyi i kilku innych, mniej znanych miejsc, położona jest w rejonie, który przewodniki kusząco określają jako ancient cities. Jako że mam dużą słabość do ruin, jechałem tam podekscytowany i pełen antycypacji. Anuradhapurę zdecydowałem się ominąć ze względu na dramatycznie dużą popularność, miałem nadzieję, że pozostałe miejsca będą nieco mniej oblegane.

W przypadku Pollonaruwy faktycznie tak było. Teren tego starożytnego miasta jest na tyle duży, a miejsce na tyle mało oblegane, że można zagubić się w chaszczach i trafić na pomniejsze ruiny, odwiedzane jedynie przez małpy i ptaki. Ruiny to zazwyczaj stupy o kształcie półsferycznym, nie tak strzeliste jak dzisiejsze, albo hale kolumnowe, z których dzisiaj zostały tylko kwadratowe kolumny – najwyraźniej zadaszenie budowane było z drewna, które nie przetrwało do dziś. Całość niestety nie robi powalającego wrażenia, jak większość lokalnych atrakcji (poza plażami, które wciągają, oplatają i nie chcą wypuścić) jest mocno na wyrost i pod oczekiwania masowego turysty, którego przywozi się miejsce autokarem, przegania po atrakcji i odwozi do hotelu na obiad. Birmański Bagan jest o wiele ciekawszy, podejrzewam, ze Mrauk Oo, którego nie było mi dane odwiedzić ze względu na sytuację z muzułmanami Rohingya, podobnie.

Najbardziej ekscytującą częścią wizyty w Pollonaruwie było wejście na teren bez biletu, przez dziurę w płocie, do tego z rowerem na plecach. Uzbrojeni żołnierze, strzegący co ważniejszych zabytków wzbudzali potem mój uzasadniony niepokój. Nikt jednak nie zdecydował się sprawdzić moich credentials i wizje nocy w lankańskim więzieniu oraz przymusowej deportacji rozpłynęły się w popołudniowym upale. Dręczony wyrzutami sumienia kupiłem od lokalnego rzeźbiarza figurę Buddy z surowego mahoniu.

Niedaleko samych ruin Pollonaruwy znajduje się duże sztuczne jezioro, którego część powstała w tych samych czasach, co samo miasto, ok. XIII wieku. Nad jeziorem biegnie równa, asfaltowa droga, która idealnie nadaje się na spacery lub biegania o zachodzie słońca.

Rozleniwiony plażami i mało zobowiązującą do czegokolwiek atmosferą wyspy, postanawiam ostatnie kilka dni wyjazdu spędzić w luksusach. Wynajduję piękny ośrodek położony nieopodal Sigiriyi i Dambulli – Elephant Corridor. Dostaję do dyspozycji prawie 100 metrową willę z prywatnym basenem na werandzie. Atmosfera daleko posuniętego kolonialnego rozpasania, samo pięciodaniowe śniadanie trwa tu jakieś półtorej godziny. Widoki z werandy na lokalną dżunglę, bardzo przypominającą subsaharyjskie rejony Nigerii. Krzyczą ptaki i małpy, grają cykady, czasem przemknie się ciekawski pręgowiec. Podobnie jak w Arugam Bay, łatwo tu zwolnić tempo życia i pogrążyć się w lekko oszałamiającym rozleniwieniu.

Mimo całego tego miękkiego puchu luksusów, udaje mi się wyrwać do Dambulli i Sigiriyi. Dambulla słynie z grot, w których znajdują się skalne malowidła i rzeźby Buddy. Cześć z nich powstała w pierwszym wieku p.n.e., jednak większość została dodana w XVIII wieku. U stóp góry postawiona została figura Buddy, która z całą pewnością zawstydziłaby twórców wszelkich monumentalnych figur Jezusa. Budda ma ze 30 metrów wysokości, jest oślepiająco złoty, a u boku ma długi rząd gipsowych mnichów, niosących rozmaite datki, ofiary i atrybuty wiary. Miejsce równie dobrze może nazywać się Swiebuddzin.

Ta gigantomania jest zresztą charakterystyczna dla Theravady – w Birmie również natykałem się na takie koszmary estetyczne. Szczególnie słynie z nich Bago, gdzie znajdują się cztery monumentalne figury, w tym jedna leżąca.

Samo miejsce dosyć tłumnie odwiedzane – turyści, wycieczki szkolne, pielgrzymi – i w dużej pozbawione uroku. Pełno makaków, które skaczą, drą się i zjadają kwiaty lotosu ofiarowane przez wiernych. I bardzo agresywnie reagują na wszelkie zaczepki, jak na przykład trącenie ogona stopą. Wydawałoby się, że naczelne powinny mieć poczucie humoru.

Po szoku estetycznym Dambulli, wypożyczam zdezolowany rower i jadę obejrzeć Sigiryę, Lwią skałę. Sama struktura – ruiny świątyni lub warowni, zbudowanej na szczycie dwustumetrowej, płaskiej skały – robi duże wrażenie. Zarówno swoją skalą, jak i niedostępnością. Jeśli dodać do tego ruiny miasta, które skałę otaczało, mamy do czynienia ze miejscem naprawdę nieprzeciętnym. Jak niemal wszędzie tutaj, całą przyjemność z odwiedzin psują straszliwe wręcz tłumy. Na góry wchodzi się wąskimi kamiennymi schodami, miejscami też metalowymi klatkami schodowymi przymocowanymi do skały. Wrażenia podobne – jak przypuszczam – do wchodzenia na Giewont w środku lata. Długa kolejka ludzi, która powoli, krok po kroku przesuwa się do góry.

Wśród odwiedzających sporo osób, głównie Amerykanów, z bardzo znaczącą nadwagą. Temperatura oscyluje w okolicach 40C, schodów są setki, więc nasi pulchni eksploratorzy docierają na górę w stanie przedzawałowym, często niemal niesieni przez przewodników. A przecież jest tyle łatwiejszych i przyjemniejszych metod samobójstwa.