Po kwietniowych zjazdach z rozmaitych przełęczy w rejonie Gąsienicowej, które, choć satysfakcjonujące, pozostawiły uczucie pewnego niedosytu, na zakończenie sezonu zaplanowałem zjazd nieco trudniejszy. W przewodniku W. Szatkowskiego najtrudniejszym zjazdem (S3+) jest zjazd z Rysów długim i dosyć wąskim żlebem – Rysą.
W kwietniu i maju przymierzałem się do wyjazdu do Moka chyba ze trzy razy i za każdy razem pojawiały się jakieś przeszkody. Raz kiepska pogoda, raz brak motywacji, innym razem jakieś lokalne, warszawskie, atrakcje. Ostatecznie udało mi się wyruszyć dokładnie w połowie maja, praktycznie w ostatniej chwili, jako że śniegi o tej porze roku znikają w zastraszającym tempie.
Podróż z Warszawy do Zakopanego tym razem układała się w ciąg szczęśliwych okoliczności – do czasu. Mimo spóźnionego o pół godziny pociągu do Krakowa udało mi się w ostatniej chwili złapać autobus do Zako o 1320. Ten dotarł na miejsce na kilka minut przed odjazdem ostatniego busa na Palenicę. W busie byłem zupełnie sam, więc nawet robiłem sobie malutką nadzieję na relatywnie mało oblężoną asfaltówkę do Moka.
Na Palenicy koniec sielanki i lekki szok – pani sprzedająca bilety uprzedziła mnie, że od 12.V turystyka narciarska jest w Tatrach zabroniona. Do niedawna – ze względu na budzące się świstaki – zamknięte były Dolinka za Mnichem i Dol. Pięciu Stawów. Teraz zakaz objął całe Tatry. Może świstaki budziły się za wolno (albo za szybko). Świadom tego, jakie skutki może mieć ten zakaz, schowałem go gdzieś głęboko w świadomości i starałem nie analizować za bardzo.
Wspomniana wyżej nadzieja na brak tłumów okazała się być przejawem dramatycznej naiwności. W Moku zawsze są obrzydliwe tłumy strasznych ludzi i absolutnie nie jest to fajne. Najwyraźniej jednak nie sprawiałem wrażenia człowieka przyjacielskiego, towarzyskiego i spragnionego kontaktów międzyludzkich, bo mimo wielu ciekawskich spojrzeń, jedynie dwie osoby zapytały mnie o narty. W tym jedna wyraźnie wstawiona. Zakładam, że druga była na haju albo niespełna rozumu. Niemniej jednak byłem dla nich miły.
W schronisku pustawo, jestem 3 osobą w 5-osobowym pokoju.
Następnego dnia wstaję o barbarzyńskiej godzinie – 0530 i godzinę później, z nartami na grzbiecie, idę nad Czarny Staw, gdzie zaczynają się śniegi. Spacer po nadmorskoocznych kamieniach jest nieprzyjemny, nawet w tak wygodnych butach jak TLT5 Dynafita, podejście na próg Czarnego również.
Gdzieś w połowie trawersu stawu zakładam foki i ruszam do góry. Śnieg jest zmarznięty i twardy, foki praktycznie w ogóle nie trzymają, sięgam więc po metodę sprawdzoną i niezawodną – zakładam harszle. Tak mijam Bulę pod rysami i kawałek przed wejściem w Rysę zdejmuję narty i przypinam raki.
Rysa nie robi strasznego wrażenia, ale momentami faktycznie jest stroma, może nawet bardzo stroma i dosyć wąska. Darcie pod górę na rakach jest średnią przyjemnością (a może po prostu jestem niewyspany i wszystko mnie irytuje), robię więc masę przerw na picie, batony, zdjęcia i co tam jeszcze. Mimo tego leniuchowania na przełączce pod Rysami jestem pierwszy – gonią mnie dwa zespoły.
Tam chwila przerwy, robię obowiązkowe zdjęcie Najlepszych Nart Na Świecie a także, niejako przy okazji, Galerii Gankowej. Dogania mnie pierwszy z zespołów – gratulują mi tempa, rozmawiamy trochę, bardzo miłe towarzystwo.
Chcą popatrzeć jak zjeżdżam, co mnie nieco deprymuje. Ale co zrobić – zapinam buty, wpinam się w wiązania i w dół. Początkowo jest na tyle stromo i twardo, że tylko się zsuwam i czasem przekładam narty – boję się tutaj robić dynamicznych skrętów, a obskoków jeszcze nie potrafię. Niżej robi się łatwiej i zaczynam skręcać. Śnieg wciąż twardy, nierówny i bez żadnej amortyzacji, mocno męczy mięśnie taki zjazd. Nieco przed Rysy wylotem śnieg nieco puszcza, a potem w Kotle pod Rysami jest już prawie OK (w miarę miękko, ale śnieg wciąż nierówny, z dziurami, a miejscami nawet szczelinami jak na lodowcu). Wygląda na to, że przez ostatnie tygodnie wykiełkował mi głowie nowy skill – potrafię już robić tzw. stem turns, skręty z odstawieniem jednej narty i dynamicznym doskokiem drugą. Straszna szkoda, że ten sezon już się kończy!
Nieco nad Czarnym Stawem mijam kilku ski-turowców. Z jednym, starszym nieco, rozmawiam przez chwilę. Ostrzega mnie, żebym uważał na filanców tam na dole.
Zjeżdżam nad Czarny Staw i robię sobie długą przerwę na wygrzewanie się na słońcu. Strasznie jestem zadowolony – nie dość, że zrobiłem trudny zjazd, to jeszcze w dosyć trudnych warunkach i w dobrym czasie. No i jest to zamknięcie pewnego etapu, zgodnie z założeniem, wspomnianym wyżej.
Znad Czarnego Stawu idę już pieszo. Ludzi miliony, upał, a ja w butach narciarskich i nartami przy plecaku. Większość patrzy na mnie jak na wariata. Ale jest też i dobry moment, zaczepia mnie krągła parka w średnim wieku, pytając, czy byłem nad Czarnym Stawem. Odpowiadam, że nieco wyżej. Na co oni pytają, czy ubrani tak, jak są ubrani, dadzą radę wejść nad Staw? Nie wiem, może uznali, że tam się da tylko w butach narciarskich… Tak czy inaczej, dokonuję uprzejmej inspekcji (wizualnej) ich trzewików i tenisówek, dżinsów i wiatrówek, po czym daję błogosławieństwo na drogę. Grozi im co najwyżej przemoczenie butów. No, i ewentualnie zawał, ale tego zweryfikować już nie jestem w stanie.
W głowie miałem kilka scenariuszy rozmowy z filancem, wszystkie okazały się być niepotrzebne. Poza ciekawskim dresem z puszką piwa w łapce, pod schroniskiem nikt się mną nie zainteresował.
Cała operacja zajęła ok. 6.5h (w tym 30 minut jaszczurczego leniuchowania na nagrzanym głazie). Zrobiłem ok. 11.7 km i 2170 metrów przewyższenia. Zdjęcia poniżej, zrzut z GPSa tutaj (GPS szalał w kotle Czarnego Stawu i w Rysie – wcale nie wchodziłem po drodze na Kopę Spadową).
