Dziś kolejna próba zjechania z Zawraciku Rówienkowego i znowu nieudana. Co prawda, biorąc pod uwagę stopień zagrożenia (3) i cykliczne opady śniegu na przemian z silnym wiatrem, co tylko pogarsza sytuację, można się było tego spodziewać.
Nieco po 0900 ruszam z Bilikovej Chaty, jakiś kwadrans później jestem przy rozałęzieniu szlaków obok Schroniska Rainera. Początkowo idę górną odnogą niebieskiego szlaku, by po ok. 1.5 km połączyć się z dolną. Na samym początku mijam dwóch skiturowców, a przed prożkiem jeszcze pięcioosobową grupę z przewodnikiem. Chwile potem doganiam cokolwiek starszego pana, który okazuje się być awangardą dziejszej wycieczki, dzielnie torującą w głębokim puchu. Ponieważ idzie mu to baaardzo powoli, biorę na siebie ten przykry obowiązek. Pomimo w miarę szerokich nart jest to ciężka praca i dobry trening.
Do schroniska docieram pierwszy – niesamowity widok, całkowicie pusta Zbójnicka Chata. Zwykle jest tu jak w ulu. Po kilkunastu minutach dołączają inni turowcy, potem kolejni. Co ciekawe, dziękują mi za przetorowanie trasy, co jest bardzo miłe. Robię krótkie rozpoznanie – nikt z obecnych nie wybiera się wyżej. Dwójka narciarzy, którym mijałem na samym początku, chce zjechać z kotła pod Zawracikiem (w tym kotle znajduje się zamarznięty teraz Zmarzły Staw – Lodowe Pleso). Prowadzi stamtąd szeroki, łagodny żleb (po słowacku Zbojnicky Spad, czyli chyba Zbójnicki Żleb), który potem łączy się z drogą dojścia do schroniska w niższych partiach Doliny Staroleśnej.
Ja wciąż mam ochotę na sam Zawracik, ruszam więc zinwestygować sytuację. Z bliska nie wygląda ona dobrze – to, co z daleka optymistycznie brałem za trawersujący ślad założony w górej części żlebu prowadzącego na przełęcz, okazuje się być sporym (myślę, że co najmniej metrowym) nawisem na całej szerokości żlebu. Pomijam już fakt, że podchodzenie pod taki nawis nie byłoby mądre, potem musiałbym jeszcze na niego wejść, a w zjeździe zeskoczyć. Generalnie proszenie się o nieszczęście.
Altimetr wskazuje na 2070-kilka metrów, więc na przełęcz mam mniej niż 100 metrów przewyższenia. Tym bardziej rozczarowany zdejmuję foki, przepinam narty i ruszam w dół. 30 cm uroczego puchu w którym robię coraz ciaśniejsze skręty nieco podnosi mnie na duchu, ale niedosyt i rozczarowanie będzie mnie prześladować do końca dnia. Dwaj Słowacy, których mijałem na podejściu, mijają mnie w zjeździe – są grandmasterami ciasnych skrętów w puchu, patrzę na nich z niekłamanym podziwem i lekką zazdrością.
Puch nie pozwala się za bardzo rozpędzić, więc zjazd jest spokojny i bardzo przyjemny. Im niżej, tym więcej ludzi, w większości na turach. Szok przeżywam na skrzyżowaniu szlaków przy Rainerowej Chacie. Tu dziesiątki niedzielnych turystów na wywczasie: dzieci, sanki, psy, wrzaski i szczekania, co chwila ktoś się przewraca. Pandemonium. Nawet nie chcę mi się przypinać fok, więc narty wrzucam na plecak i na Hrebienok wchodzę pieszo.
Jest 1330, za późno, żeby coś jeszcze zrobić, za wcześnie, żeby iść spać. Generalnie dzień z lekka rozwalony. Pod wieczór zjadę jeszcze do Smoko pocieszyć się ciastem w kawiarni, ale i ono okaże się być suche i bez smaku. Ani chybi zła karma. Z pozytywnych obserwacji – rosnący power w nogach. W tygodniu pobiegałem trochę pod górę, żeby mięśnie miały dodatkowy impuls… Może czas wrócić do biegów górskich i ultra? Na razie mogę powiedzieć: biegałem ultra, zanim stało się to modne. ;-)
Jutro podejdę do Terinki i sprawdzę, czy któraś z okolicznych przełęczy (Lodowa, Barania, Czerwona Ławka) będzie bardziej skłonna do współpracy.
Aha, znowu nie zrobiłem żadnych zdjęć, bo nie chciało mi się targać lustrzanki.
